Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Zgłoś

  • Niestety, Twoja zawartość zawiera warunki, na które nie zezwalamy. Edytuj zawartość, aby usunąć wyróżnione poniżej słowa.
    Opcjonalnie możesz dodać wiadomość do zgłoszenia.

    ×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Przywróć formatowanie

      Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

    ×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

    ×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

    ×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.

  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wybrali się łysi gromadnie, by w Pisie szukać skarbów na dnie. „Skaczemy do Pisy? Jam łysy, tyś łysy, a więc włos nam z głowy nie spadnie.”
    • „Najdłużej gnije to, czego nikt nie pokochał.”   Byłem już dorosły. Z wiekiem traciłem wiarę. W Boga, rodzinę, więzi, miłość i akceptację. Stałem się niegrzecznym chłopcem. Uciekającym z domu,  pijącym podrzędne bełty  w upadłych od zgnilizny suterenach. Bijącym się na gołe pięści dla zarobku  a czasem jedynie dla taniej rozrywki lub wszczynania bezsensownych burd na rogach ulic, w ich ciemnych zaułkach lub na opuszczonych farmach  stanowiących profesjonalne stadiony  dla recydywistycznych bukmacherów  ubranych w jednorzędowe, szare marynarki.     Żyłem pod  rozprutym występkiem i zbrodnią pledem. Moim łóżkiem były, umorusane w szczurzych odchodach, duszne, piwniczne korytarze. Pokryte czarnym zarostem ściennego grzyba. Panny upadłe wdzięcznie kuszące swymi krągłościami  były mi muzami  i kapłankami religii cielesnej rozpusty.     Każdy chciałby kiedyś marzyć  o dostaniu wyjątkowego prezentu od losu. Ja nie byłem wyjątkiem. Marzyłem wpierw o cieple matczynej opieki. O akceptacji moich dziwactw. O akceptacji mojego wyglądu  i głębi bogatej duszy. O uznaniu mnie godnym słów i czynów. Bym nie musiał  upijać się samotnymi godzinami  w ciemnym pokoju  z którego odrapanych ścian, płynęły ku mnie  słowa otuchy pierwszych wierszy.     Ranki nie przynosiły otrzeźwienia. Przeciwnie. Raniły mnie ludzkie spojrzenia. Szkoła nauczyła mnie jedynie tego, że ją przerastam i tego, że ludzki ekosystem jest dla mnie klatką. W domu nauczyłem się grzeszyć  niepohamowaną nienawiścią. Do życia. Wiersze ginęły w ogniu kominka. Część wypuściłem na wolność. Zgniecione kartki  poniósł po nocnym bruku zimowy, mokry wicher. Zdarzało się, że pisałem w imieniu innych. A potem znajdowałem tytuły swoich prac  na oficynach poczytnych wydawnictw. Lecz były jak sieroty  co zmuszone zostały po śmierci rodzicieli przyjąć zupełnie obce nazwisko.     Wszyscy zawsze chcieli bym rysował. Słowa wierszowane uznając za bzdury. I starałem się sprostać. Lecz moje rysunki, choćby najprostsze, nosiły znamiona beztalencia. Serca były puste w środku. Kreski i linie,  prowadziłem agresywnie i zawsze wyjeżdżałem poza kontur obiektu. Ludzie byli zdeformowani. Ich nogi były wątłe i łamliwe. Ręce nienaturalnie długie, zakończone chudymi dłońmi  o pająkowatych szczypcach zamiast palców. Twarze nie miały ziemskich rysów. Jak gdyby gniły wewnątrz trumien od miesięcy  a potem nagle  zostały wystawione do światła dziennego. Najbardziej przerażające było to, że moja poezja  była tak samo zdeformowana. Dlatego zakazano jej ujawniać.     Gdy przychodził czas  świętowania i prezentów. Jedni dostawali książki, inni zegarki lub samochodziki. Ja dostawałem lanie bądź ciszę. Ubraną w kokardę z kajdanów. Opakowaną w cztery ściany samotni.  Co roku było jednak lżej. Aż wreszcie nie zauważałem już, choinki, pustego pudełka i śniegu za oknem. Bo żadna z tych rzeczy nie mogła mi pomóc.     Bo jak napisać w liście do Mikołaja, że w tym roku byłem potworem ale chciałbym dostać  inną przestrzeń do życia. A najlepiej solidny, konopny sznur  i jakiś kącik w rogu strychu. Dlatego co roku pisałem do niego, że po prostu chciałbym go spotkać. Porozmawiać o tym co musiałbym zmienić  żeby dostać prawdziwy prezent.     Grudzień był w tym roku wyjątkowo ciepły. Za oknem nie było śniegu, zadymki  ani ulepionych bałwanów  o marchewkowych nosach. Była za to szalejącą burza z gradem, uderzającym z dziką furią  o elewację, szyby i dach. Kilka lodowych kamyków  wpadło do rynny i komina. Hałasowały jak ktoś  próbujący przeciskać się  przez jego szyb do środka.     W tym roku nie zdążyłem wysłać listu. Mało tego.  Napisałem go i wcisnąłem pod łóżko, wsuwając wpierw jego treść  w czarną zalakowaną kopertę. Pierwszy raz od lat dołączyłem też rysunek. Mikołaja z workiem prezentów. Miał on krzywy nos,  grube, niekształtne wargi, wyłupiaste oczy o barwie węgla. Krzaczaste brwi  i nienaturalnie długą brodę. Była krzywa, kędzierzawa  i sięgała pasa. Postać była wychudzona. Przedstawiała ledwie skórę i kości. Rozkład człowieka. Skóra miała masę ran i blizn. Bezkrwawych ran. Kości były widoczne  jak grzechy przy spowiedzi. Był to mój osobisty Mikołaj, odbicie mojego ja. Te martwe, zgrubiałe wargi, powtarzały w kółko moje imię.     Wreszcie odgłosy w kominie ustały  a jego postać znalazła się w salonie. Wylądował na dywanie, wzbijając tonę kurzu. Stadko much zerwało się z podłogi  i z głośną skargą  uleciało do zamkniętego na głucho okna. Nie wstałem żeby go przywitać  Nawet się nie obudziłem. Muchy dopadły do mnie,  wypełniając szczelnym rojem  ubytki tkanki w mojej twarzy. Oczu już nie było. Zamieniły się w krwawy śluz. Z napęczniałego ciała  spływała gnilna ciecz. Podłoga przeszła na wylot  cuchnącym wyziewem śmierci.     Przyszedł za późno.  Lecz cieszyłem się  że w ogóle znalazł dla mnie czas. Pod kamienicą nie było jego sań. Broda była zadbana i śnieżnobiała. Twarz i ręce piękne jak u anioła. W dłoni trzymał worek. Nie jutowy i pełen prezentów  a czarny i nieprzejrzysty. Taki do jakiego pakowano zwłoki. Podniósł mnie a raczej odkleił od łóżka. Dotknął z godnością. Nie wahając się czy jestem tego wart. Spod łóżka wychynął brzeg rysunku. Mikołaj spojrzał na siebie samego. Pięknego i silnego i na dziecko o pożółkłej od rozkładu skórze. Bez twarzy i serca. I bez nadziei na lepszy los. Nie mogę powiedzieć,  że Mikołaj nie przyniósł mi prezentu. Bo przecież przyniósł worek i wyniósł na śmietnik historii moje ciało. A ja obiecałem mu że będę gnił grzecznie.              
    • @Alicja_Wysocka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • I, i poi Teodozja łosia. Raiso, łajzo, do Etiopii!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...