Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czy miłość nie może trwać wiecznie ?
Czy czas musi się o nią upomnieć ?

Gdyby ptaki śpiewały rok cały,
Na drzewach pąki by rozkwitały,
Dzień trwałby dobę całą,
To dla miłości naszej było by za mało.

Jak słońce chyli się ku zachodowi,
Miłości naszej nic nie przeszkodzi.
W obłokach błękitnych spacerujemy
I śnimy... Wpatrzeni w siebie.

Lecz nagle niebo spowijają chmury,
Noc nastaje, ptaki milkną,

I znów czas zwycięża,
Znów pogrąża nas w smutku i w oczekiwaniu.
Oczy nasze mgłą otula,
Byśmy nie mogli ujrzeć się nawzajem.

Lecz nic nie przeszkodzi naszej miłości,
Nic nas nie rozdzieli,
Kiedyś, dnia pewnego obudzimy się ze snu ciemnego,
Otrząśniemy z czaru złego.
Odnajdziemy się w świata ogromie
I czas poskromimy- byle we dwoje.






2001 rok.

Opublikowano

Ojej. Ślicznie opowiedziane coś, co każdy dobrze wie. Dużo niestety zużytych już słów. Typowe akcesoria wierszy o miłości: ptaki (koniecznie śpiewające), pąki, obłoki, mgła... Ile razy to już było. Wyczuwam w Pani wrażliwość na emocje - to dobrze. Teraz jeszcze trzeba wyrobić sobie wrażliwosć na język. Szukać nowych znaczeń, oryginalnych zestawień... Ten wiersz można by porównać do fotografii z wakacji, takiej zwykłej. Pani musi z tego zrobić sztukę. No i jeszcze jedno: po co rymy w drugiej zwrotce??? W dodatku, niestety, raczej częstochowskie...
Pozdrawiam, j.

Opublikowano

Witam.Trafne i ladnie zestawione sa pierwsze dwa pytania,choc dobrze znane.Ale coz moze oryginalnego wymyslic czlowiek,czego jeszcze nie bylo? czas rzeczywiscie zwycieza,ale co to jest czas?
Podoba mi sie klimat wiersza
Pozdrawiam
M+A

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...