Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Świat z góry wygląda tak pięknie…”
„Tak, szkoda, że nie wolno nam stąpać po ziemi”
„Masz rację, może pewnego dnia, ktoś nam pomoże?”
„Marzenie każdego wyrzutka…”
„Pamiętaj o przepowiedni”
„Pamiętam, pamiętam...”
Wielki ptak zaczął pikować w dół. Drugie ptaszysko poleciało za nim. Po całym ciele rozchodziły się przyjemne zimne dreszcze. Ziemia była coraz bliżej. W ostatniej chwili poderwały się ku górze i wzleciały wysoko.
„Właśnie dlatego chciałem zostać orłem. Te emocje i przeżycia…”
„Proszę cię, zamilcz…”

*

-Naradę czas rozpoczać. Frank, zaczynaj – powiedział Miran.
Młodzieniec opowiedział pokrótce swoje przygody, a gdy dotarł do momentu, w którym usłyszał piękną melodię, przerwała mu elfka.
-Już wiem, dlaczego Magnus był taki wściekły!
Zgromadzeni przy stole popatrzyli na nią ze zdziwieniem.
-W kotlinie naprawdę nie ma jednorożca, tylko jest rakfioł! – wykrzyknęła zadowolona z siebie – czemu tak na mnie patrzycie? Zresztą wysłuchajcie Franka, to się dowiecie.
-Eee… - zająknął się młodzieniec.
-Co jest? – elfka spojrzała na niego krytycznie – Chyba nie powiesz mi, że…
-Nie pamiętam nic więcej. To chyba od tego zaklęcia, którym czarodziej mnie łupnął.
-Cholera! – krzyknął Miran.
-A co to za rakfioł? – zapytała zdziwiona Ines.
-Nie ma czasu, żeby tłumaczyć. Zwierz ten jest bardzo rzadki. Co pół wieku zmienia się czarodziej, który go pilnuje. Jeśli rakfioł da nogę, mag zostaje skazany, wygnany, ale nie pod swoją postacią. Jeszcze żadnemu czarodziejowi nie udało się wykonać misji i wygląda na to, że Magnesowi też się nie poszczęściło.
-A co my mamy z tym wspólnego?
-Legenda głosi, że ten kto zaopiekuje się rakfiołem po jego ucieczce, dowie się gdzie znajduje się wejście do równoległego świata. Dlatego tak ważne jest, aby mag dopilnował tego zwierza.
-Legenda? Legenda?! Mamy opierać się na jakiś bzdurach wyssanych z palca? Chyba nie lałaś! Kobieto! Zastanów się co mówisz.
-W każdej legendzie jest ziarno prawdy. Gdybyśmy odnaleźli rakfioła mogłoby nam to bardzo pomóc – rzekł spokojnie Miran.
Zebrani spojrzeli uważnie na Mirana.
-Jaki jest cel tej wyprawy?
-Wyprawy? To my się gdzieś wybieramy? – zapytał zdziwiony Adam.
-Tak. Do kanionu, jutro o świcie. Musimy odnaleźć rakfioła, zanim zrobi to ktoś inny. Teraz zabawmy się, póki możemy. – odrzekł Miran.
-Marita, przynieś dla każdego rumu! – krzyknął Mad a Sparrow.
-Frank. Dziękuję. Bardzo przydała się nam twoja pomoc. Wznieśmy toast za tego dzielnego młodzieńca!
-Zdrowie! – powiedzieli wszyscy zebrani.
-Dziękuję. Zrobiłem się śpiący, pójdę już. Do jutra.
-Długich dni i przyjemnych nocy, Frank – odrzekł Miran. – A teraz opowiedzcie coś ciekawego.
Elfka zrobiła zamyśloną minę i po chwili odrzekła:
-Biały rogacz został bardzo silnie pogryziony przez wilkołaka.
-Kur zapiał! Jak to się stało?
-Jeden z elfów przechadzał się po puszczy. Król ma już słaby wzrok i chciał przepędzić sprzymierzeńca, gdyż myślał, że to jeden z intruzów. Gdy do elfa dołączył jakiś przyjaciel, Biały Jeleń zwolnił, a z krzewów wyskoczył wilkołak. Podobno nie ma pewności, czy król przeżyje. Rany są głębokie i nie chcą się zasklepić.
-Nie wiesz, kto był wtedy w lesie?
-Niestety…

*

-Nie… - postać nachyliła się nad białym ciałem. Sierść, która jeszcze przed kilkoma minutami była śnieżnobiała, teraz naznaczona była szkarłatnymi plamami.
-To moja wina…
„Nie elfie.”
-Królu… żyjesz! – wykrzyknęła postać. – Zabiorę cię stąd. – Elf położył jedną rękę pod zad rogacza, drugą pod szyję i wrzucił na niedźwiedzia.
-Lekki jesteś jak na takiego byka, królu – odrzekł elf poufale.
„Pogoń za tobą była wyczerpują, Yopi” – elfka usłyszała w głowie śmiech Władcy.

*

-Morty!!!
-Co… Gdzie… Ehe…
-Spójrz Morty, cała ta ziemia opromieniona słońcem to nasze królestwo.
-Co ty nie powiesz?
-Czas panowania każdego króla jest jak słońce. Wschodzi i zachodzi. Kiedyś, Morty, słońce panowania Pihutra zaszło i już nie wzeszło dla nikogo.
-Dlaczego?
-Nadchodzą czasy ciemności i zacofania. Wszelaki postęp jaki uczyniła ludzkość… cóż… wrócicie do epoki kamienia łupanego, jeśli do święta Belatane na tronie nie zasiądzie prawowity władca.
-A kim on jest, Kustorze?
-Taką wiedzę posiada tylko Wielki Mag Tassen.
-To w czym problem?
Kustor przewrócił oczami.
„Ta dzisiejsza młodzież…” – pomyślał, jednak na głos powiedział:
-Ponieważ on nie żyje, czego was uczą w tych szkołach? Historii świata?
-Noo… nie uczą nas sztuk walki, ani historii magii. Człowieku! Eee… to znaczy się… Bizonie… mamy dwudziesty pierwszy wiek!
-Ten świat jest jakiś porąbany… - szepnął zwierz.
-Że co powiedziałeś?
-Że wasz świat, za bardzo się rozwinął.
Fabian prychnął gniewnie i rozejrzał się wokół.
Stali na skraju przepaści, za nimi rozpościerała się wielka równina. Przed nimi znajdował się kanion. Spojrzał w dół. Dostrzegł strumień, płynący na dnie, wydawał się szerokości cieniutkiej nitki.
-Czy my mamy zamiar przedostać się na drugą stronę? – szepnął przerażony blondyn.
-Taaa…
-Zejście na dół i wdrapanie się na górę zajmie nam całe dnie.
-A kto mówił o schodzeniu w dół? – po tych słowach Kustor cofnął się, rozpędził i skoczył. Odległość dzieląca ich od drugiego brzegu wynosiła dziewięć metrów.
-Nie damy rady!!! – przy odbiciu wykrzyknął Morty.
Pierwszy raz nie mylił się. Kustor doskoczył do krawędzi, jednakże tylko przednie kopyta dotknęły ziemi. Bizon runął w dół. Jednakże kilka metrów niżej znajdowała się półka skalna, na którą spadli.
-To się nie uda… Słyszysz? Zaraz się oberwie i polecimy w dół. A tam… strach się bać… - ostatnie słowa były już ledwo dosłyszalnym szeptem przerażonego Fabiana.
-Hej, hej! – wykrzyknął bizon.
-Po co się drzesz stara krowo? Chcesz wywołać lawinę i skrócić nasze męki?
-Zamknij się durny człowieku! On żyje dłużej niż Ty, poza tym… nie jesteś w swoim świecie. – syknęła pchła, obudzona nagłymi krzykami.
-Jak to nie je…
Łup.
Ogromy kamień, który obsunął się z góry, uderzył Morty`ego w głowę.

*

Ciemna bezksiężycowa noc.
Krzyk orła.
Pikujące w dół dwa ogromne cienie.
Obydwa lądują na wielkim, wiekowym dębie.
W dole stoją, siedzą i leżą przeróżne zwierzęta. Węże, myszy, konie, jelenie, wilki i wiele, wiele innych. Wszystkie stworzenia patrzą w jednym kierunku. Na wschód.
-To stamtąd nadchodzi nasza nadzieja…
-Tak… prawowity władca musi zdążyć przed świętem Belatane.
-Musimy mu pomóc ze wszystkich naszych sił. Zgadzacie się ze mną?
-Tak! – wykrzyknęli wszyscy zebrani.
-Więc do roboty. Musimy pilnować portalu.
I ruszyli. Ptaki niebem, reszta po ziemi i pod nią.

*

-Tak więc, wiecie już, że musimy dotrzeć do portalu i odnaleźć Wielkiego Maga. – zakończył Miran.
-Nie rozumiem tylko co nam da odnalezienie wybrańca. – rzekł Adam.
-Jeśli zasiądzie na tronie przed świętem Belatane, siły ciemności nie opanują światów.
-Siły ciemności? Czyli co? – zapytała Ines.
Miran spojrzał na nich i nie odpowiedział na zadane pytanie. Sięgnął za pazuchę i wyciągnął kawałek zmiętolonego pergaminu. Rozłożył go z namaszczeniem i powoli położył na stole przed zebranymi. Na rycinie narysowany był przebrzydły stwór. Utrzymywał pozycję pionową, lekko zgarbioną. Ręce długie i nie proporcjonalnie wielkie. Miał na sobie potargane łachmany, okrywające biodra i klatkę piersiową. Na głowie miał hełm, który zakrywał twarz. Po bokach wystawały dwa krowie rogi. Ines przyjrzała się skórze stwora. Była pokryta wrzodami i różnymi paskudztwami.
-Bleee… dobrze, że nie widzę jego twarzy.
-Masz rację Ines. Jego oddech śmierdzi padliną, a wzrok paraliżuje. Walka z nim jest bardzo niebezpieczna. Nie ma nikogo kto stanąłby z nim do walki i wyszedł z niej żyw. – wyjaśnił Miran.
-Czym walczy? – zapytał Adam.
-Rękami, nogami, głową i zębami.
-A jakiego jest wzrostu?
-Zależy od wieku. Większość tych, które widziałem była niższa niż człowiek, jednak jest kilka okazów, które sięgają trzech, czterech metrów.
-No to może być gorąco… - szepnęła Ines.
-I to bardzo…
Drzwi tawerny otworzyły się gwałtownie, a do środka wkroczył…
-Javier!!! – wykrzyknęła Ines.
Mężczyzna wyciągnął prawą nogę przed siebie, lewą lekko zgiął i dygnął. Ines podbiegła i w ostatniej chwili powstrzymała się od rzucenia mu się w ramiona. Przecież był to obcy człowiek! Wyciągnęła rękę, Javier uścisnął ją stanowczo. Dziewczyna spojrzała na twarz Michałowowi i dostrzegła liczne zadrapania.
-Co się stało? – zapytała.
-Młodzieńcze, usiądź z nami – zaoferował Miran.
Javier skinął głową i pokuśtykał do stołu.
-A teraz powiedz nam kim jesteś i co cię do nas sprowadza.
-Kime trua barrentroix, ka keume triase parrane! Kurrande putrioce guante pakane!
-Mirane, mirane... – szepnął Miran.
-Mirane? it was joke? Bardzo zabawne.
Zebrani spojrzeli po sobie nic nie rozumiejąc.
-Ten oto Javier jest kolejnym towarzyszem waszej podróży. Będzie waszym przewodnikiem po tym świecie.
-Loko! Loko! – wykrzyknął Javier.
-Proszę cię uspokój się. Marita!
Barmanka podeszła do rudzielca.
-Si?
-Zawołaj mi tu Jaspisa.
-A co ja jestem? Służąca twoja czy co?
-Myślę, że co, a nie służąca – odparł ironicznie Miran.
Barmanka fuknęła gniewnie i szybkim krokiem udała się w kierunku zaplecza.
-Kim jest Jaspis? – zapytał Mad a Sparrow.
-Zobaczycie – rzekł z kamienną twarzą Miran, choć kąciki ust lekko mu drgały. Wyciągnął zza pazuchy fajkę i nabił ją tytoniem. Zapalił, a z ust wydobywały się kółeczka dymne. Pykał spokojnie fajeczkę, reszta przyglądała mu się z zaciekawianiem, gdy z furią na twarzy do środka wbiegła Marita.
-Znaleźć tego gówniarza nie będzie łatwo. Powiedziałam Billowi, żeby go odszukał.
-Najlepiej zrobić wszystko samemu – mruknął gniewnie Miran.
-Co powiedziałeś? Masz jakieś pretensje? Coś się nie podoba? Bo jak tak, to wynocha z mojej karczmy, ale to już, do stu biesów! Pierony siarczyste by cię pochłonęły, u kaduka!
-Mirana, kotku, spokojnie, po co te nerwy?
-Ja wcale się nie denerwuje, stary pierniku! I nie mów do mnie kotku, bo poczujesz na twarzy moje kocie pazurki!
-Kobiety… - mruknął rudzielec.
-Coś chcesz jeszcze dodać? – krzyknęła Marita i spojrzała gniewnie na Mirana.
-Nie, już nic.
-No to twoje cholerne szczęście, że nie. A teraz może byś mi pomógł, co? Rusz swoje szanowne cztery litery. W kuchni jest pełno jedzenia, które czeka, żeby ktoś je zjadł.
Miran wstał i powlókł się w kierunku zaplecza, na którym była kuchnia. Marita poszła zaraz za nim, dalej wyżywając się na nim.
Ines spojrzała na Javiera. Nie przyszło jej do głowy, że jeszcze kiedyś go spotka. Cieszyła się, że go widzi. Wiedziała, że nie powinna odczuwać, aż tak wielkie radości, przecież kocha Adama. Ale czy jej luby nie zostawił jej na pastwę losu? Czy…
Trzask!
Drzwi do tawerny trzasnęły. Do środka wszedł mały chłopiec, o bardzo poważnej twarzy. Można by było przypuszczać iż jest to dorosły mężczyzna, aczkolwiek o wzroście dziecka.
-Niziołek – szepnął Adam.
Ines spojrzała na niego podejrzliwie. Wiedział o całym tym zwariowanym świecie już wcześniej i nic jej nie powiedział? „Kiedyś mi za to zapłaci, nikczemnik jeden.”
Z zaplecza wyszedł Miran niosąc trzy półmiski, pełne mięsiwa i innych frykasów.
-O! Jakże się cieszę, że cię widzę, drogi Jaspisie.
-Ja nie. Mój pachołek znalazł to, czego szukałeś. Jego koń stoi w stajni tejże tawerny, on sam znajduje się w moim domu i nabiera sił. Odnaleźliśmy przy okazji twego szpiega. Ledwo żyw. Także jest w moim domostwie, Brundygidylla pieczołowicie się nim zajmuje. Do dziś leży nieprzytomny i zajmuje moje łoże! – spojrzał z wściekłością na Mirana.
-Dziękuję ci przyjacielu, może zechcesz zasiąść z nami do wieczerzy?
-Nie mam zwyczaju jadać z ludźmi. Bywaj. – odwrócił się na pięcie i zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, wyszedł trzaskając drzwiami.
-Dziwny gość z tego Jaspisa. – rzekł Miran.
-Racja, racja. – przytaknął Javier patrząc z żądzą w oczach na mięso, które Miran wciąż trzymał.
-Mój drogi może dasz im w końcu jeść? – rzekła rozgoryczona Marita.
-Ach tak, tak… - Miran położył półmiski na stole. Marita podała talerze i widelce.
-Proszę, jedzcie, smacznego – rzekła już nieco cieplejszym tonem.
Wszyscy rzucili się na półmiski tak jakby nigdy niczego nie jedli. Po nasyceniu się i opiciu rumem, zaczęli opowiadać różne dziwne historie, które im się przydarzyły. W tak wesołej atmosferze czas spędzili do północy, a następnie prawie wszyscy udali się do swych łóżek. Prawie, gdyż Miran zasnął przy stole.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...