Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To przestaje być zabawne.. To już wcale nie jest śmieszne. I będę powtarzać do skutku. Aż ktoś w końcu usłyszy, a może nawet zrozumie. Ale o tym nie śmiem nawet marzyć. Na dobry początek wystarczy, jeśli ktoś mnie usłyszy, rozumieniem zajmiemy się później.
Jak zwykle zaczęło się niewinnie. Zawsze się tak zaczyna. A z tych najbardziej niewinnych na pierwszy rzut oka spraw wynikają później najgorsze komplikacje. Początkiem tej historii była chyba ciąża mojej Siostry. Oczywiście, nie mogła tego zrobić jak każda normalna kobieta, ze swoim mężem. Ona, jako wyzwolona lesbijka zdecydowała się na dzieciaka z probówki. Ciekawe co z tego dziwactwa wyrośnie. Po obejrzeniu zdjęć z badań USG stwierdzam, że mnie to najbardziej przypominało Muminka, ale ona nie doceniła mej inwencji twórczej i zostałem bez obiadu.
Siostra bardzo boi się porodu. Przeczytała niemal wszystkie książki o przebiegu ciąży, jakie są dostępne na rynku i dodatkowo jeszcze trzy, których na rynku jeszcze nie było, a jej jakimś cudem udało się je zdobyć jeszcze przed ich wydaniem. Zastanawiający jest fakt, że w 90% książki te wyszły spod pióra mężczyzn. Znawcy się znaleźli.
W związku wyzwolonych lesbijek zawsze pojawia się pewien problem. Jeśli owe panie chcą spłodzić potomstwo, pozostaje jedno zasadnicze pytanie: która z nich na potrzeby wzrastającego dziedzica użyczy na czas 9 miesięcy swój układ rozrodczy? Czasem dziewczęta biją się o to, gdyż każda chce uzyskać tytuł „pełnoprawnej” matki, lecz niekiedy jest dokładnie odwrotnie i właśnie tak było z moją Siostrą. Ma duże szczęście że nie jest słoniem. Ich ciąża trwa prawie dwa lata. Zresztą urodzić słoniątko to prawdziwy wyczyn. Jednak Siostra tłumaczy, że kobiety są z natury istotami wrażliwymi, nieodpornymi na ból i panicznie boją się perspektywy kilkunastogodzinnych męk, a słonie to zupełnie inna sprawa. Nie to co my, twardzi faceci. Ja i mój partner - Kazik nie chcemy dziecka. Ministerstwo co tydzień zmienia zdanie, raz zezwala, by związki homoseksualne wychowywały dzieci, innym razem stwierdza, że wychowywanie dzieci w homoseksualnych rodzinach to nie był jednak najlepszy pomysł i dzieciak ląduje w domu dziecka, tylko po to, żeby za tydzień znów wrócił do domu, bo władzę na powrót obejmują liberałowie. Poza tym żaden z nas nie wykształcił w sobie instynktu macierzyńskiego. Na myśl o wstawaniu nocą na zmianę pieluszek, karmienie i tego typu przyjemności swędzą mnie pięty. Oczywiście sytuacja nie jest też pozbawiona pozytywnej strony, być może jednemu z nas, jako karmiącej matce wyrosły by piersi. To jedyna rzecz, która udała się kobietom.
Kiedy dowiedziałem się, że wkrótce zostanę wujkiem, byłem bardzo dumny. Miałem nadzieję, że gdy świat się o tym dowie, niektórzy przestaną nazywać mnie „ciotą”. Razem z Kazikiem poszliśmy obficie zalać szczęście i dumę do naszego ulubionego pubu. Uwielbiamy go, nad wejściem wisi wielki plakat słodkiego, różowego króliczka, który w kółko powtarza „Hi, loser”. To najbardziej ekskluzywny lokal dla homoseksualistów w mieście. Wstęp mają tylko wybrani. Żeby wejść trzeba znać hasło, którym zawsze była odpowiednia sumka włożona do koperty. Dla utrudnienia w dni parzyste było to euro, a w nieparzyste stare, dobre złotówki. Jeśli włożysz złą walutę – nie wpuszczą cię do lokalu. Natomiast jeśli w kopercie znajdzie się zbyt mała kwota – możesz szykować sobie trumnę. Hasło od lat pozostawało niezmienione i ekskluzywny lokal stałby się barkiem dla meneli, żuli, i elementów społecznych gdyby nie to, że suma, która musiała się znaleźć w kopercie wystarczyłaby na tydzień życia wielodzietnej rodzinie. Na szczęście mnie, jako najlepszego prawnika w mieście było stać na tę przyjemność.
Bramkarz lokalu – pan Edek był roztrzęsioną górą mięśni, troskliwie wyhodowanych na sterydach. Jego wyraz twarzy zawsze przywodził mi na myśl średnio rozgarniętą surykatkę. Nie żebym kiedykolwiek podzielił się z nim tym spostrzeżeniem. Pan Edek raczej nie wzbudzał w swoich klientach sympatii. Nie był też zdolnym mówcą. Zresztą rzadko używał słów, preferował bardziej uniwersalne argumenty.
Po wejściu do pubu zajęliśmy z Kazikiem strategiczne miejsca przy barze. Na cześć pana Edka zamówiliśmy nasze ulubione drinki „zmierzch pawiana” i zaczęliśmy podrywać barmana. Co prawda, ja i Kaziu jesteśmy parą już od ponad roku, ale jest to związek na wolnych zasadach, gdyż uważamy, że nie można zamykać się na świat. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu nie chcę stracić okazji. Niestety okazało się, że barman jest hetero. Trudno opisać słowami, jak wielkie oburzenie to w nas wywołało. Natychmiast wezwaliśmy właściciela i kazaliśmy mu usunąć tego zboczeńca. Przez stulecia byliśmy dyskryminowani i ośmieszani przez „normalnych” ludzi, prawdziwą przyjemnością jest dla nas możliwość zdyskryminowania ich w odwecie. Na szczęście w dzisiejszych czasach hetero to już margines społeczny. Gdyby nie to, że od czasu do czasu przypominają o sobie na paradach równości dawno byśmy o nich zapomnieli.
Po trzecim drinku Kaziu zniknął na parkiecie w towarzystwie bardzo przystojnego bruneta, do mnie natomiast przysiadł się jakiś piegowaty rudzielec. Wydawało mi się, że skądś go znam, ale przeważnie po pewnej ilości alkoholu odczuwam solidarność z całym światem. Rudzielec przedstawił się jako Fergus i postawił mi kolejnego drinka. Stwierdziłem, że nawet jeśli nie jest zbyt urodziwy, to na pewno hojny, więc mogę spędzić w jego towarzystwie ten wieczór. Chociaż „niezbyt urodziwy” to w tym wypadku eufemizm.
Fergus był małym, przeraźliwie chudym gościem ze śladami po oparzeniach na całym ciele. Jego paznokcie od miesięcy nie widziały kosmetyczki, z włosów lał się smalec, a czoło było okropnie zniekształcone, jakby od środka wypychały je dwa rogi. Miał na sobie krawat od Gucciego i spodnie rybaczki, uwalane czerwoną farbą, o koszuli i butach chyba zapomniał, albo przegrał je w pokera. Jednym słowem bieda z nędzą. Ale kupował mi drinki więc uznałem, że może być.
Co ciekawe, po każdym kolejnym drinku, który od niego przyjąłem wydawał mi się coraz ładniejszy. Paznokcie same się skróciły i zrobiły sobie manicure. Włosy umyły się, zastosowały kilka odżywek i uczesały fryzurą za co najmniej 300 złotych, a gdy szepnąłem im do uszka że wolę blondynów momentalnie pojaśniały. Brudne poszarpane rybaczki zmieniły się w bojówki, które wprost krzyczały do wszystkich „1000złotych! 1000złotych!”. Wątły blady tors zaczął ciemnieć i rozrastać się, przybrał złocisty kolor i budowę atlety. Powoli zaczęła opinać go kremowa koszula, ale gdy pomyślałem, że wolałbym aby pozostał w samym krawacie natychmiast zdematerializowała się. Fergus stał się facetem z moich marzeń. Głębokim głosem powiedział „zostawiam cię na chwilę”. Poczułem się okropnie, nie chciałem by mnie opuścił, ale język odmówił mi posłuszeństwa. Mój adorator podszedł do Kazia i dał mu bukiet kwiatów. Zazdrość wlała się we mnie jak kolejny drink, jednak chwilę potem kwiaty zamieniły się w sztylet, który Kaziu za namową Fergusa wbił sobie w brzuch. Wydawało mi się to tak śmieszne, że zadławiłem się oliwką. Potem pseudo morderca podszedł tanecznym krokiem do pary lesbijek rozmawiających wesoło na kanapie i posłał im całusa. Dziewczyny zakrztusiły się, wydawało się jakby buziak oplótł je i dusił coraz mocniej. Ich twarze straciły wszelkie kolory, robiły się coraz bledsze, przezroczyste, aż w końcu znikły zupełnie. Został po nich tylko złoty pierścionek, który jedna z nich miała na palcu. Fergus podniósł pierścionek z kanapy, zmienił w motyla i podrzucił. Motyl podfrunął do głośników i sprawił, że stały się ogromnymi beczkami. Chwilę później sam przemienił się w pana Edka, po czym przewrócił beczki. Okazało się, że w środku była krew. Oblała wszystkich gości w lokalu, którzy momentalnie zmienili się w kaczki. Barman za to przybrał postać wielkiego wilka i rozpoczął ucztę pożerając kolejno wszystkie kaczki, które stanęły grzecznie w rządku czekając na swoją kolej. Tylko ja wciąż siedziałem na swoim miejscu śmiejąc się coraz głośniej. Udało mi się wypluć oliwkę, która próbowała mnie udusić. Nie wyglądała już jak oliwka, była piękną księżniczką, która pocałowała mnie w sam środek czoła. W ten sposób nadała mi postać żaby. Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej, nie mogłem złapać oddechu, i gdy już myślałem, że pęknie mi przepona, podszedł do mnie Fergus i wyprowadził mnie na zewnątrz, gdzie pan Edek zajadał banana. Minęliśmy go i poszliśmy w górę, nad budynki, po różowych chmurkach. Zauważyłem, że znów mam ręce i nogi, na powrót byłem człowiekiem.
Po zdarzeniach w lokalu nie byłem pewny żadnej formy. Z niepokojem przyjrzałem się, czy Fergus nadal pozostał pięknym atletą, czy może jest już kurczakiem. Na szczęści nadal był piękny, jedynie dwa rogi rosnące od środka oszpecały jego czoło. Sięgnąłem ręką i zdjąłem z nieba dwie gwiazdki, które przykleiłem w miejsca rogów, by nie były aż tak widoczne. Uznałem, że pora poznać prawdziwą tożsamość Fergusa. Włożyłem całą swoją energię w skonstruowanie zrozumiałego pytania.
-Kim ty właściwie jesteś? Bo kurczakiem na pewno nie.
-Tirli tirli ta
jestem tym, kto cię dobrze zna
raz kozłem, raz Szatanem
całego świata okrutnym panem – odpowiedział nucąc dziwną melodię.
Moi tatusiowie zawsze mówili, że źle skończę. Przewidywali kryminał. To moja siostra była ich oczkiem w głowie. Piękny aniołek ze złotymi loczkami, zawsze wiedziała jak się przypodobać. Ja byłem czarną owcą. Kiedy w kółko ktoś powtarza Ci, że jesteś kotem, w końcu zaczniesz wylizywać sobie futro. Jeśli ciągle słyszysz, że marnie skończysz ostatecznie sam zaczynasz w to wierzyć. Wiedziałem, że kiedyś wyląduję w więzieniu. Łapówki, handel organami do przeszczepu i inne nielegalne, aczkolwiek bardzo dochodowe interesy nie rokowały najlepszej przyszłości. Każdy przestępca z wiekiem traci przebiegłość, bystrość, umiejętność przewidywania. Nawet tak dobra maska, jak moja – rozchwytywany prawnik i wzorowy partner, w końcu zostanie rozszyfrowana. Często śniło mi się, że ogromna, bezzębna pielęgniarka więzienna z sadystycznym uśmiechem na twarzy i z ratlerkiem przy nodze mówi do mnie „Vincent, pora na lewatywę”. Ale nigdy, przenigdy nie myślałem, że poznam samego Szatana. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt.
Różowa chmurka podwiozła nas do domu Siostry. O tej godzinie oczywiście spała. Fergus przeszedł przez ścianę do jej pokoju. Bez namysłu poszedłem za nim. Powiedział, że wyprawia bal, ale potrzebuje mistrza ceremonii. W zeszłym roku mistrzem zostało nienarodzone dziecko wrony, teraz przyszła kolej na ludzkie dziecko. Powiedział, że pożyczy je sobie na jedną noc, a potem odda Siostrze, ale potrzebuje na to zgody najmłodszego mężczyzny z rodziny. Traf chciał, że ja byłem tym najmłodszym. Oczywiście zgodziłem się, nikt nie odmawia idealnemu facetowi. Fergus podszedł do Siostry, położył rękę na jej brzuchu i wydobył maleńkie dziecko. Miało już rączki i nóżki, było łyse i mieściło się w fergusowej dłoni. Potem oboje zdematerializowali się. Poczułem okropne zmęczenie i chyba zasnąłem. Gdy się obudziłem, Fergus zdążył już wrócić i właśnie oddawał dziecko na łono matki. Potem podszedł i spoliczkował mnie. Kolejny raz zasnąłem.
Ocknąłem się we własnym mieszkaniu, łysy, posiniaczony, z okropnym bólem głowy. Nie rozmyślałem wiele o wydarzeniach minionej nocy, wiedziałem, że wszystko było tak, jak być powinno. Jedyne, co zaprzątało moje myśli to pytanie gdzie u licha są tabletki na kaca? W lodówce zamiast zimnego soku pomarańczowego znalazłem ciało Kazia ze sztyletem wbitym w brzuch. Przerażony natychmiast wezwałem władze. Oczywiście policja, wychodząc z założenia, że trup i tak nigdzie nie ucieknie przybyła po czterech godzinach. Gdy opowiedziałem im co się wydarzyło w nocy, zadzwonili po bardzo miłych panów, którzy ubrali mnie w zabawny biały kitel i zaprowadzili do mięciutkiego pokoju bez klamek, zapewne w trosce o moje bezpieczeństwo, by Fergus nie mógł powrócić i mnie zamordować. To było naprawdę bardzo miłe z ich strony, wzruszyłem się.
Policja przeprowadziła śledztwo, okazało się, że na sztylecie były moje odciski palców, a wszyscy, którzy byli wczoraj na imprezie w naszym ulubionym lokalu mają się dobrze i mogą zaświadczyć, że widzieli popełnioną przeze mnie zbrodnię. Fergusa nikt nie kojarzył.
Teraz odsiaduję dożywocie w szpitalu psychiatrycznym, mam nadzieję, że wkrótce się skończy. Nie jest tu tak źle. Mam wikt i opierunek za darmo, pielęgniarki są naprawdę bardzo miłe i nie muszę wynosić śmieci, gdyż mój współlokator wszystkie zjada. Pozwolili mi nawet obejrzeć dziecko mojej siostry, które urodziło się dwa miesiące po szalonej nocy. Było rude, piegowate i miało dwa guzy na czole.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leszek Piotr Laskowski   Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. 
    • @Berenika97 poczekamy na odpowiedzi ;))))
    • @wiedźma   U mnie już lód w szklance wesoło dzwoni, Zimny napój przed słońcem skutecznie mnie chroni. Niestraszne mi wcale te letnie znoje, Bo dawno już piję mrożone napoje!     A panowie, ciekawe, czy nadal mają ogień w głowie?  :) 
    • Ezro, to mole Wani na welomotorze   :)
    • Jedni widzą w Niej kres. Inni sprawiedliwość. Są też tacy, którzy nazywają Ją Matką.   Nie odwraca wzroku od ludzi złamanych, uzależnionych, wzgardzonych ani od tych, których świat dawno skazał na zapomnienie. Tam, gdzie człowiek przestaje dostrzegać człowieka, Ona wciąż widzi swoje dziecko.   Nie pytaj, kto czuwa nad wzgardzonymi. Zapytaj, kto odpowie za ich krzywdę.   "Wygórowana cena"   Ściana była przyjemnie chłodna,  równo pomalowana i wyszpachlowana. Miała jedynie  zupełnie nie odpowiadający mi kolor. Chyba łososiowy. Ilekroć odbijałem się od niej  w pijackim slalomie, przypominałem sobie jak bardzo nienawidzę łososia i przy okazji tuńczyka.     W barze było nadal gwarno, mimo późnej już godziny nocnej. Szuranie szklanek po blatach, odgłos lania piwa,  stukot bil na poolowym stole, rytmiczne wbijanie rzutek w kolorową tarczę. Zmęczone śmiechy i groźne krzyki. Bijatyk zazwyczaj było tu pełno, lecz nie dziś. Ochrony nie było tu nigdy  a policja wolała przymykać  nawet obydwoje oczu  na przegląd tutejszej klienteli.     Umówiłem się tutaj z przeznaczeniem. Szczytem erotycznej piramidy  dla takich mętów i szumowin jak ja. Tutejsze dziewczęta są podobno sprowadzane zza granicy. I dobrze. Nie muszę rozumieć co mówi, ważne żeby zaspokajała moje potrzeby. A te były olbrzymie, od kiedy wypędziłem z domu  tą niewierną sukę,  dla której już samo imię  było zbyt ludzkim detalem.     Zachwiało mną solidnie, próbując odzyskać stabilny pion  o mało nie wpadłem w objęcia, nie, rozczochranej, naćpanej dziwki  a jakiegoś dziwnie znajomego mi kolesia  o krótko przyciętych, rudych włosach  i rysach twarzy a także na twarzy, zdradzających niejeden wyrok i niejedną uliczną burdę. Przeprosiliśmy się grzecznie, nawet poklepaliśmy po plecach  i każdy z nas poszedł w swoją stronę.     Pokój uciech stał otworem. Nie było przy nim nikogo. Dziwne, czyżby alfons zapomniał o mnie. Umawiałem się z nim, że na godzinę przed zamknięciem  rezerwuję sobie pokój  i najmłodszą dziewczynę. Najlepiej wysoką,  szczupłą brunetkę z krągłym tyłkiem. Może nie mógł takiej tutaj znaleźć. Choć na Boga,  w Meksyku co trzecia na ulicy  spełnia te niewygórowane cechy. Może spił się przy barze  albo miał coś pilnego do załatwienia.  Ach te mafijne sprawki. Ciągłe dbanie o interes i swoją dupę. Zatoczyłem się ostatni raz  i stanąłem niepewnie w progu pokoju.     Był nieduży. Mieścił dwuosobowe łóżko  o satynowej, czerwonej pościeli. Niewielką szafkę nocną  o poluzowanych szufladach. Na niej stała lampka  z czerwonym, haftowanym abażurze. Okno za łóżkiem miało opuszczone, miejscami połamane,  imitujące drewno rolety. Ściany były brudne i lekko zawilgocone.     Na łóżku siedziały dwie osoby  i zaiste nie była to dziwka i jej alfons. Choć kto to wie. Dziewczyna spełniała moje wymagania. Miała na oko z osiemnaście lat, długie sięgające prawie pasa, czarne włosy, długie, piękne nogi  z zadbanymi, dużymi stopami, biust krągły i bluźnierczo wyeksponowany, oczy z kolorze ponętnej szarości  a jej buzia  zdawała się wręcz anielsko niewinna. Pod nosem jednak zamiast mleka, miała ślady po kokainie. A teraz musiała zapracować  na kolejne działki. Biedna, samotna, uzależniona i cholernie pociągająca ulicznica.     A obok niej … usiadła osoba  dość mocno nie pasująca  do wystroju knajpy. Była to starsza już kobieta, ubrana w suknię o barwie nocy, bogato zdobioną w perły i cekiny. Materiał był jedwabiem  lub czymś jeszcze droższym. Suknia miała wiele warstw i odnóg. Ciało kobiety wręcz ginęło w materiale. Wyglądała tak jakby właśnie starała się narodzić z wnętrza sukni. Kolejnym zaskoczeniem  były dla mnie dwie rzeczy. Jej tatuaże na rękach i dłoniach. Były typowymi, więziennymi  oznaczeniami gangów. Bliźniacze do moich. Nie wyglądała na dilera ani burdelmamę. Szybciej kobietę sukcesu. Lewą stronę twarzy  ukryła pod osobliwą maską. Maską śmierci. Wyglądała w niej i sukni  jakby właśnie wróciła z pochodu ku czci Przenajświętszej Śmierci, lecz do święta zmarłych  zostało jeszcze kilka tygodni. Ale było wielu takich, co czcili matkę zaświatów co dzień  i w każdej godzinie uciekali pod jej obronę.     Jej wzrok był spokojny i zimny. Choć rysy były wściekłym ogniem. Oplotła mnie  pajęczyną oskarżającego spojrzenia. Nie wiedziałem nawet w czym zawiniłem. W wyglądzie, w pijaństwie  czy przyjściu w umówioną  ale jednak nie najlepszą porę.     Próbowałem obrócić wszystko w żart. Nie pamiętam bym umawiał się tu na trójkąt. Tym bardziej w układzie ja, mama, córka. Nie dała się zbić z tropu. Butelka najdroższego rumu,  czterdzieści tysięcy pesos i mała przysługa  a wtedy oddam Ci dziewczynę. Czterdzieści tysięcy!? Chyba czterysta pesos? To nie księżniczka tylko zwykła dziwka. Czterdzieści tysięcy albo  zadowól się ręką w kiblu mój drogi. Moje dziewczęta mają swoją cenę. Byłem wściekły  ale z drugiej strony ciekawy tej przysługi.     Wróciłem do baru po rum  i pożyczyłem od kolegi  ponad dwadzieścia tysięcy  bo tyle mi brakowało w portfelu. Wróciłem szybko do pokoju. Czekały obie a jakże. Młoda wtulona w ramiona starszej. Bała się mnie i słusznie. Zamierzałem odbić sobie  jej wygórowaną cenę z nawiązką. Nie będzie już tak piękna i niewinna  jak z nią skończę.     Wręczyłem starszej butelkę rumu i gotówkę. Nawet nie przeliczyła.  Wstała z trudem  bo młoda dalej była do niej przyczepiona drżącymi rękoma. Gdy stanęła przede mną, wydawała się wyższa ode mnie i jakby szersza. Teraz cała jej twarz przypominała, martwą maskę  a aura jej postaci  emanowała srogim chłodem.     Czas na przysługę. Daj mi prawą dłoń. Wysunąłem ją w jej stronę a wtedy wykonała niesamowicie szybki ruch. Poczułem ukłucie. A po chwili z rany na dłoni pociekła mi krew. Podsunęła pod nią szklankę do drinków. A gdy spłynęło do niej trochę krwi, zalała ją przyniesionym przeze mnie rumem. Potem podsunęła szklankę dziewczynie. Pij. I wypiła choć zalewała się przy tym łzami. Wypiła połowę. Teraz Ty. Co będę miał z tych guseł wiedźmy? Dziewczynę na wyłączność a ona ochronę. Możesz z nią zrobić wszystko  ale nie możesz jej zranić. Będzie tylko Twoja już na zawsze. Kiedy tylko będziesz miał ochotę. Płacisz raz, dotrzymujesz umowy i bawisz się ile tylko pragniesz. Płacę raz powiadasz  a zatem wchodzę w to szalona wiedźmo. I wychyliłem szklankę do sucha.     Wtedy wiedźma wyszła z pokoju. Dziewczyna błagała ją by została  albo zabrała ją ze sobą. Nie bój się ochronię Cię  gdy tylko poprosisz. Odeszła a ja mogłem wreszcie zamknąć drzwi i nacieszyć się swoją własnością.     Nie krzywdziłem jej, choć korzystałem z jej ciała  ostro i gwałtownie. Po wszystkim jednak  gdy spełnienie wypełniło jej ciało  po raz ostatni,  poczułem nagłą, diabelską furię. Czułem, że muszę odreagować. Stracone pieniądze i cały życiowy stres. Nie chciałem a jednak uderzyłem ją w twarz. Mocno. Potem drugi raz i trzeci. Rzucała się pod moim ciężarem  a ja w furii zacząłem ją dusić  i brać jej ciało na nowo. Broniła się zaciekle.  Drapała i próbowała krzyczeć.     Wreszcie wydusiła z siebie jedynie. Przenajświętsza Matko  wzgardzonych i upadłych  ratuj swoją służebnicę w godzinie męki. I wtedy drzwi rozwarły się  z hukiem biblijnych trąb, do pokoju wpadło stadko nietoperzy, szczurów a także kilka dorodnych kruków. Zaatakowały mnie wściekłe. Zrzucając z łóżka. Miotałem się po podłodze  pragnąc osłonić nagie ciało. Gryzły mnie, szarpały do krwi i głębokich ran. Z każdą minutą słabłem a ich siła rosła i rosła. To był amok.  Rozerwały mi brzuch,  rozorały plecy i oczy. Przegryzły się przez mięśnie. Atakowały raz za razem.     Moja agonia trwała aż wreszcie w progu stanęła ona. Przenajświętsza Matka. Święta Śmierć. W swej masce, tatuażach i sukni. Spojrzała zimno na moje konające szczątki a potem na podopieczną. Oto jestem jak obiecałam, nikt więcej już nigdy Cię nie skrzywdzi. Czuwam nad Tobą ukochane dziecko. Skinęła ręką. Walące dotąd szalenie w mojej piersi serce, momentalnie się zatrzymało. A jej świta mogła w spokoju ucztować dalej.          
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...