Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Franciszek Bujda mieszkał w blokowisku na peryferiach miasta. „Osiedle zimnej kostuchy”, tak nazywali to miejsce ludzie nie identyfikujący się z dzielnicą, o której tylko śmierć pamięta.
Kobieta ubrana na czarno z kosą w ręce bywała tam często, zbyt często. Zabierała zwykle ludzi, którzy „utopili się” w alkoholu.
-Zapewne Bóg tam nie bywa.
-Bóg? Czy też sąsiadka na głowę upadła?
Dyskutowały porządne kumy spod osiedlowego sklepu.
Ogromnym falstartem było przyjść na świat, na tym osiedlu.
Jednak Franek był inny, nie chciał skończyć jak jego sąsiedzi, którzy po kolei żegnali się ze swoim ziemskim żywotem. Czasem życie wymyka się spod kontroli, a na tysiące nękających problemów jest tylko jedno, fałszywe lekarstwo, alkohol.
Franek nie wierzył w Boga, być może dlatego, że go nie znał.
Słyszał tylko, że z Nim to jak z szamponem trzy w jednym: Ojciec, Syn i Duch Święty, a to wszystko to ta sama Osoba.
Nie mógł tego pojąć w żaden sposób, aż do dnia kiedy matka kupiła szampon do włosów trzy w jednym, a właściwie dwa w jednym. Szampon i odżywka w szamponie pozwoliły mu w jakimś stopniu zrozumieć troistość Boga.
12 maja
Niebo jak nigdy rozświetlał blask księżyca. Patrząc przez okno starej kamienicy walory nocy wydawały się być bardziej wydatne, aniżeli były w rzeczywistości.
- Aura sprzyjająca poetom. Zamyślił się Franek.
Franciszek Bujda miał dopiero czternaście lat, ale wierzył, że któregoś dnia zawojuje w świecie literatury.
Tego wieczoru ojciec Franka świętował dzień wolny od pracy. Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym, pozornym powodem popijawy osiedlowych tatusiów.
Wszystko zaczęło się o północy. Ojciec wyglądał jak zjawa, jak pijane widmo.
Zdejmując z nóg kamasze, przewrócił się na zimną posadzkę. Wcześniej jednak zahaczył ręką o zeszyt z wierszami syna, leżący na stoliku.
- Co to ma być ?! No co, pytam się ?!
Ojciec przeraźliwie wrzeszczał. Jego twarz wyglądała tak, jakby zaraz miała oderwać się od całej konstrukcji ciała.
Tej nocy poezja Franka zginęła śmiercią tragiczną. Została brutalnie zdeptana, podarta i wciśnięta w ziemię, w doniczce, gdzie swój zwyczajny żywot prowadziła samotna paprotka.
-Nie będzie mi tu dzieciuch domu zaśmiecał! Spróbuj jeszcze raz, a ci nogi u kostek ukręcę!
- Tato zlituj się! Franek prosił go jak mógł, ale ojciec tylko warczał i darł kartki, znacząc każda swoja śliną.
Cała wartość życia chłopca, została zakopana w ziemi, wraz z kartkami papieru, na których wypisane były gelpenem kolejne wersety wierszy.
13 maja
Matka obudziła chłopca o szóstej trzydzieści. Pobudki były miłe, piękne, cudowne…Wszystko dlatego, że matka była dobrą kobietą, taką co to dla syna wszystko, a dla siebie nic. Czasem wystarczy tylko źle ulokować uczucia, a potem już nic nie idzie ja trzeba.
Franek zaczynał zajęcia drugą godziną lekcyjną. Usadowił się wygodnie pod klasą języka polskiego i rozmyślał nad wydarzeniem ubiegłej nocy. Niedługo potem obok niego zjawił się nieznajomy mężczyzna. Długa broda, ciemne oczy i dziwny wyraz twarzy budziły odrazę. Brodacz szperał w kieszeniach starego płaszcza, aby zaraz potem podarować Frankowi naderwaną miarę.
-Ktoś pan? Spytał podnosząc się z ubłoconego gumolitu.
-Ja?
-Nie, ja! Panie kimże jesteście?
Mężczyzna wziął głęboki, nienaturalny oddech, wyprostował zgarbione plecy i oznajmił grubym basem.
-Upadły, patologiczny poeta, ale mniejsza o to.
Płakałeś Franku, prawda?
Franciszek kilka godzin wcześniej wylał całe morze łez.
Jednak był pewien, że w oczach od urodzenia szklistych, nikt nie zauważy utraconego szczęścia.
- Jeśli nawet, to co?
Brodacz gapił się na chłopca jak sroka w gnat. Wyglądało to tak jakby chciał mu coś powiedzieć, lecz jakaś siła nie pozwalała mu wydusić z siebie ani słowa. Mógł to być tzw. „zjadacz słów”, lub inny twór ludzkiej wyobraźni. Mężczyzna poratował się cukierkiem, który uprzednio podniósł ze szkolnej podłogi. Magnez poruszył jego szare komórki i przypomniał sobie co właściwie miał mu powiedzieć.
-Jestem lirycznym prorokiem, odpowiednikiem upadłego Anioła.
Spotykamy się czasem w twoich wierszach, kiedy piszesz o złu tego świata.
- Pan jest psychi…
-Nie przerywaj mi zdania w pół zdaniu! Twarz mężczyzny przybrała barwy tęczy.
-Powiem ci tylko jedno, mądre zdanko chłopku małorolny.
Jeśli będziesz sztafirował się ze swoimi bazgrołami, to cały talent uleci nim zdążysz okiem mrugnąć. Ja na tym nie wyszedłem dobrze ,wiec tobie radze-zakop talent głęboko w ziemi, tak żeby nikt nigdy go nie odkrył. Dzięki temu pozostanie on zawsze w twoim posiadaniu.
Moje zdolności wywęszyli i teraz mam z tego wszystkiego figę z makiem.
- A ten centymetr to po co mi? Franek przyglądał się niesfornemu podarkowi.
- Miara ta mierzy długość i szerokość talentu.
- Skąd ja mam wiedzieć jak z niej zrobić pożytek?
To pytanie na zawsze pozostało pytaniem. Brodacz bowiem uciekł przez dziurkę od klucza drzwi ewakuacyjnych.
20 maja
Minął tydzień. Franek całe dnie spędzał w parku, gdyż tylko tam czuł się bezpiecznie. Wśród drzew i kwiatów życie nabierało barw. Chłopiec choć na krótką chwile mógł oderwać się od szarej rzeczywistości. Wydarzenie sprzed tygodnia zasiało w niej wszechogarniający lęk i niepokój.
Chłopiec nieustannie zastanawiał się czy upadły poeta nie był, aby snem na jawie? Jednak mimo niepewności Franek posłuchał Brodacza. Talent ukrył w najodleglejszych zakamarkach swojego umysłu.
Była godzina trzynasta. Franek pałaszował kluski z rosołem, aż mu się uszy trzęsły.
- Dryn, dryn! Kapeć nie słyszysz jak telefon daje, aż mi się atomy w cząsteczkach przewracają. No odbierz jak ojciec do ciebie mówi! Gówniarzu ty…
Franek zebrał się do kupy i poczłapał odebrać.
-Halo?! Warknął.
-Witam pana, chciałabym rozmawiać z Franciszkiem Bujdą.
-Przy telefonie.
-Nazywam się Elżbieta Kozakiewicz.
-Do rzeczy proszę, bezcenny czas nas goni.
-Czy to pan jest autorem wiersza „Wypociny”?
-Tak.
Franek nie miał pojęcia o co chodzi tej dziwnej kobiecie o dykcji lokomotywy.
Tymczasem kobieta podtrzymywała wzajemny dialog.
-Dzwonie, żeby poinformować pana o gali rozdania nagród w Warszawie.
-Jakie nagrody? Jaka Warszawa? O czym pani w ogóle mówi?
-O ogólnopolskim konkursie poetyckim jednego wiersza im. Andrzeja Bursy, w którym zajął pan pierwsze miejsce.
Pierwsze miejsce, pierwsze miejsce, pierwsze, pierwsze…
Te dwa słowa przewijały się w głowie Franka jak taśma magnetofonowa, której nie dało rady zatrzymać w żaden sposób.
W jednej chwili wszystko zawirowało, ziemia osunęła mu się spod nóg. Rodzice Franka jakby zniknęli nagle z powierzchni ziemi. Jak się później okazało matka poszła zrobić zakupy na obiad, a ojciec zasnął kamiennym snem.
Chłopiec leżał na zimnej podłodze dobrą godzinę. Może leżałby i dłużej gdyby nie zjawili się oni…
-Franiu, Franiu ! Chłopiec czuł jak jakieś wielkie, silne łapska walą go po twarzy. Jednak mimo bólu nie mógł powrócić do pełnej świadomości.
Potem był szpital, zimny, biały. Nad łóżkiem Franka pochylał się poeta, Andrzej Bursa, który zasilał szeregi dobrych Aniołów. Jego ubranie miało kolor szpitalnych ścian, a w dłoni trzymał tom poezji. Otworzył i czytał:
- Ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie…
-Tak ja chciałbym być poetą! Franek ożywiony pragnieniem kariery wierszokleki, otworzył zmęczone oczy.
Obok nie było Andrzeja, stała tylko matka i dwaj mężczyźni. To zapewne byli ci, którzy o mały włos nie urwali mu głowy próbując go ocucić.
- Synku przebudziłeś się, o jak dobrze!
Matka Franka nie była taka, jak inne matki, które tulą swoje dzieci każdego dnia. Atmosfera szpitala podziałała na sferę uczuciową kobiety. W sali było chłodno. On i ona, dziecko i matka w objęciu wyrażającym troskę i miłość. „Oby ta chwila nigdy nie ustała, oby trwała wiecznie! Może teraz będzie inaczej?”. Ich marzenia jakby zderzały się ze sobą, mimo że nigdy potem nie dowiedzieli się o czym w tej chwili wzajemnie myśleli.
Mężczyźni o gigantycznych dłoniach podali mu książkę.
-Twoje wiersze chłopcze. Uśmiechnął się ten ze srebrnymi koronkami na zębach.
-Jakie wiersze? Franek czekał na odpowiedź, która nie wydostała się z ust giganta z koronkami.
Drugi pogłaskał chłopca po czuprynie, śmiejąc się swoim zwyczajnym uśmiechem.
-To ja.
Matka gwałtownie wstała. Rąbek spódnicy niedbale opadł na kolana.
-Przepisałam twoje wiersze synu, zanim ojciec zrobił z nich nawóz do kwiatów. Panowie są ze stowarzyszenia LGRDA ( Liryczni Geniusze Rodzin Dotkniętych Alkoholizmem). Wysłałam twoje „Wypociny” na konkurs i wygrałeś synku. Panowie Zygmuś i Romek docenili twój talent i postanowili wydać twoje bazgrołki.
- Mamo! Oburzył się Franek.
-Dziękuję. Powiedział już łagodniej, wycierając rękawem spływającą po twarzy łzę.

Człowiek jest godny marzeń. Nie wolno rezygnować z dążenia do celu. Nie należy poddać swoich zdolności patronatowi upadłych Aniołów. Talent to łaska, której nie można ukryć głęboko w ziemi.
Uzdolnienia są po to, aby je rozwijać, aby przekazywać przez nie cząstkę samego siebie. Własne talenty można zmierzyć miarą braku skromności. Umiejętności bez pokory tracą swoja wartość i siłę.

Opublikowano

„Osiedle zimnej kostuchy”

proponowałbym

„Osiedle kostuchy”

ona przeważnie obniża temperaturę

"Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym, pozornym powodem popijawy osiedlowych tatusiów."

proponuję

Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym powodem popijawy osiedlowych tatusiów.

wg mnie powód starczy

"-Nie przerywaj mi zdania w pół zdaniu!"

tak bym

-Nie przerywaj mi!

Opublikowano

Jakoś dobrnąłem do końca, a łatwo nie było. Tekst w dużej mierze oparty o utarte schematy, które żeby się nie rozpisywać nazwę po prostu banałami.
Jeśli nie wierzysz, oto dowody:
- Wśród drzew i kwiatów życie nabierało barw.
-Kobieta ubrana na czarno z kosą w ręce bywała tam często, zbyt często. Zabierała zwykle ludzi, którzy „utopili się” w alkoholu.
- Jednak Franek był inny, nie chciał skończyć jak jego sąsiedzi
Itd. Itp.
Zostawmy już panią z kosą w spokoju – ileż to można. Nie lepiej wysilić trochę ( nie mówię, że jakoś zbyt mocno, tak tylko żeby coś drgnęło) szare komórki i wymyślić coś innego.

"Człowiek jest godny marzeń..." - no proszę Cię. Cały ten akapit prosi się o usunięcie.

Nie każdy ma talent i nie każdy musi go rozwijać. Czasem to sprawia innym ból. Auć.

Pozdrawiam ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Łukasz Wiesław Jasiński   nie wszystko, co żywe znosi przeniesienie.   czasem to co próbujemy ocalić umiera od samego dotyku zmiany   a wtedy rośnie już tylko pamięć.    
    • @andrew   duży plus.   wiersz bardzo dojrzały.   ukłony:)  
    • @Poet Ka   Poe.   zamykasz świat w formach bo tak łatwiej go uniesć   ale ta ostatnia kropka milczenie to nie jest ucieczka to jest najwyższa forma obecnosci   tam gdzie słowa stają się za ciasne zaczyna się wolnosć     Twój wiersz to nie tylko poezja to zapis dotykania esencji byto wania   dobrze że jesteś i że masz w sobie tę odwagę by nie   krzyczeć kiedy świat wokół oślepia hałasem    Twoja cisza leczy i karmi.    
    • miasto wypociło strupiałą skórę na wierzch - wciska nam twarze w beton który jeszcze krwawi dzisiaj jest otwartym brzuchem rozprutym nożem koparki śliskie trzewia kanalizacji parują fetorem zaułek oddycha parą z kanałów neony tną siatkówkę na cienkie plastry świat ma tężec - wygina chodniki w łuk konwulsji każdy zaułek to zgrzytanie zębów o szkło polifon krztusi się metalem tu gdzie śmietnik rzyga krwią z ubojni a mur pamięta więcej potu niż modlitw stoimy za blisko coś między nami zaczyna trzeszczeć zamykasz oczy liczę  uderzenia serca - raz dwa trzy miasto czeka beton już patrzy wierci nas od środka - bez znieczulenia twój płaszcz - skóra którą zdzieram zębami ciepła jeszcze po ubiciu jesteśmy zgliszczami w konwulsjach powietrze klinuje się między żebrami jak nóż rozsuwam cię jak szczelinę którą ktoś źle zalał i pękła moje ciało w twoim to jedyna szczelina w żelbecie puls jak kabel pod napięciem jest przebicie płoniemy na stykach skurcz wykręca palce na biodrach twoje piersi - żywe ogniska pod tkanką betonu kładę na nich pękniętą twarz pachną słońcem którego ten zaułek nigdy nie wypluł twój pocałunek na mojej szyi modlitwa która ma tylko smak kiedy wchodzę w ciebie nie szukam walki tylko  ocalenia nagle pustka pod powiekami tylko krew tłucze się w uszach jak ciężki agregat w podziemiach ten zaułek to pęknięta monstrancja z której uciekł Bóg nie ma żadnego świata poza tą szczeliną łom wchodzi w ścianę bez oporu skóra o skórę zdziera naskórek z nocy pękają naczynka pod naporem krwi tłoczymy ciepło w martwy kamień nasz strach ma anatomię szkła po rozbiciu noc spija nas z kałuży jak bezpański pies łapczywie bezwstydnie tło twojego ciała lśni jasnością pieprzyk na piersi przykrywam kciukiem blizna na brzuchu drży pod moim językiem smakujesz potem i żelazem smak twojego strachu ma posmak żelbetu i wapna paruje nam z gardeł chce się wyć do betonu usta nie mówią - są rozszarpaną raną zszywaną na brudno w bramie zardzewiałym drutem tłumiona twoją śliną korozja na żywca miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic ciekawy czy jeszcze drgniemy oddech wpada w oddech miasto dławi się własnym tętnem próbuje nas wypluć i nie może cegły wrzynają się w łopatki miasto chce nas żywcem wmurować w siebie pęka tynk pod twoim ciężarem ściana nie chce być świadkiem my jeszcze nie my jeszcze w sobie to nie jest czułość to odruch przetrwania panika ciała że za chwilę znów będzie samo noc trzyma nas tylko dlatego że miasto zapomniało zgasić światła świt zabierze wszystko co teraz drży nie mieścimy się we własnej skórze zostaje tylko mechanika przetrwania zwarcie bioder nasz śluz tężeje w strup zanim zdążysz krzyknąć miasto zliże nas z asfaltu chropowatym językiem jak rozlaną krew zanim przełkniemy własny strach ale tynk zapamięta tatuaż z tego jęku jak serce wżarte w żelbet        
    • @wiedźma @andrew @Leszek Piotr Laskowski @hehehehe dziękuję Wam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...