Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Franciszek Bujda mieszkał w blokowisku na peryferiach miasta. „Osiedle zimnej kostuchy”, tak nazywali to miejsce ludzie nie identyfikujący się z dzielnicą, o której tylko śmierć pamięta.
Kobieta ubrana na czarno z kosą w ręce bywała tam często, zbyt często. Zabierała zwykle ludzi, którzy „utopili się” w alkoholu.
-Zapewne Bóg tam nie bywa.
-Bóg? Czy też sąsiadka na głowę upadła?
Dyskutowały porządne kumy spod osiedlowego sklepu.
Ogromnym falstartem było przyjść na świat, na tym osiedlu.
Jednak Franek był inny, nie chciał skończyć jak jego sąsiedzi, którzy po kolei żegnali się ze swoim ziemskim żywotem. Czasem życie wymyka się spod kontroli, a na tysiące nękających problemów jest tylko jedno, fałszywe lekarstwo, alkohol.
Franek nie wierzył w Boga, być może dlatego, że go nie znał.
Słyszał tylko, że z Nim to jak z szamponem trzy w jednym: Ojciec, Syn i Duch Święty, a to wszystko to ta sama Osoba.
Nie mógł tego pojąć w żaden sposób, aż do dnia kiedy matka kupiła szampon do włosów trzy w jednym, a właściwie dwa w jednym. Szampon i odżywka w szamponie pozwoliły mu w jakimś stopniu zrozumieć troistość Boga.
12 maja
Niebo jak nigdy rozświetlał blask księżyca. Patrząc przez okno starej kamienicy walory nocy wydawały się być bardziej wydatne, aniżeli były w rzeczywistości.
- Aura sprzyjająca poetom. Zamyślił się Franek.
Franciszek Bujda miał dopiero czternaście lat, ale wierzył, że któregoś dnia zawojuje w świecie literatury.
Tego wieczoru ojciec Franka świętował dzień wolny od pracy. Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym, pozornym powodem popijawy osiedlowych tatusiów.
Wszystko zaczęło się o północy. Ojciec wyglądał jak zjawa, jak pijane widmo.
Zdejmując z nóg kamasze, przewrócił się na zimną posadzkę. Wcześniej jednak zahaczył ręką o zeszyt z wierszami syna, leżący na stoliku.
- Co to ma być ?! No co, pytam się ?!
Ojciec przeraźliwie wrzeszczał. Jego twarz wyglądała tak, jakby zaraz miała oderwać się od całej konstrukcji ciała.
Tej nocy poezja Franka zginęła śmiercią tragiczną. Została brutalnie zdeptana, podarta i wciśnięta w ziemię, w doniczce, gdzie swój zwyczajny żywot prowadziła samotna paprotka.
-Nie będzie mi tu dzieciuch domu zaśmiecał! Spróbuj jeszcze raz, a ci nogi u kostek ukręcę!
- Tato zlituj się! Franek prosił go jak mógł, ale ojciec tylko warczał i darł kartki, znacząc każda swoja śliną.
Cała wartość życia chłopca, została zakopana w ziemi, wraz z kartkami papieru, na których wypisane były gelpenem kolejne wersety wierszy.
13 maja
Matka obudziła chłopca o szóstej trzydzieści. Pobudki były miłe, piękne, cudowne…Wszystko dlatego, że matka była dobrą kobietą, taką co to dla syna wszystko, a dla siebie nic. Czasem wystarczy tylko źle ulokować uczucia, a potem już nic nie idzie ja trzeba.
Franek zaczynał zajęcia drugą godziną lekcyjną. Usadowił się wygodnie pod klasą języka polskiego i rozmyślał nad wydarzeniem ubiegłej nocy. Niedługo potem obok niego zjawił się nieznajomy mężczyzna. Długa broda, ciemne oczy i dziwny wyraz twarzy budziły odrazę. Brodacz szperał w kieszeniach starego płaszcza, aby zaraz potem podarować Frankowi naderwaną miarę.
-Ktoś pan? Spytał podnosząc się z ubłoconego gumolitu.
-Ja?
-Nie, ja! Panie kimże jesteście?
Mężczyzna wziął głęboki, nienaturalny oddech, wyprostował zgarbione plecy i oznajmił grubym basem.
-Upadły, patologiczny poeta, ale mniejsza o to.
Płakałeś Franku, prawda?
Franciszek kilka godzin wcześniej wylał całe morze łez.
Jednak był pewien, że w oczach od urodzenia szklistych, nikt nie zauważy utraconego szczęścia.
- Jeśli nawet, to co?
Brodacz gapił się na chłopca jak sroka w gnat. Wyglądało to tak jakby chciał mu coś powiedzieć, lecz jakaś siła nie pozwalała mu wydusić z siebie ani słowa. Mógł to być tzw. „zjadacz słów”, lub inny twór ludzkiej wyobraźni. Mężczyzna poratował się cukierkiem, który uprzednio podniósł ze szkolnej podłogi. Magnez poruszył jego szare komórki i przypomniał sobie co właściwie miał mu powiedzieć.
-Jestem lirycznym prorokiem, odpowiednikiem upadłego Anioła.
Spotykamy się czasem w twoich wierszach, kiedy piszesz o złu tego świata.
- Pan jest psychi…
-Nie przerywaj mi zdania w pół zdaniu! Twarz mężczyzny przybrała barwy tęczy.
-Powiem ci tylko jedno, mądre zdanko chłopku małorolny.
Jeśli będziesz sztafirował się ze swoimi bazgrołami, to cały talent uleci nim zdążysz okiem mrugnąć. Ja na tym nie wyszedłem dobrze ,wiec tobie radze-zakop talent głęboko w ziemi, tak żeby nikt nigdy go nie odkrył. Dzięki temu pozostanie on zawsze w twoim posiadaniu.
Moje zdolności wywęszyli i teraz mam z tego wszystkiego figę z makiem.
- A ten centymetr to po co mi? Franek przyglądał się niesfornemu podarkowi.
- Miara ta mierzy długość i szerokość talentu.
- Skąd ja mam wiedzieć jak z niej zrobić pożytek?
To pytanie na zawsze pozostało pytaniem. Brodacz bowiem uciekł przez dziurkę od klucza drzwi ewakuacyjnych.
20 maja
Minął tydzień. Franek całe dnie spędzał w parku, gdyż tylko tam czuł się bezpiecznie. Wśród drzew i kwiatów życie nabierało barw. Chłopiec choć na krótką chwile mógł oderwać się od szarej rzeczywistości. Wydarzenie sprzed tygodnia zasiało w niej wszechogarniający lęk i niepokój.
Chłopiec nieustannie zastanawiał się czy upadły poeta nie był, aby snem na jawie? Jednak mimo niepewności Franek posłuchał Brodacza. Talent ukrył w najodleglejszych zakamarkach swojego umysłu.
Była godzina trzynasta. Franek pałaszował kluski z rosołem, aż mu się uszy trzęsły.
- Dryn, dryn! Kapeć nie słyszysz jak telefon daje, aż mi się atomy w cząsteczkach przewracają. No odbierz jak ojciec do ciebie mówi! Gówniarzu ty…
Franek zebrał się do kupy i poczłapał odebrać.
-Halo?! Warknął.
-Witam pana, chciałabym rozmawiać z Franciszkiem Bujdą.
-Przy telefonie.
-Nazywam się Elżbieta Kozakiewicz.
-Do rzeczy proszę, bezcenny czas nas goni.
-Czy to pan jest autorem wiersza „Wypociny”?
-Tak.
Franek nie miał pojęcia o co chodzi tej dziwnej kobiecie o dykcji lokomotywy.
Tymczasem kobieta podtrzymywała wzajemny dialog.
-Dzwonie, żeby poinformować pana o gali rozdania nagród w Warszawie.
-Jakie nagrody? Jaka Warszawa? O czym pani w ogóle mówi?
-O ogólnopolskim konkursie poetyckim jednego wiersza im. Andrzeja Bursy, w którym zajął pan pierwsze miejsce.
Pierwsze miejsce, pierwsze miejsce, pierwsze, pierwsze…
Te dwa słowa przewijały się w głowie Franka jak taśma magnetofonowa, której nie dało rady zatrzymać w żaden sposób.
W jednej chwili wszystko zawirowało, ziemia osunęła mu się spod nóg. Rodzice Franka jakby zniknęli nagle z powierzchni ziemi. Jak się później okazało matka poszła zrobić zakupy na obiad, a ojciec zasnął kamiennym snem.
Chłopiec leżał na zimnej podłodze dobrą godzinę. Może leżałby i dłużej gdyby nie zjawili się oni…
-Franiu, Franiu ! Chłopiec czuł jak jakieś wielkie, silne łapska walą go po twarzy. Jednak mimo bólu nie mógł powrócić do pełnej świadomości.
Potem był szpital, zimny, biały. Nad łóżkiem Franka pochylał się poeta, Andrzej Bursa, który zasilał szeregi dobrych Aniołów. Jego ubranie miało kolor szpitalnych ścian, a w dłoni trzymał tom poezji. Otworzył i czytał:
- Ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie…
-Tak ja chciałbym być poetą! Franek ożywiony pragnieniem kariery wierszokleki, otworzył zmęczone oczy.
Obok nie było Andrzeja, stała tylko matka i dwaj mężczyźni. To zapewne byli ci, którzy o mały włos nie urwali mu głowy próbując go ocucić.
- Synku przebudziłeś się, o jak dobrze!
Matka Franka nie była taka, jak inne matki, które tulą swoje dzieci każdego dnia. Atmosfera szpitala podziałała na sferę uczuciową kobiety. W sali było chłodno. On i ona, dziecko i matka w objęciu wyrażającym troskę i miłość. „Oby ta chwila nigdy nie ustała, oby trwała wiecznie! Może teraz będzie inaczej?”. Ich marzenia jakby zderzały się ze sobą, mimo że nigdy potem nie dowiedzieli się o czym w tej chwili wzajemnie myśleli.
Mężczyźni o gigantycznych dłoniach podali mu książkę.
-Twoje wiersze chłopcze. Uśmiechnął się ten ze srebrnymi koronkami na zębach.
-Jakie wiersze? Franek czekał na odpowiedź, która nie wydostała się z ust giganta z koronkami.
Drugi pogłaskał chłopca po czuprynie, śmiejąc się swoim zwyczajnym uśmiechem.
-To ja.
Matka gwałtownie wstała. Rąbek spódnicy niedbale opadł na kolana.
-Przepisałam twoje wiersze synu, zanim ojciec zrobił z nich nawóz do kwiatów. Panowie są ze stowarzyszenia LGRDA ( Liryczni Geniusze Rodzin Dotkniętych Alkoholizmem). Wysłałam twoje „Wypociny” na konkurs i wygrałeś synku. Panowie Zygmuś i Romek docenili twój talent i postanowili wydać twoje bazgrołki.
- Mamo! Oburzył się Franek.
-Dziękuję. Powiedział już łagodniej, wycierając rękawem spływającą po twarzy łzę.

Człowiek jest godny marzeń. Nie wolno rezygnować z dążenia do celu. Nie należy poddać swoich zdolności patronatowi upadłych Aniołów. Talent to łaska, której nie można ukryć głęboko w ziemi.
Uzdolnienia są po to, aby je rozwijać, aby przekazywać przez nie cząstkę samego siebie. Własne talenty można zmierzyć miarą braku skromności. Umiejętności bez pokory tracą swoja wartość i siłę.

Opublikowano

„Osiedle zimnej kostuchy”

proponowałbym

„Osiedle kostuchy”

ona przeważnie obniża temperaturę

"Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym, pozornym powodem popijawy osiedlowych tatusiów."

proponuję

Uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja było kolejnym powodem popijawy osiedlowych tatusiów.

wg mnie powód starczy

"-Nie przerywaj mi zdania w pół zdaniu!"

tak bym

-Nie przerywaj mi!

Opublikowano

Jakoś dobrnąłem do końca, a łatwo nie było. Tekst w dużej mierze oparty o utarte schematy, które żeby się nie rozpisywać nazwę po prostu banałami.
Jeśli nie wierzysz, oto dowody:
- Wśród drzew i kwiatów życie nabierało barw.
-Kobieta ubrana na czarno z kosą w ręce bywała tam często, zbyt często. Zabierała zwykle ludzi, którzy „utopili się” w alkoholu.
- Jednak Franek był inny, nie chciał skończyć jak jego sąsiedzi
Itd. Itp.
Zostawmy już panią z kosą w spokoju – ileż to można. Nie lepiej wysilić trochę ( nie mówię, że jakoś zbyt mocno, tak tylko żeby coś drgnęło) szare komórki i wymyślić coś innego.

"Człowiek jest godny marzeń..." - no proszę Cię. Cały ten akapit prosi się o usunięcie.

Nie każdy ma talent i nie każdy musi go rozwijać. Czasem to sprawia innym ból. Auć.

Pozdrawiam ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...