Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


nie zgadzam się z głosem js.
Zapewne do tego opisu posłużyła autentyczna sytuacja. Od strony czysto powierzchownej zacznę, od samej sytuacji i jej opisu. Myślę, że niemal każdemu zdarzało się paść "ofiarą" niezwykle familiarnego rzęcha. Patrząc ze strony "ofiary", mamy wszystko, co wypisał autor: obrzydzenie związane z wrażeniami sensorycznymi, złość ("spierdalaj"), zmieszanie wywołane nienaturalnym zmniejszeniem strefy intymnej ("i tak ramię w ramię
jak autor i narrator"). Nie ma może tylko współczucia/litości, ale ono nie w każdym człowieku się pojawia. Nie musi. I autor nie jest od tego, żeby przedstawiać rzewne i stające w gardle scenki społeczne - w tym świetni są dziennikarze, ale raczej powierzchownie. I co w tym złego? Jeśli wydźwięk jest pogardliwy, to co? Nie wolno? Czy mamy z tego tytułu potępiać autora, bo nie wykazał "słusznej wrażliwości"? Nie o to chodzi. Nie od tego jest autor, żeby pokazywać, co jest słuszne. Być może są poeci pretendujący do bycia czyimś sumieniem, ale ja takim z gruntu nie dowierzam.
Dalej mamy pomieszanie, o którym napisałeś, Jacku. Ponownie się nie zgodzę, nie widzę tego pomieszania, tak samo jak nie widzę uzasadnienia dla jednej jedynej optyki w poezji, którą zdajesz się lansować. W tym wypadku kłócę się co do zasady, bo inna to rzecz, czy autorowi wielowymiarowe spojrzenie wyszło. Ale nie o tym chciałem. Fragment "i tak ramię w ramię
jak autor i narrator" moim zdaniem wskazuje na zbytnią familiarność nieznajomego. Wykazuje on nadmierną poufałość. W imię czego? Zwykle raczej nie w imię miłości do bliźnich, lecz w imię partykularnego interesu, którym są symboliczne dwa złote. To budzi niechęć i sprzeciw: jakim prawem? I stąd odpór być może: spierdalaj. Peel właściwy mógłby powiedzieć: "idź sobie". Lecz nie jest Chrystusem. Jest człowiekiem, któremu czasem puszczają nerwy.
Mówi, że jest jego podmiotem lirycznym: podlizuje się, bo wiadomo, czego chce. Do mnie zwykle mówią "kierowniku", widocznie wyglądam na takiego, na którego to wystarcza.
Moim zdaniem ten wiersz porusza tematykę ludzkiej słabości, która jest główną przeszkodą w osiągnięciu wszechpanującej miłości do bliźniego, bez względu na to, jaki jest.
Co do schematyzmu. Prawdopodobnie tak. Tyle że sytuacja będąca rdzeniem konceptu jest sama w sobie schematyczna. To inna dyskusja, czy warto pisać opierając się na schematach życia codziennego. Ten rzęch jest schematyczny, choć wzniósł się na wyżyny swojej inwencji, to też swego rodzaju dramat;). Moim zdaniem peel właściwy nie przyjmuje tutaj wielu ról, to jest tylko manipulacja pojęciami, przy wczytaniu się w tekst widać, że służą one jedynie metaforyce i grom słownym.
To były uwagi ogólne, mk się już wypowiedział szczegółowo odnośnie warsztatu, chyba nie ma co tutaj dodawać. Na koniec napiszę, że chciało mi się ten wiersz przeczytać kilka razy. Tak samo, jak chciało mi się nieraz przeczytać twój wiersz, Jacku. Różnicie się, ale jesteście ludźmi. Dogadujcie się.;)

dzieki za komentarz :)
zupełnie inne spojrzenie niż się spodziewałem - cenne

pzd !
  • Odpowiedzi 47
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Jeśli wcinasz się na żywca w komentarz, to bolduj, bo nieczytelne się robi.

Podtrzymuję wniosek o niedomyśleniu - sorry, potwierdzasz moje wnioski uważając, że je podważasz (wymieniasz stereo-typowe atrybuty kloszarda mówiąc, ze one właśnie mają stereotyp złamać, mowisz, że sytuacja zarysowana jest bez znaczenia, a dalej interpretujesz tekst analizując właśnie kontekst sytuacyjny - vide: porównanie etc.).
Jeśli "pod" ma być sygnałem "głębi" - to nie jest (dla mnie), ta gra słowna jest tylko figurą retoryczną.
Litryka powiadasz? Liryka to nie ptaszki i pipulki - to całą osobowość peela. A o tym, że istnieje coś takiego jak głód emocji (w tym świecie) chyba nie muszę Cię przekonywać.
Olać to - to oddać pole serialom i harlequinom.
Piszę w biegu, więc może nieskładnie, ale już pora na obiad między 11 a 13 (moją K. ;)
b

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



zaraz zaraz Panie Bezet, proszę mi nie wkładać w klawiaturę słów, których nie napisałem ;p

1. nie napisałem nic o chęci złamania stereotypu, ale pisałem o tym, że doprecyzowanie kloszarda przez podanie pewnych cech nie jest zabiegiem czczym, bo kloszard wcale taki jak w moim wierszu być nie musi
2. nie napisałem, że sytuacja zarysowana jest bez znaczenia, tylko, że względem myśli, którą starałem się przekazać stoi na drugim planie - a tak być powinno, żeby uniknąć tego o czym pisałeś - że więcej formy się wkrada niż życiowości.
3. nie wiem jaką figurą retoryczną miałoby być "pod danie" - chyba miałaby polegać na zmianie znaczenia przez rozbicie (w relacji z tytułem) - tyle Mam wrażenie, że pisząć "figura retoryczna" - myslisz sobie, że to jest coś ot tak, a przecież każda figura ma swój cel. (bo co to znaczy, że coś jest TYLKO f.r. - to nie znaczy, że nie ma w tym treści przecież, semantyka to jedno, estetyka -powiedzmy- to drugie)
4. "Litryka powiadasz? Liryka to nie ptaszki i pipulki - to całą osobowość peela" - zgadzam się w 100 % i na to chciałem zwórcic uwagę. O liryce myśli się własnie w kontekście ptaszków, pipulków ( ? ;) ) gwiazd, patosu, który na wskroś przenika każdą płaszczyznę życia itp. Nawet terminologia dziwnie "zmusza" nas do myslenia w tych smiesznych, archaicznych (choć to nie najlepsze słowo) kategoriach, każąc nazywac tego kto mówi w wierszu, dla odróznienia od autora - podmiotem LIRYCZNYM, a liryczny wg. słownika to - uczuciowy, nastrojowy.
A jak pisałem wcześniej - liryka w tym znaczeniu umarła (umiera?) - wynik obserwacji, nie pogląd.

Dzięki Bogdanie, że znajdujesz czas na dyskusję, pozdrawiam ciepło :)

i idę ja z kolei jeść popcorn, który mi Mamusia przywiozła z okazji Walentynek
życie jest takie smutne ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie zaraz, tylko teraz ;P
1. No właśnie, to nie jest doprecyzowanie - użyłeś atrybutów "schematu" (żeby nie powiedzieć: typu literackiego), uważasz, że to indywidualizuje tę personę (co innego gdybyś wspomniał o jakimś fąflu ... ;D
2. Skoro sytuacja jest drugoplanowa, to dlaczego jej opisywanie zajmuje ponad 50% tekstu? VF napisał, że grasz tą schematyczną sytuacją, ale dla mnie ona jest obciążeniem, znaczenia są w tym co mówi menel i czego możemy się domyślać oraz w dialogizowaniu; albo pójdź w schemat (literacki), wtedy cały utwór będzie gotowaniem poetyckiego bogisu (wiersz w wierszu o wierszu).
3. Użyłem przenośnie szerszego znaczenia FR - też jako zabiegu poetyckiego (własnie gry słownej); FR może być funkcjonalna, kiedy przenosi znaczenie i wywołuje efekt u odbiorcy, tu: nie rozumiem tej "głębi" (pod), dlatego gra jest grą (sam staram się rozważyc zawsze, czy multiplikowanie sensów służy tekstowi - jego przesłaniu (po szkolnemu mówiąc), optuję za zaniechaniem takich zabaw jeśli są tylko ozdóbką, popisem, a więc zabiegiem nieuzasadnionym wczesniej w utworze).
4. Tak: uczuciowy i nastrojowy, mozna dodać: klimatyczny - ale to nie są pejoratywy. Sposób, w jaki nasi rodacy mówią o "miłości" (w każdym ze znaczeń tego słowa) - woła o pomstę. Poezja to przede wszystkim żywioł liryczny, jej język odnowiony przez Skamandrytów (tu dołaczę też Gałczyńskiego) funkcjonuje do dziś w potoczności (często zdominowany niestety przez pogrobową odmianę romantyczności), ale przeciez potem było wielu poetów piszących "lirycznie" - choćby Grochowiak, Nowak, Stachura (wymieniam przypadkowo) - ja nie widzę znaczących śladów z ich języka lirycznego w użyciu powszechnym, wystarczy posłuchać piosenek (nawet nie tych pop) traktujących o uczuciach - widać stare schematy jak na dłoni; osobne zagadnienie to wpływ tekstów śpiewanych na mentalność językową twojego pokolenia, ja niestety nie kumam po angielski, więc sorry ;)
Zatem, Kochany, liryka nie umarła, tak jak nie umarła poezja. Coś się "przejadło" (prażonki kukurydziane? ;P) - to nie znaczy, że trzeba w łeb i w kosmos; marzy "misie", że Wy (z Misiem) - napiszecie tak rewelacyjne miłosnie teksty, nieważne czy do chłopców, czy do dziewczynek, ale Waszym lirycznym językiem, nowym, oryginalnym, oczyszczonym z nalciałości i schematów literackich - na pohybel kiczom, grafomanom, harlequinom i polskim piosenkom popularnym.
Hough!
;)
Opublikowano

nie zgadzam się z głosem js.
Zapewne do tego opisu posłużyła autentyczna sytuacja. Od strony czysto powierzchownej zacznę, od samej sytuacji i jej opisu. Myślę, że niemal każdemu zdarzało się paść "ofiarą" niezwykle familiarnego rzęcha. Patrząc ze strony "ofiary", mamy wszystko, co wypisał autor: obrzydzenie związane z wrażeniami sensorycznymi, złość ("spierdalaj"), zmieszanie wywołane nienaturalnym zmniejszeniem strefy intymnej ("i tak ramię w ramię
jak autor i narrator"). Nie ma może tylko współczucia/litości, ale ono nie w każdym człowieku się pojawia. Nie musi. I autor nie jest od tego, żeby przedstawiać rzewne i stające w gardle scenki społeczne - w tym świetni są dziennikarze, ale raczej powierzchownie. I co w tym złego? Jeśli wydźwięk jest pogardliwy, to co? Nie wolno? Czy mamy z tego tytułu potępiać autora, bo nie wykazał "słusznej wrażliwości"? Nie o to chodzi. Nie od tego jest autor, żeby pokazywać, co jest słuszne. Być może są poeci pretendujący do bycia czyimś sumieniem, ale ja takim z gruntu nie dowierzam.
Dalej mamy pomieszanie, o którym napisałeś, Jacku. Ponownie się nie zgodzę, nie widzę tego pomieszania, tak samo jak nie widzę uzasadnienia dla jednej jedynej optyki w poezji, którą zdajesz się lansować. W tym wypadku kłócę się co do zasady, bo inna to rzecz, czy autorowi wielowymiarowe spojrzenie wyszło. Ale nie o tym chciałem. Fragment "i tak ramię w ramię
jak autor i narrator" moim zdaniem wskazuje na zbytnią familiarność nieznajomego. Wykazuje on nadmierną poufałość. W imię czego? Zwykle raczej nie w imię miłości do bliźnich, lecz w imię partykularnego interesu, którym są symboliczne dwa złote. To budzi niechęć i sprzeciw: jakim prawem? I stąd odpór być może: spierdalaj. Peel właściwy mógłby powiedzieć: "idź sobie". Lecz nie jest Chrystusem. Jest człowiekiem, któremu czasem puszczają nerwy.
Mówi, że jest jego podmiotem lirycznym: podlizuje się, bo wiadomo, czego chce. Do mnie zwykle mówią "kierowniku", widocznie wyglądam na takiego, na którego to wystarcza.
Moim zdaniem ten wiersz porusza tematykę ludzkiej słabości, która jest główną przeszkodą w osiągnięciu wszechpanującej miłości do bliźniego, bez względu na to, jaki jest.
Co do schematyzmu. Prawdopodobnie tak. Tyle że sytuacja będąca rdzeniem konceptu jest sama w sobie schematyczna. To inna dyskusja, czy warto pisać opierając się na schematach życia codziennego. Ten rzęch jest schematyczny, choć wzniósł się na wyżyny swojej inwencji, to też swego rodzaju dramat;). Moim zdaniem peel właściwy nie przyjmuje tutaj wielu ról, to jest tylko manipulacja pojęciami, przy wczytaniu się w tekst widać, że służą one jedynie metaforyce i grom słownym.
To były uwagi ogólne, mk się już wypowiedział szczegółowo odnośnie warsztatu, chyba nie ma co tutaj dodawać. Na koniec napiszę, że chciało mi się ten wiersz przeczytać kilka razy. Tak samo, jak chciało mi się nieraz przeczytać twój wiersz, Jacku. Różnicie się, ale jesteście ludźmi. Dogadujcie się.;)

Dnia: Wczoraj 20:04:30, napisał(a): vacker flickan
Czytelnik

Karolu, twoją dysertację nie bardzo rozumiem, z czym się nie zgadzasz, a odniosłem wrażenie, że zupełnie na opak zinterpretowałeś moją o utworze wypowiedź;
ta odnosiła sie głównie do wyrażenia: "spierdalaj podmiocie spierdalaj";
ujmując rzecz na płaszczyźnie filozoficznej, podmiot to umysł poznający w przeciwieństwie do przedmiotu, który jest poznawany; w sensie czysto praktycznym podmiot czynności jest jej autorem, jest odpowiedzialny za czyn - odniosłem się więc do tej niemożliwej ucieczki od odpowiedzialności za słowo...fakt, rozróżnienie pomiędzy podmiotem, autorem jakiegoś czynu (tym jest tu utwór literacki) a treścią tego czynu, zakłada jakąś refleksję, ale w poznaniu naturalnym podmiot i przedmiot są głęboko ze sobą zespolone (widzę przedmiot i w tym samym czasie mam świadomość, że go widzę; a tak to przedstawia i Kant i Husserl) - zgłębienie "aktu" poznania, czyli sama aktywność myślowa w akcie woli prowadzi do idealizmu bądź spirytyzmu, bo jest to "tylko" aktywność konstytutywna dla natury duchowej, a jako taka pozostaje teorią poznania ( w opozycji do realizmu działania); "poddanie się liryczności" będzie zawsze i ucieczką w podświadomość ( aby sobie uświadomić, co sami rozumiemy z podjętego tematu) i niezależnie od zewnętrzności skazani jesteśmy tylko na interpretację tej zewnętrzności; tyle...na tym zbudowana jest cała twórczość, w tym także poetycka;
i żeby było jaśniej - ja nie negowałem wiersza,; odniosłem się tylko do dyskursu, jakim się w nim toczy, jaki w nim toczy peel-autor; J.S

Opublikowano

didaskalia i choreografia - dobrze się czujesz? :)
kloszard wcale nie musi śmierdzieć i być pijany
(to jest w ogóle problem drugorzędny - ale te perfumy to przechodzenie w skrajność - b. powszechny i niezwykle mało wyszukany zabieg retoryczny)
ja w wierszu nie stoję pożadnej stronie
a pomieszania z poplątaniem nie ma
piszę z JEDNEJ perspektywy

cóż, zupełnie nie czujesz tego wiersza Jacku
i nie chcesz czuć
trudno

pozdrawiam

Dnia: Dzisiaj 12:39:20, napisał(a): wesoły grabarz
Czytelnik

Ty Kamilu "piszesz z JEDNEJ perspektywy" a ja c z y t a m po swojemu, i dlatego - w odpowiedzi do vackera flickana podkreśliłem daremność ucieczki od własnej podmiotowości (w ł a s n e j - bo widzę w wierszu wyraźną relację między peelem-autorem a innymi postaciami - postacią, czyli tematem);
i dziękuję za troskę, czuję się jak zawsze znakomicie, wino mi służy (nie nadużywam!); J.S

ps.; ostatnią wypowiedź Bogdana o emocjach traktuję jako wsparcie mojej pierwszej wypowiedzi ( i proszę, nie traktuj mnie protekcjonalnie, bo z lekceważenia sobie rozmówców może wynikać tylko jedno - że któryś z nich "wie wszystko", podczas gdy ten drugi jest idiotą...to uniemożliwia dyskusję; pisząc "didaskalia - choreografia" na skróty odniosłem się do przedstawionej tam sytuacji: ów autobus, sąsiedztwo...cel podróży, dywagacje...jest to taka teatralna przestrzeń na monolog wewnętrzny peela - wolno mi chyba, jako czytelnikowi zobaczyć tę chwilę jako swoisty teatr JEDNEGO aktora, bo to peel prezentuje swój wewnętrzny świat myśli...czyżbym popełnił jakieś nadużycie? zbłaźnił się aż tak tragicznie? a to właśnie sugerujesz...oj! nieładnie);
pozdrawiam; Jacek S.

Opublikowano

...bo to takie chodzenie z trąbą, kiedy nie wiadomo - kto tą trąbą, czy to dwie trąby...J.S

przypuszczenie, że metafora "trąby" będzie interpretowana jako inwektywa, a nie przerysowany żart służący do zilustrowania takiej intencyjnej postawy, która zagłusza (jak trąba) wszystkie , kulturowej natury wątpliwości dotyczące użytego języka ("spierdalaj") wprawia mnie w zakłopotanie, bo wydawało mi się, iż mój interlokutor dysponuje takim poczuciem humoru, dzięki któremu przejdzie ponad...to dobra nauczka dla mnie, a adresata niefortunnego w formie komentarza przepraszam;

wesoły grabarzu.; w drugim odnośniku nie ma żadnej sprzeczności, choć próbujesz mi to imputować; w teatrze Jednego Aktora nie można grać roli jednocześnie rozpisanej na 3-4 postaci (!;co za idiotyczna moda na formę tego wyrazu) bo to już nie będzie teatr Jednego; a przecież o tym pisałem, że próba zagrania Wszystkich Postaci tamtej chwili nie pozwoli samemu peelowi się określić wyraziście, i że taka próba skazana jest na klęskę; a taką próbę odczytałem z tekstu...

co do Gombrowicza;
w książeczce wydaną przez Znak w 1995 pt.: "Witold Gombrowicz - Przeciw poetom" - Miłosz w rozdziale "Pięćdziesiąt lat później" usiłuje odnieść się do zarzutów stawianych poetom: "Można rzec nawet, że trudno o lepszy przykład rozdwojenia niż sam Gombrowicz, który ze swojej słabości, urazów i obsesji lepił swoje dzieło, nieskończenie górujące nad nim, próżnym szlachcicem znad Niewiaży..." i dalej : " Był to przede wszystkim problem istnienia świata "obiektywnego" niezależnie od naszych percepcji. Zapalał się, twierdząc, że nie posiadamy żadnych danych, zeby orzec o jego istnieniu gdzie indziej niż w naszej głowie. Po czym wygłaszał filipkę przeciwko Kartezjuszowi....Jego taktyka polegała na zastraszeniu, a jeśli to nie skutkowało, na natychmiastowej przemianie w kogoś innego, tak że nie mogły udać sie próby schwytania go w sieć definicji. Wierny swojej zasadzie, że za wszelką cenę trzeba zachować swoją podmiotowość, to znaczy nie pozwolić, żeby taksowało nas i unieruchamiało cudze spojrznie, zaatakowany, przybierał inny kształt, znikał i gdześ z najmniej spodziewanej strony wołal: "Tu jestem, a kuku!"."
A więc, reasumując, jego (Gombrowicza) walka z Formą generowała nowe formy wcieleń, które mimo złudzeń wyzwolenia - okazywały sie kolejnym więzieniem. Innym zarzucał masochistyczną przyjemność siedzenia w więzieniu ( w formie dzieła artystycznego), a sam - wyłamując kratę za kratą stwierdzał, że nadal jest wewnątrz, sam ze sobą, ze swoją miną grymaśną i zawsze niezadowoloną. Skazany nie tylko na siebie, swoją podmiotowość, ale także - wobec innych - na manifestację podmiotowości w formie, od której nie da się uciec...Zawsze jest jakaś "gęba" przed inną "gębą", bo taka jest racja stanu rzeczy tego świata...
Mam wrażenie, odnosząc sie do tego, co wiem o Gombrowiczu, że zza niejednego wersu słychać Twoje Kamilu "a kuku!", a mnie typowa dla Gombrowicza prowokacja i zabawa w ciuciubabkę nie bawi. Nie bawi i nie zachwyca. Qrczę! J.S

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...