Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ten zakład fryzjerski wsiąkł w topografię mego miasta jak stare drzewo. Był najbardziej obskurnym zakładem fryzjerskim w mieście i sąsiadował z najbardziej obskurną knajpą w mieście. Brudne, zaniedbane pijusy z knajpy „Pod czerwonym bucikiem” chodzili się strzyc do zakładu Pana Jabłonki dwa razy do roku, przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą. Jak byłem mały omijałem te miejsca szerokim łukiem bo mama mi mówiła, że tam siedzą Cygany i że mnie porwą. Kiedyś tylko mój przyjaciel Dziudzia zaprowadził mnie w te zakazane rejony, ale szybko uciekłem, bo bałem się Cyganów. Zobaczyłem tylko przez szybę w zakładzie jak Pan Jabłonka popija z różowej buteleczki tajemniczy płyn i strzyże Felka Gąsienicę, który nazajutrz miał ślub córki. Jak podrosłem, zaglądałem do „Czerwonego bucika” częściej z moim przyjacielem Szakalem, ponieważ była to jedyna knajpa w okolicy, do której nie chodziły dziewczyny, a Szakal dobrze wiedział, że jak tylko laski pojawią się na horyzoncie, ja nie pozostanę bezczynny i biedaczyna nażre się przeze mnie niezłego kwasu. Moja opowieść powinna zacząć się w miejscu, w którym po raz pierwszy postanowiłem przekroczyć próg zakładu Pana Jabłonki, ponieważ głównym bohaterem tej opowieści będą wydarzenia, które w owym zakładzie miały swój początek.
Ale najpierw trochę historii.
Każdy znał w mieście Maryjkę, córkę starego Borówy, który na umór pił w „Czerwonym buciku” z podejrzanymi typami i przepijał swoją co miesięczną pensję pracownika zakładów gazowniczych. Maryjka była w moim wieku, kiedy ja jeszcze byłem szczylem i myślałem tylko o tym jakby rzucić w zimie jakąś panienkę śnieżką, albo na przerwie w szkole zajrzeć jej pod spódnicę w poszukiwaniu ledwo przeczuwanego skarbu.
Maryjka była najbardziej rozbrykaną dziewczyną w okolicach starej bożnicy żydowskiej i placu rybnego, zadawała się z największymi łotrami i za garść cukierków kupowała im papierosy w kiosku starego Trzmiela, który serdecznie nienawidził swej pracy. I nic nie zapowiadało, że będzie z niej sensowna dziewczyna, z którą warto by na przykład pójść do kina w wieku licealnym. Miała piegi, była niska, wiecznie umorusana, nie lubiła wody, ciągle zapowietrzona, dokładnie przeciwieństwo mnie i Dziudzi, którzy zatopieni w czasopismach komputerowych próbowaliśmy rozszyfrowywać tajemnice programów komputerowych. Niemniej zaprosiłem ją kiedyś dla jaja do siebie, żeby z Dziudzią serdecznie pośmiać się z babskich fobii. Ona jednak była inna, nie była typową babą, miała w sobie coś chłopięcego, co automatycznie czyniło ją na przykład częścią teamu piłkarskiego albo hersztem bandy młodych łotrów. Od razu namówiła nas do różnych jajec. Na przykład rzucaliśmy z balkonu śnieżkami w pobliskie okna, a gdy sąsiedzi zdziwieni wychylali swe głowy, szybko uciekaliśmy z powrotem do domu i śmialiśmy się do rozpuku. Z takich dziewczyn wyrastają niekiedy niezłe laski, tudzież fajne foczki, ale jeszcze wtedy nie byłem tego świadom.
Ona się kumplowała ze wszystkimi, w tym i ze mną się kumplowała, chociaż ze mnie był bardziej naukowiec niż łotr. Dopiero później zrobiłem się bardziej łotrem, a mniej naukowcem, ale po kolei. Jak już powiedziałem, Maryjka dorastała razem ze mną, ale nie trzymaliśmy się razem. Pamiętam tylko jak raz zaprosiła mnie nad rzekę płynącą obok burku, żeby porzucać kaczki. Nie cierpiałem rzucać kaczek, bo nigdy mi to dobrze nie wychodziło, ale ona była mistrzynią i ze wszystkich sił zazdrościłem jej tego, ponieważ zawsze zazdrościłem komuś innemu jego zdolności i pytałem Boga, czemu mnie nie dał tylu talentów abym stał się mistrzem nad mistrze, albo arcymistrzem. Ale zostawmy moje chore ambicje. W pewnym momencie Maryjka przestała rzucać kaczki i spoczęła na łysym kamieniu w cieniu wody. Przycupnąłem na sąsiednim kamieniu obok niej i tak przez chwilę milczeliśmy kontemplując wartki przepływ rzeki. Był środek sierpnia, wakacje, miałem iść do liceum, Maryjka szła do technikum fryzjerskiego, jedne z piękniejszych wakacji jakie miałem, które zasługują na osobną, dłuższą opowieść. Maryjka nagle oparła się ni z tego ni z owego na moim ramieniu. Jako zielony jeszcze sztubak nie wiedziałem co robić, ale instynkt podpowiedział mi, że trzeba ją objąć, co też uczyniłem po dłuższym wahaniu. Siedzieliśmy tak, jakbyśmy byli parą i słońce oświetlało nasze twarze, smarowało je swoim lepkim miodem, myślałem tylko o tym, że trzymam swoją dłoń w pobliżu nieukształtowanej jeszcze piersi Maryjki i to mi wystarczało. Jednocześnie byłem bardzo zdenerwowany i spięty, chwile dłużyły się niesłychanie, a Maryjka zamknęła oczy. Załamałem się w duchu, pomyślałem: no to ładne jajca, ona mi tu będzie na ramieniu spać, a ja ze strachu, żeby czegoś nie spitolić chyba jajko zniosę. Na szczęście albo nie, Maryjka rychło otworzyła oczy, popatrzyła na mój zegarek, ponieważ nigdy nie nosiła swojego i powiedziała, że musi już iść do domu, ponieważ ojciec czeka z obiadem ( matka Maryjki wyjechała do swojej matki z wieś, była w ostrej kłótni ze starym Borówą i nie spieszyło się jej szybko wracać ). Byłem uratowany, dziękowałem Bogu, że ten moment trwał tak krótko, a równocześnie dziękowałem Jemu, że był tak intensywny.
Kiedy wróciłem do domu, rodziców nie było, postawiona była zupa na ogniu, którą miałem odgrzać, a z drugim daniem poczekać na babcię, aż wróci od koleżanki z ulicy naprzeciwko. Babcia miała bowiem zwyczaj, że między moim popołudniowym przyjściem do domu, a drugim daniem wychodziła do koleżanki na tzw. herbacianą godzinkę z panią Ziutą wzbogaconą o plotki z ulicy i ze świata.
Usiadłem przy stole na fotelu, na którym przeważnie siedział mój stary i ćmił te swoje popularne czytając przy tym ultraprawicową i ultrakonserwatywną prasę, stary mój bowiem nie znosił komuny, ale nie przeszkadzało mu to czytywać od czasu do czasu „Nie” Urbana, jakby w celu wzbogacenia swoich intelektualnych przeżyć. Wyjąłem z kieszeni paczkę czerwonych „Marlboro”, które od czasu do czasu kupowałem, aby poczuć się prawdziwym mężczyzną i też zacząłem ćmić chcąc trochę poczuć się jak mój stary i myślałem o Maryjce. Myślałem, że jej twarz zaczęła stopniowo nabierać cech dziewczęcego piękna, choć jeszcze w sposób dość raczkujący, ale na tyle wydatny, że trudno to było przeoczyć nawet chyba tym przyjaciołom Maryjki, którzy dorastali z nią od kołyski. Myślałem o jej piersiach dojrzałych jak na jej wiek, o jej ustach, które były świeże i czerwone, o jej cerze, która oddychała powietrzem, spalinami, błotem i zielenią trawników, ogółem rzecz biorąc esencją miasta. Zgasiłem papierosa, potem przyszła babcia, nic ode mnie nie wyczuła, bo powstałby mały raban w domu, zjadłem obiad, coś tam jeszcze robiłem w ciągu dnia, czytałem włóczyłem się z Dziudzią i Szakalem po spelunach, w których stare łotry kupowały nam piwo, ale tylko pod warunkiem, że my im też postawimy jedno. Kiedy znalazłem się w końcu sam w łóżku, zapragnąłem, żeby Maryjka była obok mnie, wiele razy robiłem to, co robiło wielu chłopaków w moim wieku, kiedy w kiosku starego Trzmiela kupowało pornosy, żeby potem w ubikacjach rozładować swój wiek młodzieńczy. Starzy spali w swoim pokoju, babcia była w osobnym mieszkaniu, a ja podniecony poszedłem do łazienki i myśląc, że robiłbym wiele rzeczy z Maryjką, tam nad Wątokiem, koło burku, czyniłem sprawnie i przez chwilę czułem się, jakby Maryjka robiła to sama, zamiast mnie. Zasnąłem z ciałem Maryjki pod powieką, była kilka ulic ode mnie, pomyślałem, że jutro zaproszę ją do kina, ale tego nie uczyniłem.
Od tego czasu przez bardzo długi okres nie widziałem Maryjki. Wyjechałem do liceum do Krakowa, moja rodzina przeprowadziła się, a mnie do mego rodzinnego miasta nie spieszno było wracać. W Krakowie czułem się dobrze, poznałem nowych ludzi, watahę z dawnych lat pozostawiłem w Tarnowie, Dziudzia i Szakal stali się przeszłością i jednocześnie stanowią w dalszym ciągu materiał na kilka opowieści. Ale jednak, kiedyś wróciłem. Nie mówię, że wróciłem dla Maryjki, wróciłem na pogrzeb starego Borówy, którego umysł, całkowicie przeżarty przez denaturat, nie wytrzymał kolejnych porcji alkoholu. Pojechałem w przeddzień pogrzebu. W sposób nieświadomy lub nie, może specjalnie, albo nie. Byłem na III roku prawa na UJ i zacząłem równocześnie studia filozoficzne. Być może racja jest po stronie tych, którzy powątpiewają, tak, chciałem spotkać Maryjkęi jednocześnie oddać cześć niezłomnemu intelektowi starego Borówy, chociaż Bogiem, a prawdą bardziej chodziło o to pierwsze.
Włóczyłem się ulicami mego miasta, zatrzymałem i rozpakowałem się u wujka, odwiedziłem Szakala i Dziudzię, z którymi umówiłem się na picie wieczorem, a ścieżka mojej dedukcji zaprowadziła mnie do zakładu Pana Jabłonki, w którym nigdy bym się nie ostrzygł, gdybym nie wiedział, że pracuje tam Maryjka. Co prawda nie wiedziałem, domyśliłem się, ale domysł mój okazał się trafny.
Nie od razu jednak przekroczyłem próg zakładu, którego przez całe moje dzieciństwo i później wiek młodzieńczy nie przekraczałem. Najpierw spytałem się Dziudzi czy wie, co u Maryjki. Dziudzia wiedział już prawie wszystko o wybitnych postaciach tarnowskich, ponieważ sam, wraz z Szakalem, Czyżem, Żbikiem i Pietruchą stanowili swoisty kanon pijusów, którzy byli rozpoznawalni dla miastowych dzieciaków zarówno w stanie na trzeźwo, jak i nie na trzeźwo. Dziudzia siedział na starych śmieciach podobnie jak Maryjka i utrzymywał z nią w miarę luźny kontakt, czasem wpadał do niej do domu, żeby pomajstrować coś przy komputerze, ponieważ od zawsze był zapalonym komputerowcem, studiował wtedy informatykę z techniką na tarnowskiej uczelni i zamierzał pracować w firmie starego Żbika jako technik informatyk. Dowiedziałem się od Dziudzi, że Maryjka stała się najbardziej ekstra dupą od wałowej do końca krakowskiej wliczając w to jeszcze Wojtarowicza, Romanowicza i całe Falklandy rzecz jasna. Nie wiedziałem, czy ufać Dziudzi, ponieważ miał on zawsze skłonności do dramatycznej przesady, która przechodziła nierzadko w bezkrytyczny zachwyt bez pokrycia, ale tym razem moja męska, więc psia intuicja podpowiadała mi, że w tym jego mitologizowaniu Maryjki jest dużo materiału opartego na faktach autentycznych. Opierałem moje przypuszczenia po trosze na własnych obserwacjach, ponieważ Maryjka już wtedy nieźle się zapowiadała, gdy dałem drapaka z Tarnowa i znalazłem się na emigracji w Krakowie. Pora jednak była, aby przekonać się o tym, czy Dziudzia mówi prawdę czy nie na własnej skórze.
Poszedłem zatem do zakładu Pana Jabłonki po obiedzie, który zjadłem wraz z wujkiem w barze „Pod słonecznikiem”. Tam się z nim rozstałem i powędrowałem w stronę ulicy Bernardyńskiej, gdzie Maryjka uskuteczniała swój fryzjerski fach. Jak zwykle wszedłem w ciemną uliczkę, zakazaną i śmierdzącą od psich szczyn i kup, na której zawsze było pełno petów i rozbitych butelek po wódce i piwie. Trochę się jednak bałem, że jakiś Cygan znienacka sprzeda mi kosę między żebra, ponieważ było już ciemno, w zimie robi się ciemno około czwartej po południu, a słowa matki jednak zapadają w pamięć, nawet gdy ma się już dwadzieścia trzy lata i nie w takie rejony się chodziło. Jak powiedziałem, była zima, piździło grudniowym wiatrem, śnieg leżał na chodnikach zmieszany z psim i ptasim gównem i zbliżały się nieuchronnie święta, było dokładnie tydzień przed Bożym Narodzeniem, a Pan Jabłonka postarał się, żeby jego zapomniany przez Boga zakład również przypominał o przyjemnej, ciepłej atmosferze świątecznej. Na oknach były zawieszone srebrne łańcuchy, a pomiędzy tymi łańcuchami jechał w swoich saniach ciągnionych przez dwa brązowe renifery św. Mikołaj, pożyczony z reklamy coca coli. Kiedy w końcu wszedłem do środka, zobaczyłem choinkę przystrojoną w złote bombki, na której szczycie znajdowała się betlejemska gwiazda. Pod choinką były położony był jeden pakuneczek oprawiony w srebrny papier, przepasany czerwoną wstążką. Klientów było niewielu, rozpoznałem dwóch kumpli świętej pamięci starego Borówy i starą Marcową, wdowę po starym Marcu, pracowniku kolei tarnowskich i namiętnym palaczu nikotyny, który zmarł w wieku lat pięćdziesięciu pięciu na raka płuc. Stara Marcowa nie mogła odżałować śmierci męża, a jako, że nie znalazła pociechy w dzieciach, bo ich nie miała, zaczęła pić dzień w dzień owocowe nalewki.
Po pewnym czasie, od alkoholu i od rozpaczy Marcowej zaczęło się mieszać w rozumie i wylądowała w psychiatryku w Dębicy. Podobno zaprzyjaźnionym pacjentom opowiadała, że mąż ją zostawił z piątką dzieci, a sam uciekł do Egiptu z kochanką. Kiedy Marcowa wyszła ze szpitala, przyznano jej rentę w wysokości 580 złotych polskich plus dodatkowe świadczenia za przepracowane lata w zakładzie krawieckim u starego Bubla. Razem było tego koło tysiąca złotych i ledwo wystarczało na opłacenie dwupokojowego mieszkania, rachunków za gaz, prąd, abonamentów za radio i telewizor, rachunku za telefon i tym podobnych spraw. Marcowa jednak jakoś sobie radziła, skoro starczało jej na alkohol, a i wyglądała na nieźle odżywioną, chociaż o otyłość nie można jej było posądzić. Siedziała więc Marcowa na krześle i próbowała prowadzić rozmowę ze starym Jabłonką, który jak zwykle w antraktach strzyżenia klienta zaglądał do różowej buteleczki, teraz już nie tak bardzo różowej, bo zeszło z niej sporo farby, od momentu, kiedy widziałem ją po raz pierwszy jako młody szczyl.
W zakładzie strzygł Jabłonka, trochę nierozgarnięty Piotrek Dembosz, którego ojciec, stary Dembosz, miał posłać na architekta, ale Piotrek zawsze lubił strzyc i tak wylądował u Jabłonki. Przez całe lata w zakładzie strzygł jedynie Jabłonka, potem przyjął Piotrka, a teraz zobaczyłem trzecie stanowisko, na których w białym fartuchu do kolan strzygła jakiegoś starego grzdyla, którego pierwszy raz na oczy widziałem, nie kto inny, jak Maryjka Borowa, córka starego Borówy, na którego pogrzeb miałem iść jutro. Powiem szczerze, że Dziudzia nie kłamał, a jeśli trochę mitologizował jak to zwykle czynił, w tym wypadku jego mitologizacja była jak najbardziej uzasadniona. Maryjka, w wieku 22 lat zasługiwała na miano piękności numer jednej jeśli idzie przynajmniej o tarnowskie klimaty, bo w Krakowie były też niezłe laski, piękne, może ładniejsze od Maryjki, ale nie darzyłem ich nigdy takim sentymentem, jakim darzę Maryjkę. Oczy jej zrobiły się całkiem czarne, duże i głębokie, patrzyły z mieszaniną zachwytu i refleksji na świat dookoła, oczy te, widać było, cieszyły się życiem, szczupłe nogi natomiast były niezwykle podniecające w czarnych rajstopach, dodając do tego rozpuszczone, kasztanowe włosy, mogę śmiało stwierdzić że stała się Maryjka naprawdę zajebistą foczką. Usiadłem sobie na krześle, niby że chciałem się strzyc, ponieważ chciałem odwlec moment rozmowy, chciałem, żeby Maryjka mnie nie poznała od razu, czekałem, patrzyłem, byłem cierpliwy. Ale wypadki potoczyły się same, Maryjka w pewnym momencie spostrzegła mnie w lustrze i powiedziała: „cześć Błażeju. Nic a nic się nie zmieniłeś. Pewnie przyjechałeś na pogrzeb mojego tatusia, jestem ci bardzo wdzięczna, dziękuję, że mnie odwiedziłeś, może wybierzemy się gdzieś wieczorem?. Kończę o 18, czyli równo za godzinę.” Odpowiedziałem jej, że bardzo chętnie, że jestem też umówiony z Dziudzią i Szakalem i że miło jest spotkać starych przyjaciół, pomimo że okoliczność za bardzo nie sprzyjają wesołej, przyjacielskiej rozmowie. Poczekałem więc u Jabłonki jeszcze godzinkę, dałem się ostrzec Piotrkowi Demboszowi i nawet tego nie żałowałem, a potem wyszliśmy z Maryjką na dwór, w zimny grudzień, ona opatulona w brązowy kożuszek, ja przewiązany szalikiem i ze szlugiem w zębach, ponieważ szlugi już teraz paliłem regularnie i czasem nachodziło mnie poczucie, że jestem Humpreyem Bogartem albo Jamesem Deanem. Jeśli ktoś pamięta okładkę drugiej płyty Boba Dylana, „Freewheelin”, to Maryjka i ja wyglądaliśmy podobnie jak Dylan i jego laska. Maryjka trzymała mnie pod ramię, a ja z rękami w kieszeniach narzekałem w duchu na śnieg, który piździł mi w twarz i przez pewien czas nawet fajnie nam się milczało. W końcu nastąpił dialog, który mniej tutaj przytoczę, moja pamięć bywa bowiem zawodna, ale w kwestiach zasadniczych działa prawidłowo. Pierwsza odezwała się Maryjka:
- Jak się studiuje w Krakowie?
- A wiesz, leci kabarecik, to tu to tam, dwa kierunki teraz robię, ogółem git
- Wiesz, ja też chciałam iść na studia, tutaj w Tarnowie, ale jakoś tak nie wyszło, mama potrzebowała pieniędzy, więc poszłam do Jabłonki, ale wiesz, co z biblioteki miejskiej pożyczam dużo książek, ostatnio przeczytałam coś o kobiecie upadłej, ale zapomniałam już autora
- No wiesz, z tymi autorami to jest tak, że ich się w ogóle nie pamięta, bo czasem są tak miałcy, że w ogóle nie warto ich czytać. Wiem to, bo przez rok studiowałem polonistykę, ale gramatyka opisowa dała mi rady i nie zdałem komisa, co było równoznaczne z wylotem ze studiów, a jak wiadomo pierwszego roku nie można powtarzać.
- Hehe. A jak tam Twoi rodzice? Dobrze się czują?
- Stary jak zwykle po pracy narzeka na komunizm w Polsce, a mama jak to mama, pracuje jako nauczycielka w gimnazjum i ogółem też jakoś leci. Dają mi kasę, bo sam nie pracuję, bo nie mam kiedy, a życie studenckie ma się w końcu tylko jedno.
- Hehe. Takiemu to dobrze, nie zaznałeś jeszcze smrodu życia.
- Zaznałem jednak smrodu upojnego lenistwa i wierz mi, nie wiadomo co jest gorsze
Potem milczeliśmy przez chwilę, aż w końcu zapronowałem Maryjce pójście do „Czerwonego bucika”. Chętnie przystała na tę propozycję. Poszliśmy więc do najbardziej obskurnej knajpy w mieście, a w międzyczasie przyleźli Szakal i Dziudzia. Siedzieliśmy tak, rozmawialiśmy o starych, dobrych czasach, śmialiśmy się, Szakal opowiadał o swoim epizodzie z pędzeniem bimbru, o tym jak mało co, go nie złapali, a potem jak poszedł na prawo zaocznie do Rzeszowa, pracując równocześnie w kiosku starego Trzmiela, którego Trzmiel nie daje rady już prowadzić. Coś tak czuję, że samotny Trzmiel zapisze ten kiosk w spadku Szakalowi, ale do tego jeszcze trochę czasu; Trzmiel ma 75, więc dać mu trzeba przynajmniej jeszcze z dziesięć lat, jako że nigdy nie palił, nie pił i ogółem prowadził się dobrze. Dziudzia opowiadał o swoim związku z Biedronką i niezłych widokach na przyszłość. Biedronka, jako wnuczka starego Bubla, ma zagwarantowaną zajebistą chatę blisko centrum, za którą spokojnie można wziąć parę milionów. Jedyną wadą Biedronki jest jej zbytnia puszystość, ale na Dziudzi specjalnie nie robi to wrażenia; raz, że praktycznie podchodzi do życia, a dwa, że dla Dziudzi piękne jest to, co ma trochę ciała i nie jest mizerne, jako, że Dziudzia sam nie może narzekać na niedożywienie. Ja opowiadałem o swoim związku z Melanią Królik, poetką z polonistyki, która była wojującą ateistką i feministką i jak rozstaliśmy, gdy Melania poznała poglądy mojego starego na temat roli kobiety w społeczeństwie i jak nie reagowałem na antyfeministyczne tyrady ojca, tylko spokojnie obserwowałem przebieg kłótni paląc przy tym żółtego marlborasa i rozkoszując się ciepłem domowego ogniska. Moja wina, że nie wziąłem Melanii w obronę, ale Bogiem, a prawdą, miałem gdzieś jej poglądy, a to było równoznaczne z tym, że jej ciało nie było wystarczająco ponętne, żeby poglądów tych bronić wściekle.
Gwarzyliśmy tak przy grzańcu i przy grzanym winie, wypaliliśmy ze trzy paczki papierosów, a potem udaliśmy się do domów. Szakal i Dziudzia skręcili przy najbliższym skrzyżowaniu, a ja i Maryjka zostaliśmy sami. Tutaj rozmawialiśmy, że świetnie nam się udało to spotkanie po latach i szkoda rzeczywiście, że okoliczności nie mogłyby być lepsze, a potem ni z tego ni z owego, Maryjka powiedziała, że matka jest teraz u siostry i że przyjedzie dopiero jutro na pogrzeb i jeśli chcę to możemy jeszcze chwilę u niej porozmawiać i posłuchać jakichś płyt, jeśli mam ochotę. Szczerze powiem, że przystałem na to z chęcią, ponieważ dobrze przypuszczałem czym skończy się ta rozmowa i wspólne słuchanie płyt. Zapytałem jeszcze strategicznie, czy jej chłopak nie będzie miał nic przeciwko temu, na co Maryjka zaśmiała się nerwowo i powiedziała, że nie ma chłopaka. Nie sądziłem, aby była to prawda, ale jednak postanowiłem zaryzykować, ponieważ w końcu nie jestem stąd i co mi się może stać – Cygan mi wbije kosę między żebra czy co?
Weszliśmy po schodkach w dość niesympatycznej kamienicy, na piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Maryjki. Najpierw słuchaliśmy płyt, potem rozmawialiśmy i wspominaliśmy stare czasy, a ja zaczepiłem Maryjkę czy pamięta te chwile nad Wątokiem, kiedy puszczaliśmy kaczki.
- Tak, słabeuszu, pamiętam, pamiętam, że zawsze byłeś strasznie cienki Bolek w puszczaniu kaczek, byłeś cieniutki jak barszcz, a ja byłam w tym niezła
- A pamiętasz jak oparłaś mi się na nagle na ramieniu? Ciekaw jestem czy wyczułaś moje zmieszanie?
No to Maryjka wtajemniczyła zniżyła głos, przybliżyła się do mnie na kanapie i w sposób zalotno – prowokujący spytała czy ja teraz też jestem zmieszany. Uśmiechnąłem się trochę głupawo i powiedziałem, że chciałbym być zawsze tak zmieszany jak teraz. Na to Maryjka zbliżyła swoje usta do moich i pocałowała mnie z języczkiem. Ja z kolei zdjąłem jej bluzkę, potem stanik, a potem zgasiliśmy światło. No i przypomniałem sobie te wszystkie kaczki, których nie umiałem puszczać i pomyślałem, że teraz to sobie wynagrodzę i że teraz to ja jestem panem sytuacji i że jest naprawdę zajebiście, bo byłem zajebiście podniecony, a Maryjka działała na mnie niezmiernie skutecznie. I kaczka fruwała po kaczce po wodzie na Wątoku i przechodzili starsi panowie w kapeluszach lub bez i starsze panie zgorszone, że tacy młodzi i już się obejmują i nie musiałem iść do ubikacji i wyobrażać sobie, że Maryjka robi to sama, bo teraz naprawdę robiła to sama i było dokładnie tak jak trzeba. A potem zasnąłem objąwszy Maryjkę i czułem jej ciepłe ciało i było mi dobrze i pomyślałem sobie, że chyba ją kocham.
Nazajutrz obudziliśmy się, Maryjka zrobiła mi kawy, zapaliłem papierosa, a potem poszedłem do wujka. Później poszedłem na pogrzeb i tam znowu spotkałem Maryjkę i widziałem jak jest zarumieniona i jak stara się tłumić płacz, kiedy starego trumnę ze starym Borówą zasypują ziemią. Patrzyłem na nią i było mi smutno i radośnie zarazem. Smutno, bo żałowałem, że przed świętami musi patrzeć na pochówek swojego starego, a radośnie, że w końcu kogoś kocham i mogę się dla kogoś poświęcić.
Zanim pojechałem z powrotem do Krakowa, powiedziałem Maryjce, że absolutnie na jednej nocy to się nie może skończyć i że będę przyjeżdżał do Tarnowa i będziemy się spotykali i będzie tak jak dawniej i że ją kocham i że będę za nią tęsknił.
Kiedy miesiąc później przyjechałem do Tarnowa, czekał na mnie Czyżu z pałą w ręku i Pietrucha, jego najlepszy kumpel. Czyżu odezwał się pierwszy:
- No Błażej dałeś dupy, poruchałeś, a teraz masz przejebane krótko mówiąc
- A czemu chłopaki?
- Raz dlatego, że Maryjka jest moją dziołchą i to ja mam wyłączność na ruchanie jej, a dwa że ona jest w ciąży ty kretynie.
No i dostałem stosunkowo lekki wpierdol, a potem, połamany poszedłem do wujka porozmawiać, bo starzy nie mogli się dowiedzieć. Wujek jak zwykle rozwiązywał krzyżówki i jedyne, co mi powiedział, to że mam strasznego pecha i że w takim wieku on przynajmniej nie myślałem o żeniaczce. Bogiem, a prawdą wujek jest starym kawalerem i nie sądzę, żeby w ogóle myślał o żeniaczce, ponieważ przez całe życie był zajęty tropieniem tajemnic zwierząt ( wujek jest emerytowanym weterynarzem i wzbogacił się swego czasu pracując w miastowej lecznicy ). Więc nie wiedziałem co robić. Z jednej strony Czyżu ze swoją pałą, z drugiej Maryjka z moim dzieckiem. Byłem jak obłąkany, spotkałem się z Maryjką, płakaliśmy razem i ustaliliśmy, że zamieszkamy w Tarnowie i że ja po studiach znajdę tutaj jakąś pracę. Powiedziałem jej, że musi jeszcze poczekać rok, a na pewno przyjadę. I niech nie przejmuje się Czyżem, bo ja już z nim pogadam.
I minął rok…
Przez ten rok starzy zdążyli się dowiedzieć i już byłem na skraju bankructwa, bo przestali mi dawać kasę, więc zatrudniłem się jako barman i nie chodziłem na zajęcia. Potem cudem zdałem egzaminy końcowe i postanowiłem przełożyć obronę pracy magisterskiej pracując w Tarnowie jako ktoś tam. Więc na początku zatrudniłem się u starego Jabłonki jako sprzątacz cudzych włosów. Potem pracowałem przez jakiś czas w kiosku starego Trzmiela i wymieniałem się dniami tygodnia z Szakalem.
Na koniec Dziudzia ubłagał starego Bubla, żeby w Maryjkę zainwestował i otworzył jej zakład fryzjerski, którego Bubel będzie właścicielem, a Maryjka kierowniczką. W tym czasie, kiedy w Tarnowie powstawał nowy zakład fryzjerski, ja jeździłem do Krakowa pisać moją magisterkę z filozofii, bo prawo już dawno olałem i zagłębiałem się w fenomenologię Husserla i hermeneutykę Gadamera. Połączyłem to z kursami na polonistyce i tak zostałem magistrem polonistyki. Ukończyłem jeszcze blok kursów pedagogicznych, za które zapłacili trochę starzy, trochę Maryjka, trochę wujek, trochę stary Bubel, a nawet stary Trzmielu się dołożył.
I teraz jestem człowiekiem, który obronił magisterkę z tematu „Filozoficzne aspekty literatury skarnawalizowanej” i pracuję w tarnowskim gimnazjum na stanowisku nauczyciela języka polskiego i wiedzy o kulturze. I zarabiam mniej od Maryjki, lecz więcej od starej Marcowej i jestem nawet szczęśliwy, a mój syn ma na imię Beniamin, ma równy roczek, a mój stary ćmiąc w mieszkaniu Maryjki te swoje popularne i rozmawiając z panią Borową, wdową po starym Borówie, zapowiedział, że będzie wychowywał go na żarliwego antykomunistę.

  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...