Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

”Miałem już wracać, gdy bogowie zatrzymali mnie jeszcze w Egipcie,
bo nie złożyłem im ślubowanej hekatomby, a bogowie nie lubią,
żeby zapominać o ich prawach. Jest tam na grzmiącym morzu
wyspa, nazywa się Faros, oddalona o dzień drogi okrętem,
gdy się ma ostry wiatr za rufą”

„Odyseja” pieśń IV






PERSONALNA
- Dzwonili z infrastruktury, oddają dziś Rondo Cyklopa o szesnastej! – uaktywnił się werbalnie Ściema.
- No i bomba, półdługi na czołówkę i panoramiczne zdjęcie. Bez żadnych typów. Tylko samo rondo, zasłużyło sobie. Dwie kadencje je budowali?
- Trzy. Chyba, że nie liczyć tej odwołanej – Bodek zdjął z ramienia urządzenie przypominające bardziej narzędzie snajpera niż aparat fotograficzny - nawet ty Kubuś tyle tu nie siedzisz.
- Jedziesz do zdjęcia. Żadnych dwunożnych i samochodów. Żadnych maszyn budowlanych. Żadnej budowy. Tylko rondo – zakreśliłem rondo ręką.
- Na wylocie stoją betoniary i walce, na wlocie będą otwieracze z wstęgą. Jak otwieracze przetną taśmę, tiry ruszą na Szczecin.
- Bodek. Ja nie chcę żebyś fotografował zimorodka łapiącego ukleje w locie, proszę cię tylko o kawałek asfaltu. Możesz to dla mnie zrobić?
- Żadnych garniturów?
- Żadnych, jest środek ogórków. Jak garnitury to tylko prywata, ustaliliśmy. Chyba, że Kodżak pokaże wacka.
- A on jest do tego zdolny, zaproponuj mu. Ten nowy Peo się nie wścieknie?
- Wścieknie. Słyszałem jak odsłuchiwał rano jakiś zdyszany wywiad z burmistrzem.
- Na bank? Słyszał, że słyszałeś?
- Podejrzewam. Puścił przy otwartych drzwiach dyktę z głośnikami na ful, przynajmniej z pięć razy. Bodek westchnął i ostentacyjnie powlókł się do ciemni.
- A ty Ściema z czego rżysz? Dzwoń do wykonawcy robót, dowiedz się czegoś o rondach, porozmawiaj z jakimś inżynierem osobiście. Po co się je buduje, co dają, ciekawostki – banan na twarzy Ściemy zmienił nagle kierunkowskaz.
- O nie! Trzeci dzień z rzędu od 6 rano jestem na dyżurze. Na dworze jest ze 100 stopni, a ja fatalnie znoszę skwar i jeszcze rozmawiać o asfalcie... Ten wentylator robi obrót na minutę.
- Szkoda, bo od jutra biorę urlop. Będę musiał znaleźć kogoś mniej wrażliwego. Na niedzielę zapowiedzieli jeszcze większy upał, a Miss Zalewu wymaga spędzenia całego dnia na rozgrzanej plaży. Jako pracodawca nie mogę pozwolić, żeby stażysta tak się narażał. Jeszcze dostanie ud...
- To szantaż!
- Wokół Zalewu nie ucieka się do szantażu. Zwykła manipulacja. Darmowe piwo... środeczek dla gazety z finalistkami... wywiadzik na jedynce z Miss..
- Kocham słoneczko i wszystkie ronda na świecie! – Ściema wykrzyczał jednym tchem.
- Znów rozkładówkę mam robić? – rozległ się nieudolnie starający ukryć zadowolenie głos z pracowni – z opisami?
- Tylko grube podpisy. Rok temu miał być reportaż z info, ale używając języka dyplomacji dziewczęta nie okazały się przeintelektualizowane.
- Jestem Kasia, 19 lat, pracuję jako cleaning manager w zachodniej sieci sprzedaży i studiuję zaocznie na I roku marketing i zarządzanie, interesują mnie języki obce i równikowe lasy chronione – doleciał słodki głos Bodka – na imię mi Ania, mam 18 lat, studiuje zaocznie prawo na I roku, chcę być adwokatem i walczyć o sprawiedliwość na świecie. Interesują mnie sztuki walki i taniec techno.
- Kto wygrał rok temu?
- Ta w tym kostiumie... jakby ją lampart przestraszył. Ale lepsza była ta z Idola.
- Młody! Co ty tu jeszcze robisz? – Ściema z otwartą gębą wlepiał wzrok w ciemnię widząc już siebie pośród wilgotnych brązowych zwierzątek. Nim zdążył udać się w asfaltową rzeczywistość, dotychczas lekko uchylone drzwi jedynego nie koedukacyjnego pomieszczenia redakcji z enigmatyczną tabliczką Naczelny wypluły małego wąsatego człowieczka w czerwonym krawacie.
- Może ktoś by tak mnie zapytał o zdanie? Chyba mam coś tu do powiedzenia?
- Na kolegium omówiłem tych kilka koncepcji....
- Koncepcji? To decyzje, odniosłem wrażenie panie Konieczny, nie koncepcje.
- Myśleliśmy, że jest pan czymś ważnym zajęty.
- Byłem. Na początkową stronę chciałbym opublikować wywiad z burmistrzem, który udało mi się wczoraj przeprowadzić, a dotyczący planów zagospodarowania przestrzennego gminy do końca roku. To chyba jest ważniejsze od jakiegoś wypisywania o rondach! – twarz zmieniła kolor na krawatowy.
- Panie… dyrektorze, w środku lata turystyczna miejscowość nie przepada za tego typu newsami, co do zasady pisze się o pierdołach, robi dodatki turystyczne. Bez urazy, ale sztygara z Wałbrzycha niezbyt pasjonuje strategiczna lokalizacja szamb, ustawiane przetargi, sesje rady miejskiej. Woli wiedzieć gdzie kupić piwo i posłuchać szant.
- Jako redaktor naczelny mam prawo być o wszystkich planach informowany jako pierwszy. W szczególności o posunięciach sekretarza redakcji!
Czekałem, aż młody zniknie za drzwiami.
Bodek z ciekawością wychylił się ze swojej nory.
- Dziennikarz dyżurny powinien sporządzać....
- Nie przerywałem panu, dokończę. Papierowymi przychodami i rozchodami nie zajmiemy się wcale, za rzeczywiste weźmiemy się we wrześniu, macie kreta w radzie. Jeżeli pan naczelny już chce koniecznie pana burmistrza oglądać w jutrzejszej gazecie to proponujemy interesujący materiał jak próbuje powstać pod „Bajką”, świetny reportaż. Skarbnik go podnosi, ale padają razem. Dalej każdy z flachą i koleżanką, bo przecież nie kurwą, drą mordy maszerując przez centrum Szczecina ze śmietanką naszych włodarzy. Pan zdaje się jakoś też się przewija, ale na drugim planie...
- Na pierwszym – wtrącił Bodek - wykadrowałem.
- Co mają znaczyć te pomówienia! Do sądu...
Wreszcie drzwi za Ściemą zatrzasnęły się.
- Stul pysk!
Stulił.
- Dziękuję. Wyjaśnijmy kilka dość palących kwestii w zakresie naszych wzajemnych relacji. Nie chciałem przy stażyście robić sobie i gazecie obciachu. Otóż sekretarz redakcji Jakub Konieczny czyli ja, nasz fotoreporter Gerwazy Bodecki i nieobecny dziś redaktor Purgał mamy pana głęboko w dupie – ciągnąłem dalej.
- Co?!
- Mamy pana głęboko w dupie. Co w tym niejasnego? Pozwoli pan, że postaram się wszystko po kolei objaśnić. Jest pan tutaj dwa tygodnie i jak dotąd współpraca układała się nam doskonale. Obdzwania pan na koszt redakcji wszystkie komórki w mieście, za darmo zamawia żarcie, chleje i tnie wstęgi na bankietach, czekając aż kolesie po kluczu wyrzeźbią jakieś lepsze koryto. Rozumiem to, a nawet jestem w stanie zaakceptować. Ale w news-roomie rządzi tylko i wyłącznie sekretarz. Może pan się poruszać się po nim swobodnie i udzielać na kolegiach, byle nie w takim imperatywie kategorycznym, tego nie będę znosił. W swojej izolatce może pan przyjmować całe to swoje szacowne grono. Nazwiska na drzwiach nie wygrawerujemy. W zeszłym roku zrobiliśmy dwie imienne tabliczki, zwykłe marnotrawstwo. Dla nas jest pan panem nikt. Powietrzem. Czytał pan „Iliadę” Homera?
- Taki ślepy –wtrącił Bodek.
Obaj mieliśmy słabość do heroicznych epopei. Po wewnętrznej stronie drzwi redakcji napisaliśmy markerem na ostrym rauszu tekst Herberta:

Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino,
Ku jakim wyspom zmierza pod znakiem winorośli
Spity winem nic nie wie, więc my także nie wiemy
Dokąd płynie z pnia bukowego łódź lotna.

- Nieważne. W decyzji o przydziale stanowiska napisano - pełniący obowiązki. Na drzwiach napisano - naczelny. To mniej wyraziste i bardziej bezosobowe logo niż kółeczko czy trójkącik w kiblu. My mamy wszystko podpisane, od kubków, długopisów po komputery i biurka.
Bodek pokręcił głową. Za mocno.
Naczelny alias P/O cofnął się w stronę swojego bunkra.
- W większości wydawnictw na świecie przyjęta jest praktyka, że naczelny reprezentuje redakcję na zewnątrz, a gazetą rządzi i nadaje jej rytm sekretarz redakcji.
- Naprawdę? – inny głos zapytał z nadzieją.
- Od Timesa po Nowego Wampa.
Pełniący Obowiązki powoli odwrócił się i nerwowo-spacerowym krokiem wrócił do bazy.
Bodek nie wytrzymał i ryknął śmiechem.



OSOBISTA
Zostałem sam i zabrałem się za reportaż, który nosiłem w głowie już kilka miesięcy jako awaryjną czołówkę i jednocześnie wyrównanie ubiegłorocznych rachunków. Idealny temat na sierpień, a co więcej zemsta prywatna. Pozostało przelać luźne refleksje na monitor i poukładać fakty. Rozpocząłem osobistym wyznaniem, iż czułem się bezpiecznie w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie, a prawdziwym lękiem napawają mnie krainy typu Benelux i Skandynawia. Nawet stonowany muzyk Lou Reed wypowiedział się kiedyś o Szwecji z przerażeniem: „Otwieram apteczkę, a tam zestaw na wypadek samobójstwa”. Wczesną jesienią zeszłego roku wybraliśmy się do Bromoli na południu Szwecji łowić łososie w jednej z najsłynniejszych na świecie rzek wędkarskich. W ramach rozgrzewki wynajęliśmy domek nad jeziorem i trzy dni moczyliśmy w nim kije. Akwen na folderach zdawał się wędkarską Mekką. Kilka tysięcy rzutów spinningiem przy kilkudziesięciu wariantach blach dało efekt w postaci okonia (nie chwaląc się sekretarz redakcji go złowił) i szczupaka (tenże), który został zaliczony tylko z tego tytułu do trofeów, że przezornie go ukatrupiłem zanim ojciec Bodka zdążył dobiec z miarką. W końcu zniesmaczeni pojechaliśmy na górski odcinek Morum, słynący z metrowych troci i łososi. W ośrodku przy tamie znaleźliśmy informację, kasy biletowe i rzeczywiście wielkiego półtorametrowego, spreparowanego łososia, aż poczułem się jakbym wylądował w powieści Jerome K. Jerome. Najpierw postanowiliśmy jednak zobaczyć jak żerują te waleczne ryby, wyruszyliśmy więc na rekonesans wzdłuż rzeki. Po dwugodzinnej penetracji i rozmowie z napotkanym Walijczykiem rzucającym „for trenning” odkryliśmy, że nie ma tu nie tylko żadnych szlachetnych ryb, ale nawet tych najbardziej plugawych, czegokolwiek z ichtiologicznego punktu widzenia. Wróciliśmy do postmodernistycznego budynku na zaporze. Analiza cenników, a szczególnie zasad połowu urągała nawet naszej śladowej godności wędkarskiej. Łososie były, pływały sobie obok rzeki w basenie z tlenioną wodą. Opłata startowa grupy zapaleńców powodowała wpuszczenie kilku wygłodniałych sztuk na kilkusetmetrowy górski odcinek, którego przepłynięcie i ominięcie rozstawionych muchówek powodowało triumfalny powrót do basenu, zaś łowcy oszczędzało osobnego wydatku od kilograma złowionej ryby (kilka razy większego od świeżutkiego norweskiego łososia, kilka godzin wcześniej pływającego sobie w Atlantyku). Wiem, to o przygodę chodzi, a nie cenę. Zdecydowanie jednak nie o taką.
Poza tym wszystko verbieten. Nie chodzi mi o limity prędkości, które zredukowały śmiertelność w wypadkach drogowych o połowę, ale o daleko posunięty brak własności państwowej. I ten system detalicznej dystrybucji towarów spirytusowych (sklepy monopolowe odbiegają od słowiańskich ideałów). Puste ponumerowane butelki stoją w gablotach, klient zapisuje numerki i wręcza sprzedawcy, który idzie na zaplecze z karteczką po trunki. Rozumiem, że statystyczny Sven przez zimno, brak słońca, alienację (obszar dwa razy RP i niewiele ponad dziesięć milionów ludzi) chla okrutnie, ale czy to może pomóc? Również wywindowane nawet jak na Skandynawię ceny powodują indywidualne pędzenie na potęgę (in margine - browar w sklepie maximum 2,8%). Kraj osiągający pewien pułap konsumpcji zaczyna fiksować, mam na ten temat swoją teorię. Wydawałoby się niczym niezmącona kraina północnych fiordów krzywdę wyrządziła sobie w dziedzinie prawodawstwa. Patologiczna wykładnia dopuszczalności eutanazji i praw dziecka, motywowana chorym rozumieniem praw podmiotowych, dopuszcza ukatrupienie kogoś wbrew jego woli, jeżeli na ten przykład rodzina uzna, że się nieludzko męczy. Będąc dziadziem z milionem baksów na koncie odczuwałbym pewien dyskomfort psychiczny, czy troskliwi zstępni nie uznają przypadkiem, że nie mogą już na moje katusze patrzeć i postanowią zgodnie, iż należy mnie uśpić. Dziewczynka, której tatuś zabronił oglądać TV po dobranocce dzwoni na policję i informuje, że jest molestowana seksualnie przez ojca. Ten trafia od razu do pierdla, dziecko zostaje oddane do adopcji parze gejów na metadonie po odwyku heroinowym. Szwedzkie prawo dopiero po wojnie zakazało małżeństw spokrewnionych w linii bocznej, które zawierano często ze względów majątkowych. Kiedy zaczęło się z w/w przyczyn rodzić zbyt wielu kretynów, na gwałt zaczęto ściągać cudzoziemców, przez co typowa Szwedka XXI wieku jest czarna i nosi dredy. O tym, że ich psy maja psychoanalityków nie wspomnę.



NEUTRALNA
- No i czego dowiedziałeś się o rondzie i o rondach – obróciłem się na krześle.
- Rondo ma usprawnić ruch pojazdów i pieszych oraz zmniejszyć liczbę wypadków. Rozwiązanie istniejące dotychczas nie spełniało podstawowych wymogów bezpieczeństwa. Widoczność...
- Sam na to wpadłeś?
- Jak informuje projektant inżynier Alfred Domański, była niezgodna z przepisami. Kąty przecięć ulic były bardzo małe, co stwarzało duże zagrożenie dla pojazdów i pieszych...
- Biura inżynieryjne, podwykonawcy, wszyscy którzy od początku byli zamieszani w całe to zamieszanie. Background. Trzeba czytelnikowi naświetlić historię choroby.
- Statystyki dowodzą, że zastosowanie małych i średnich rond zmniejsza liczbę kolizji – Ściema dalej cytował zatłuszczony notatnik – co prawda notuje się na nich nieco więcej drobnych stłuczek, ale za to maleje liczba poważniejszych wypadków, które często kończą się śmiercią. W perspektywie obok Ronda Cyklopa będzie możliwa przebudowa niestrzeżonego wiaduktu. Prace mają zakończyć się jesienią.
- Ważny jest rok – słusznie zauważył Bodek.
- W związku z wprowadzeniem nowej organizacji ruchu od dnia 3 sierpnia, przystanek z...
- Czytasz komunikat o zmianie organizacji ruchu czy główny artykuł wydania? Trochę się pogubiłem.
Mina Ściemy przypominała psa, z tych niesłusznie bitych.
- Co można o rondach napisać interesującego? Mam zadzwonić do budowlańców i opisać skład betonu?
- Jeżeli już to asfaltu. Jest pełnia sezonu, lud chce czegoś z jajem.
- Teraz to już pan przegiął. Najpierw zmusza mnie do podjęcia tematu fascynującej wszystkich naokoło budowy, potem ma pretensje, że wykonałem polecenie tak jak mi kazał.
- Nie panujemy sobie w redakcji, powinieneś już zapamiętać. Dalej nie wyciągasz wniosków, a jesteś tu ponad miesiąc. Ten sam materiał można zredagować w diametralnie różny sposób.
- W kółko pan Bodek to powtarza. Z szóstki trzeba umieć robić dziewiątkę, żeby było tip-top.
- Numerując zdjęcia i ograniczając się do dwóch linijek opisu redaktor Bodecki rzeczywiście mógł dojść do tego typu konkluzji. Siadasz do klawiatury i redagujesz tekst jeszcze raz. Poszperaj też w sieci. Za dwie godziny chcę mieć gotowca na biurku, dead-line o szóstej i nikt nie będzie już nikogo katował asfaltem. Wypływam z Julią na Zalew i przez najbliższy tydzień nie istnieję, potem mam Targi Wydawców i Dziennikarzy Prasy Lokalnej. To twoja składanka Grechuty? – dostrzegłem okładkę obok odtwarzacza, z którym Ściema starał się nie rozstawać. Nie wiem czy bardziej chodziło mi o muzykę czy sprawdzenie odporności nowego nabytku redakcji na stres.
- Moja, ale...
- Jest na niej Korowód? – przerwałem brutalnie.
- Jest – wydął obojętnie wargi.
- Rekwiruję na godzinę. To pomoże zintensyfikować wysiłki i skupić się wyłącznie nad korektą tekstu.
- Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy - doleciało z ciemni - ważnych jest tylko kilka tych chwil, tych na które czekamy...
- A za dwie godziny i minutę wysyłam mail-a do Radia Zalew i ceduję na Arbuza sobotni materiał.
- Radio Zalew nie zalewa... – tym razem dotarła linia melodyczna radiowego spotu.
- Arbuz za to owszem.
- To wszystko? – czułem jak gotuje się pod kamienną twarzą.
- Niezupełnie, przydałby się jakiś dowcipny lead.
- Jasne.
- Mniej wypadków, więcej stłuczek... Mam! - triumfalnie zawołał redaktor Bodecki.
- To niemo...
- Więcej pracy dla blacharzy, mniej dla grabarzy!
Dwie linijki. Ale jakie. Zacząłem się głośno śmiać.



OSTATECZNA
- Pieprzony redaktorek – mruknął do siebie Naczelny na widok sobotniego wydania na biurku. Z niesmakiem do niego dotarło, że zanim gazetę umieści w koszu gdzie jej miejsce, będzie musiał spojrzeć na rondo, którym wczoraj został tak upokorzony. Już z daleka jego wzrok zarejestrował duży fragment ulicy i jakieś postacie. A przecież sekretarzyk wyraźnie powiedział, że ma nie być żadnych postaci, rozchmurzył się PO. Może ten Bodecki tak naprawdę to nie jego ma dupie i można będzie się z nim jakoś dogadać. Chociaż fotek to pstrykać nie umie. Wszystko zamazane jakby w biegu, na pierwszym planie jacyś mundurowi uchwyceni bokiem, kupa świateł w tle - przyjrzał się z niesmakiem. No i gdzie są teraz ci wszyscy dziennikarze. Fakt, przyszedł dwie godziny po kolegium, ale ktoś musi telefony odbierać. I z tą drukarnią trzeba zrobić porządek. Dostają kasę za sześć kolorów na pierwszej stronie, nie za czarne drukowane litery pogrubioną kursywą: „NA RONDZIE”. Od niechcenia zjechał wzrokiem na kilka wytłuszczonych zdań poniżej. I w jednej sekundzie wszystkie wcześniej skumulowane myśli znikły, nawet nie zmieniły się, znikły jakby ich poprzedni tor nigdy nie istniał, bo przecież w każdej gazecie czai się gdzieś to coś, wystarczy tylko trafić numer. Nieważne co, wywiad z burmistrzem, reportaż z Szwecji, nowe rondo. Nieważny motyw, temat, zasięg, nieważna siła. Ważny punkt jej przyłożenia, żeby poczuć to podniecające uczucie niedowierzania, ukłucie pod codziennością przetartych trybów przerdzewiałej od zawsze maszyny.
Wczoraj około północy na otwartym kilka godzin wcześniej Rondzie Cyklopa zginął 31-letni mężczyzna. Jak ustalono śmierć na miejscu poniósł sekretarz redakcji „Wokół Zalewu” Jakub Konieczny. Jak mówi asp. Karol Buczyna z Biura Prasowego KMP dziennikarz prawdopodobnie z przyzwyczajenia zjechał na przeciwległy pas jezdni i zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką. Wciągnęła go, wessała do środka nośność, bo co bardziej absorbuje niż mocna czołówka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...