Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wspólnota reakcji pobudziła ich do śmiechu; węch był pod wpływem profesorskim, smak też ale misternie ułożony plan spotkania na samym wstępie diabli wzięli. Musiał improwizować; w tym nie był mocny. Postanowił, że zachowa się normalnie, bez zwyczajowego puszenia się; usilnego starania bycia lepszym. Będzie taki, jaki jest – zwykły. Najwyżej Agata po umyciu rąk po posiłku pójdzie i wszystko wróci do normy, to znaczy zostanie sam. Najważniejsze – bał się o to przecież najbardziej – węch oraz smak były wyłączone, a raczej sprowadzone do normalności.
Weszli do dużego pokoju – z okazji jej przyjścia stół z nogami na zawiasach, który zwykle stał złożony za szafą dostąpił zaszczytu zajęcia centralnego miejsca pod wiszącą lampą z wielu drobnych świetlików dających przyjemne dla oczu światło. Kanapa, która zwykle służyła do odpoczynku, tym razem stała smutnie w kącie. Stół nakrył ciemnym obrusem oraz nie papierowym czy nietłukącym szmelcem lecz starą stylową zastawą z białej porcelany, którą kupił na targu, tania nie była, była bardzo droga. Również porcelanowe białe świeczniki trzymały dumnie świece, które nie dla światła, lecz nastroju prawie ukradł.
Był zdecydowany na świece ale nie mógł ich nigdzie kupić więc wstąpił do pobliskiego kościoła, tam na szczęście używali atrap zwieńczonych udającymi płomień świetlikami.
Zupełnie dla niego bezużyteczne.
Zrezygnowany wracał do domu; zobaczył czarnego psa potem właściciela – sąsiada z dziesiątego piętra; znał faceta z widzenia, a jeszcze lepiej psa – bestia pogryzła go kiedyś, gdy razem z mężczyzną jechał windą. Zrezygnował wtedy z odszkodowania, nie miał pretensji, ale miał blisko kogoś wdzięcznego. Lekko skinął głową, pies od razu zawarczał
Dobrze, że od czasu pamiętnego kontaktu pies chodził w kagańcu.
-Coś pan tak oklapł – spytał sąsiad?
-Nie mogę kupić nigdzie świec – odparł.
-Byłem nawet w kościele ukraść ale mają atrapy.
Mężczyzna poskrobał się w głowę.
-Nie jestem pewien. Chyba u mnie w domu gdzieś są!. Poszukam – tylko wrócę!. Gdybym znalazł – przyniosę. W każdym razie dam znać. Numer mieszkania sto sześćdziesiąt jeden jak pamiętam.
Paweł uśmiechnął się lekceważąc psa.
-Wie pan – kamień z serca.
-Nic pewnego – odparł tamten.
-Nie obiecuję ale zobaczę.
-Do widzenia.
Ruszył do domu; pies odprowadzał go tęsknym spojrzeniem.
Sąsiad dotrzymał słowa – poszukał, znalazł – teraz na pawłowym stole w bieluśkich świecznikach pyszniły się dwie prawdziwe świece.
Lubił ich migotliwe światło jeszcze z dziecinnych lat gdy w maminej komodzie w drugiej szufladzie od góry były poukładane równo białe – nie dawały sadzy, żółte kopcące bardzo mocno - zabytki chyba.
Płomień udatnie udawany przez świetliki, udawany...
Bardzo mu zależało na świecach w świecznikach. Prawdziwych, antycznych świecach.
Agata usiadła na wskazanym krześle, on dziarskim krokiem pomaszerował do kuchni po przygotowane wcześniej półmiski z kolacją. Niedługo, koło pięciu minut, zajęło przygrzanie tego co było do przygrzania, ułożenia tego co było do ułożenia. Wszedł do pokoju i zamarł. Jedna z jego drogocennych świec leżała na stole, a Agata z zainteresowaniem, z wielkim zainteresowaniem oglądała spód świecznika.
Wścibstwo straszne – pomyślał. Chrząknął by dać znać, że już jest. Odstawiła delikatnie świecznik umieszczając w nim świeczkę. Podszedł do stołu; ustawił półmiski tak by każde z nich sięgnęło do nich bez trudu; usiadł. Zapalił przedtem migotliwe walce patrząc na Agatę:
-wygląda jakoś tak inaczej – myślał.
Brak znużenia pracą, byle na jego miejsce nie przyszło znudzenie.
Przypomniał sobie, że ma się zachowywać zwyczajnie ale trochę starań nie zaszkodzi.
-Coś ciekawego odkryłaś?
-Chyba tak. Wrócę do domu to sprawdzę teraz szkoda czasu.
-Co?
-Ile dałeś za świeczniki i talerze?
-Mam jeszcze talerzyki z filiżankami wścibskości ty.
-Jestem ciekawa nie wścibska!
-To jakaś różnica?
Patrzył na nią – nie mógł się nadziwić zmianom – była wyluzowana, spokojna, uśmiechnięta. Dobrze.
-Znasz powiedzenie „trafiło się ślepej kurze ziarnko”?. Poprawię je na „kretyn kupował, idiota sprzedawał”.
-Nie dość, że wprosiłaś się to jeszcze mnie obrażasz. Co z tą zastawą?
-Muszę sprawdzić. O ile się nie mylę, a rzadko się mylę, ma kilkaset lat i jest warta wiele więcej niż zapłaciłeś.
-Do wszystkich twoich zalet dodam jeszcze jedną: jesteś zarozumiała.
-Musisz bardzo mnie lubić.
Ubywało z półmisków mimo rozmowy.
-Napijesz się czegoś? Wody? – mam taką bez gazu czy coś ciepłego?
-Dzięki. Woda bez gazu to jest to.
-Ze względu na mnie?
-Nie. Po prostu lubię. Boisz się, żeby nie było ze względu na ciebie? Nie bój się! Przy wszystkich moich zaletach lizusem nie jestem.
Paweł spojrzał na nią raz, spojrzał drugi bo nie wierzył temu co widział – przekształciła się z brzydkiego kaczątka w piękną łabędzicę. Nie wierzył w to co widział – efekty specjalne? Zgasił świece – dopalały się. Dalej to samo. Dał świetlikom więcej mocy by świeciły jaśniej – żadnych zmian.
-Przyglądasz mi się jakoś tak dziwnie.
Opowiedział o wrażeniach wzrokowych, wierciła się niespokojnie na krześle, w końcu wstała.
-Gdzie tu jest jakieś lustro?
-Chcesz przypudrować nosek?
-Tak. Mam tu – wskazała na torebkę - czarodziejski puder, puder Assasella, który mnie odmienia.
-Przed chwilą powiedziałaś coś ważnego, dla mnie. Świadczy, że ta książka jest ci bliska. Czytałem ją niedawno.
-Ja też.
-Kiedy?
-Gdzieś... miesiąc temu
-Ja też.
-Posprzątamy ze stołu - powiedziała Agata.- Razem posprzątamy, a potem zrobię herbaty. Liściastej herbaty. Nie dlatego, że ty taką lubisz. Dlatego, że oboje taką lubimy.
-Aż się boję zapytać. - Paweł posłusznie wziął porcję naczyń; poczłapał za nią do kuchni
-O co boisz się zapytać?
-Boję się zapytać o wino na deser. Mam deserowe białe. Mam czerwone.
-Nie bój się. Uwielbiam wino deserowe białe oraz czerwone ale nie miałam okazji pić często. Mój były preferował piwo i wódkę. Ja lubię piwo, wódki nie – nie znoszę. Gdybyś zaproponował piwo lub wino, wybrałabym wino. Dawaj oba wina. Będziemy pić na patriotyczną nutę.
Gdy krzątała się przy zmywarce wyjął z lodówki obie butelki – do czasu, gdy profesor opracował doskonalszą miksturę – nie pił wcale wina. Nawet za młodu. Teraz miała być premiera. Robił wiele rzeczy, których wcześniej nie robił.
Była ich pierwszym świadkiem.
Nie miał doświadczenia ale sądził, że Agata czuje się swobodnie. Wyjął z szafki dwa kieliszki – nie znał się na tym – sądził, że te będą dobre.
Zastał ją w pokoju – stała i rozglądała się – powiedziała:
-ten stół trzeba schować; kanapę przesunąć; jeszcze stolik na kieliszki; przyjemniejsze światło.
-Mogę świece reaktywować.
-Nie. Niewiele z nich zostało. Nie pasują do kanapy; do stolika. Zostaw resztki w świecznikach. Ze świecznikami obchodź się ostrożnie. W domu je sprawdzę.
-Chcesz je zabrać?
-Broń Boże. W domu mam książki i komputer.
-Aha.
Paweł zwinął obrus, pieczołowicie odstawiając świeczniki; złożony stół wstawił za szafę, a kanapa ze stoliczkiem i lampą wróciły na swoje miejsce. Usiedli blisko siebie; odkorkował wina, potem białe nalał do kieliszków.
-Większych trochę nie masz? Popatrz! W butelce malutko na dnie zostało. Pewnie chcesz mnie upić.
Przestraszył się. Odstawił pełne kielichy na stolik; chciał wstać i szukać mniejszych naczyń ale złapała go za rękę.
-Siadaj i podaj. Mam mocną głowę. Mam nadzieję, że ty też.
Złapał ostatki wina; dopełnił nim więdnące wciąż bez uścisku czarki na nóżkach.
-Chcesz się upić? To masz!
Agata podniosła do góry wino:
-Nasze kawalerskie!
-A ja się bałem, że będzie sztywno
Wypiła duży łyk.
-Dobre.
Pokosztował płynu ostrożnie. Pierwszy raz miał w ustach wino – smakowało mu.
Zrobił duży łyk w nadziei, że do czerwonego dojdzie szybciej. Szybciej niż ona.
-Byłam z nim od końca studiów. Jestem staroświecka – wzięliśmy ślub. Pracowaliśmy ciężko oboje; nieźle nam się powodziło; byliśmy chyba szczęśliwi. Ale czegoś było brak. Teraz wiem. Mnie było brak. Po trzech latach poszłam do lekarza; dowiedziałam się, że jestem niepłodna.
Wychyliła do dna; podsunęła by napełnił. Chciał iść wypłukać naczynie; zatrzymała go.
-Nie trzeba.
Nalał czerwonego jej , nalał sobie. Butelka była pusta.
-Zaczęliśmy wspólne starania o adopcję. Długo trwało ale udało się – Błażej miał dwa lata kiedy do nas przyszedł. Jeszcze dwa lata trwała rodzinna idylla. Przestałam pracować; opiekowałam się synem, mężem. Odszedł dwa i pół roku po zjawieniu się Błażeja. Za trudne to dla niego było. Musiałam pracować żeby przeżyć.
-Nie pomaga wam?
-Nie. Nie poczuwa się.
-Pewnie uważał, że zaspokoił twoją fanaberię.
-Nie moja fanaberia. Wiesz jak może się czuć kobieta nie będąca w stanie począć i urodzić? Nie wiesz. Nie możesz. Jesteś mężczyzną – należysz do gorszej połowy ludzkości.
Ostatnie zdanie niemal wykrzyczała.
-Jesteś feministką. Dzisiaj prawie wojującą. Nie wiem jak może się czuć, co może czuć kobieta. Jestem, jak zauważyłaś, mężczyzną. Ograniczonym innością mężczyzną – mam lepszy węch od najlepiej wyselekcjonowanego i wyszkolonego psa oraz smak przewyższający najlepsze kiperskie smaki. Jestem sam. Wiem co może czuć taki mężczyzna. To wiem. Innych rzeczy mogę się tylko domyślać, lub je wymyślać. A podział według płci wydaje mi się nieco wydumany – przez pisarzy i poetów. Istniał, istnieje, istnieć będzie tylko nie powinien tak dominować.
Paweł uśmiechnął się.
-Na zakończenie tego przydługiego wykładu powinienem klasnąć w ręce, a służące w zwiewnych szatach winny wnieść butle z winem i powinniśmy pić oboje aż do zapomnienia.
-Wino się skończyło?
Agata wstała energicznie, zachwiała się, usiadła.
-Patriotyzm pozbawia rozumu, równowagi nie pozwala zachować. Następny raz pijemy albo białe, albo czerwone – rzuciła.
-Będzie następny raz? – ucieszył się.
-Najpierw opowiadasz długo o kobietach, o mężczyznach. Widzę w twoich oczach pytanie o następny raz. Tak. Będzie następny raz. Zabawne – ja mam zdecydować?
-Tak. Ty, bo ja już zdecydowałem.
-Chcę się z tobą spotkać. Mam ochotę. Jestem z-d-e-c-y-d-o-w-a-n-a.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...