Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pielgrzymem Nadziei Byłeś podróżnikiem
Sam osierocony byłeś dla nas papom
Gdy tłum na Twój widok wiwatował krzykiem
Tyś szukał prostoty mieniłeś się gapą

Bo pośród dróg życia pragnąłeś człowieka
Wyrzucałeś sobie żeś tak mało złowił
Duszyczek młodzieńczych na które Pan czeka
Widziałeś ich matki ale Bóg ich powił

Serce jak magazyn miałeś przeogromny
Tuliłeś w nim marnych którzy są pierwszymi
Na miłość Chrystusa byłeś zawsze pomny
On kocha marności brzydzi bogatymi

Pokolenie swoje z nas wyhodowałeś
Twoim śladem dąży przez góry doliny
Gdy jeden z nas odszedł Ty w modlitwie łkałeś
Bo furda pieniądze majątkiem są chrzciny

I młody Twój uczeń niech o tym pamięta
Że Bóg cię prowadził a Ty prowadziłeś
Najwyższemu Ojcu zgrzebne niebożęta
Przez umiłowanie zbawienia uczyłeś

Bo jest przykazanie o którym wiedziałeś
Byśmy się wzajemnie wśród ziemskich padołów
Zawsze miłowali w tę strunę trącałeś
W ojcowskie dziecięta zmieniłeś chochołów

A gdy na ostatnim leżałeś ołtarzu
Przyszliśmy do Ciebie Bo Ty nas szukałeś
Nie lękajcie bracia na życia wirażu
Wierzcie Chrystusowi i duszę oddałeś

Za życia świętemu chcą przyznać ołtarze
A Ty już ołtarzyk masz przy Ojcu swemu
Chcą zobaczyć cuda a cudem wojaże
Co odbyłeś wśród nas i życiu pięknemu

A teraz przez Ciebie modlę się do Boga
Tyś okrutny Papo nauczył go kochać
Lecz nim cię zobaczę daleka ma droga
Ale nie zamierzam po tobie dziś szlochać

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...