Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ja jako anioł
cenię boga za
mus tworzenia
On tworzy nas
bez energii i
bez emocji On
jest i będzie
Ja jak bóg on
jako ja Ongiś
jedność Ego i
alterego Liść
i drzewo Krew
i duch Jestem


Zdawał sobie sprawę ze swych słabości. Jego słabością był on sam. Prowadzenie życia na świecie, który jest mdły i oblepiony szlamem nie dawało mu radości. Zbyt wiele niedopatrzeń było w jego życiu. Anioł zesłany na ziemię przez boga, którego nie ma... Absurd, ale czasem wszystko co jest niemożliwe, po prostu się dzieje i to jest cud.

***

Ranek wstawał powoli. Słońce płonęło już nad lasem gdy w końcu wypłynął w czas teraźniejszy. Czasami miał wrażenie, że to jest bez sensu. Skoro boga już nie ma, to po co nadal spełnia jego zachcianki...
Prawdę powiedziawszy od dawna spełniał swoje zachcianki. Nie znał żadnego innego anioła, więc przyjął, że oni również zginęli. Stał się bogiem. To do niego ludzie się modlą, jego kochają i czczą. Jednak to martwego boga przeklinali, nienawidzili i tylko w tamtego mogli nie wierzyć.
Czuł się cudowny, bo był cudem. Słaby ciałem, wszechmocny duchem. Ludzie są śmieszni, a on... rozbawiony ich śmiesznością.
-Co dziś zamierzasz? -z rozmyślań wyrwał go Natas. Pytanie było tak absurdalnie aktualne, że nie znał odpowiedzi.
-Odejdź.-powiedział by nie musieć odpowiadać.
-Odpowiedz.
OD...PO...WIEDZ
-Trzej mnisi wiszą na sznurach. Sznury oplatają ich zakapturzone szyje. Mnisi są umarli. Zginęli wraz z pierwszym krwawym blaskiem słońca. On uwolnił ich dusze od śmiesznych ciał.
-Stało się...-wyszeptał Natas
Gdzieś na ziemi umarło właśnie trzech mnichów. Trzej mnisi zostali powieszeni. Kolejna sensacja dla mediów. Kolejny gorący temat. Oni już nie żyją. Oni się nie obronią... Sponiewierajmy ich...
-Dziękuję za mile spędzony poranek-powiedział Natas i odszedł.
Został sam. Tylko on i wszechświat. Ludzi nie liczył. Ludzie są tylko zwierzętami przeświadczonymi o swej niezwykłości. Ruszył drogą przez las. Tu mieszka pewien staruszek. Metsej brzmi jego imię. Metsej jest dziwny, bo on nie ma na niego żadnego wpływu.
-Witaj Acinmejat.-odezwał się głos starca. Ten starzec znał jego imię mimo iż nawet on sam go nie znał.
-Mam nadzieję, że reumatyzm nie dolega.
-Niech Bóg będzie z tobą.
-Bóg umarł.
-Nic nie szkodzi.-zaśmiał się.
JEGO ŚMIECH!!! JEGO ŚMIECH...
-Trzej mnisi...
-Po co mi to mówisz? - naturalne, nieśmiałe i niezrozumiałe zdziwienie- Ja to wiem i ty to wiesz, ale w sumie ty nic nie wiesz, a ja wiem to co chciałbyś wiedzieć.
Chciał powiedzieć, że nie rozumie lecz się wstydził. Właśnie dlatego czuł do tego starca szacunek, nienawiść, strach, a nawet miłość.
-Nie musisz rozumieć-mówił dalej-to musisz czuć.
-Nie jestem stworzony do uczuć lecz do czynów.
-Czujesz. Czujesz ból, bo jesteś egoistą. Nie czujesz zmęczenia czy znużenia, to uczucia ciała, ale czujesz wszystko to co jest niezbędne do świadomego życia.-starzec wyglądał na zmęczonego-Teraz idź i szanuj życie, szanuj godność i szukaj...

***

Dlaczego nagi mężczyzna leżący w centrum miasta na asfalcie w godzinach szczytu wzbudza tak wielką sensację?
odpowiedź jest prosta, bo nikt nie rozumie dlaczego... Ludzie mają bardzo ograniczoną zdolność postrzegania świata i czasem drobny szczegół wystarcza by sensacja nie została zauważona.
Tak więc nagi mężczyzna leży na asfalcie. Nie śpi lecz myśli. Ludzie, samochody, rośliny i zwierzęta zastygły w bezruchu. Miejscami wyglądało to dość zabawnie, ale leżącemu nie jest do śmiechu.
Po co się tu znalazł? Jaki to ma cel? Jak się tu znalazł? On boski w każdym calu, nie może kierować swym losem!
Leży, a jego umysł nawiedzają wizje...

***
Wstęp do wizji

zabijmy wszystkich
nieśmiertelnie martwych
i tych
co umrzeć nie potrafią

uratujmy wszystkich samobójców
którzy umrzeć nie potrafią

to jest wolna wola
ona z góry nam dana
ona przy narodzinach
odbierana wraz z łonem matki

choć istnieją przypadki
że jeszcze prędzej

nie ważne
jak mówią
zabijanie to środki doraźne
ale tylko do życia

***

Wizja I

Jest noc, a on nie śpi.
Już dawno powinien zapaść w głęboki sen, ponieważ jest wyczerpany. Siedzi na łóżku i patrzy zdziwiony. Tłum ludzi przeciska się przez jego pokój. To musi być sen. Ludzie wchodzą drzwiami i nie zwracając na niego uwagi, wyskakują oknem. To tylko sem. Ludzie skaczą z jego okna na 19-nastym piętrze... Co to za ludzie popełniają samobójstwo korzystając z jego okna. Zdecydowanie lepiej, żeby to był sen... Oni nie powinni robić tego co robią i to bez pozwolenia na wykorzystanie jego prywatnego okna. Może jednak to sen.
Głupie żarty...
Przemógł się i wstał by spojrzeć na to co się dzieje za oknem. Oczyma wyobraźni widział już ten stos ciał... Stoi i nie wie co robić. Jak ma podejść do okna skoro przez jego pokój przebiega peleton maratonu lemingów, ścigających się o pierwszeństwo w popełnieniu samobójstwa. Może jednak to sen? Nie wie. Ludzie wbiegają do pokoju bezszelestnie. To sen. Ludzie wypadają oknem bez żadnego dźwięku. Zdecydowanie to sen.
Jeżeli nie śni, to widzi duchy. Popchnął jednego osobnika. Chwilę potem leżał na łóżku zamroczony po silnym ciosie w szczękę. "To ja wolę, żeby to był sen..."-pomyślał, a potok ciał nadal przepływał przez jego przestrzeń życiową.
Nagle wszystko się skończyło. Nikt nie wbiegał drzwiami i nikt nie wypadał oknem. Podszedł i wyjrzał przez okno. Nikt nie leżał martwy na ziemi. Przetarł oczy i ziewnął uspokojony. To tylko sen.
Drzwi się otworzyły i wbiegł jakiś spóźniony amator samobójstwa. Wpadł na niego i razem wypadli za okno...
***

Wizja II

Nareszcie skończył pracę. Jeszcze godzina i będzie w domu. Żona zapewne już na niego czeka. Są małżeństwem już od trzech lat, a on wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście.
Wszedł do windy i wcisnął przycisk "parter". Po drodze ludzie wchodzili i wychodzili nakolejnych piętrach, ale on ich nie dostrzegał. Myśli o prezencie dla żony z okazji urodzin. Planuje zaprosić ją do jakiejś ekskluzywnej restauracji i dać naszyjnik z pereł albo pierścionek z diamentem.
Nareszcie zjechał na parter. Rozejrzał się trochę nieprzytomnie i skierował się do wyjścia. Przed budynkiem powinna czekać limuzyna, ale jej nie ma...
Jest! Piękny czarny Roys-roys zmierza majestatycznie do chodnika...
Minęła sekunda. Leży na ziemi ze złamanym karkiem. Spadł na niego jakiś człowiek, zapewne samobójca. Spadł na niego i uciekł...
***

Zabawne? Niedorzeczne? Głupie? Oczywiście, że tak, ale dlaczego? Może powodem jest to, że kłóci się z naszym wyobrażeniem umierania i własnej śmierci. Wszyscy pragnął zginąć jako bohaterowie albo spokojnie w gronie bliskich zapaść w wieczny sen...
Zastanów się jednak czy te pragniena nie są równie niedorzeczne?
***

Wizja III

11styczeń
temperatura powietrza -23stopnie

Wielka hala fabryczna wyglądała na opuszczoną. Gołe ściany pozbawione rynku ziały szczelinami i otchłaniami okien. Spojrzał w górę i ujrzał błękitne niebo, po którym przemieszczał się powoli pojedyńczy strzępek chmury.
Zrobił krok. Coś zachrzęściło mu podejrzanie pod butem. Już chciał się cofnąć by zbadać co zdeptał, gdy jego uwagę przykuła kołtun ze szmat w rogu pomieszczenia.
Jako, że był człowiekiem ciekawym ruszył raźnym krokirm w stronę znaleziska. Chcąc udowodnić sobie swą odwagę i zanik poczucia strachu, odgarnął jednym pewnym ruchem ręki szmaty i zamarł nie mogąc złapać oddechu.
Pod kłębowiskiem szmat spoczywał mężczyzna. Musiał umrzeć przed nastaniem mrozów, bo jego twarz pokrywały sine i czarne ślady rozkładu.
Nieustraszony mężczyzna osunął się na kolana i zemdlał.
Nazajutrz w obskórnej hali fabrycznej spoczywały już dwa martwe ciała.
***

Wizja IV

Ludzie idą w swoją stronę. Każdy dąży do jakiegoś celu. W tłumie stoi On. On nie idzie. Jego celem jest odnalezienie celu ,niestety nie ma pojęcia gdzie szukać... Stoi w tłumie i nie pamięta. Tak właściwie to nie zdaje sobie sprawy ze swej nie pamięci.
Chce kogoś zapytać ,co tu robi lecz nikt nie zwraca na niego uwagi. Cel jest najważniejszy ,a celem dotarcie do celu.
Stoi. Otaczają go zapachy. Niektóre zwiewne i łagodne,inne zaś nieprzyjemne. Nie kojarzy zapachu z rzeczą bądź sytuacją. Pojmowanie jest dla niego abstrakcją.
Nagle poczuł się przytłoczony. Przytłoczony świadomością tego ,że nie ma celu w życiu i nigdy nie będzie go miał. Poczuł pulsującą falę krwi ,docierającą do jego głowy. Zrobił krok i upadł.
Ludzie przechodzili obok. Każdy z nich miał swój cel ,a celem nie była pomoc nieznajomemu.
Człowiek umarł...
***

Wizja V

Siedzi na ławce obserwując dzieci. Najbardziej interesuje ją jeden brzdąc, ten który beztrosko buja się na huśtawce. Jej synek. Najlepsze co się jej w życiu przydażyło. Ojciec małego uciekł na pięrwszą wzmiankę o potomstwie. Nie kochała go, ale jest mu wdzięczna za chłopca.
Żyją ubogo, ale nie w nędzy. Jej praca polega na sprzedarzy swojego ciała. Prostytutka, ktoś powie. Tak, ale nie z wyboru więc nie dziwka. Jest gotowa na wszystko, byleby jej dziecko miało dobry start.

-Dzień dobry-koło niej usiadła jedna z matek. -Dzień dobry-przyjrzła się jej. Musiała być zamożna o czym świadczyło dobre ubranie, skromna acz gustowna biżuteria i piękny zapach jaki wokół siebie rozsiewała.
-Które jest pani?
Jej maleństwo właśnie kopnęło piłkę.
-Bardzo ładne-uśmiechnęła się kobieta pokazując dwa rzędy doskonałych zębów.
Spojrzały obie na bawiące się dzieci... Piłka toczyła się po rozgrzanym asfalcie, a za nią biegło jej jedyne dziecko. Jęk przerażenia wyrwał jej się z gardła. Ruszyła biegiem w stronę drogi. Widzi nadjeżdżający samochód. Za szybą samochodu dostrzegła przerażone oczy kierowcy, który wie, że nie wyhamuje. Wbiegła na drogę, MUSI uratować swoje dziecko.
Trzask i jęk gniecionej blachy, a chwilę potem łoskot ciała uderzającego o twarde podłoże.
Na drodze leży ciało. Tak martwe... Piłka zatrzymała się na kępie trawy. Chłopczyk stoi osłupiały, a caiło matki jest tak martwe...
***

Czasem nie ważne jak żyłeś, gdy śmierć przyćmiewa życie.
gdy śmierć ważniejsza niż życie...
Gdy życie martwe, a śmierć ożywia wyobraźnię...
***

Wizja VI

idzie łąką
łąka jest usiana wielobarwnym kwieciem
naturalna mozaika
w powietrzu unoszą się pyłki
zapachy owady
wszystko naturalne czyste i piękne

idzie łąką
spod stóp jego uciekają
drobne żyjątka
pod jego stopami
ginął kwiaty
zioła i trawa

idzie łąką i śpiewa
wielkie szczęście
spowodowane bliskością przyrody
rozsadza mu zmysły

idzie łąką i śpiewa
usta szeroko otwiera
do ust wpadł szerszeń
urządlił
człowiek umiera
na łonie przyrody
***

Wizja VII

liście z cichym szelestem spadają na ziemię
każdy kolorowy niepowtarzalny martwy
nie śpiewają już ptaki
tylko czasem wśród ciszy
dosłyszysz dogasające krakanie
słońce wzeszło
księżyc w pełni
walka
***
obudzony tak wcześnie
wyruszył na spacer
by ciało czymś zająć
idzie drogą
która na plażę prowadzi
tak bezduszną jesienią

pomost stoi
czeka
na kolejnych odwiedzających
trochę zbutwiały
bardzo rozchwiany
lecz ludzi do siebie przyciąga
***
nie myśląc gdzie idzie
na pomost stary
swe kroki kieruje
wchodzi i myśli
o losu zakrętach

wczoraj był żywy
w szczęściu się kompał
dziś tonie w goryczy
***
te kształty ponętne
wciąż przed oczyma mu stoją
tyle chwil szczęścia
radości
nocy bezsennych...

wczoraj kres nastał
wczoraj był koniec
i nigdy nie będzie tak samo
***
już na pomoście
o poręcz spróchniałą
swe ciało opiera
poręcz trzeszczy
pęka w końcu

on wpadł do wody
a przecież pływać nie umie...
***
może i lepiej
bo jaki sens żyć
na tym świecie
bez ukochanego

telewizora
***

-I cóż zrozumiałeś drogi przyjacielu?-przed nim stoją Metsej i Natas. Stoją w próżni czyjejś śmierci, bo śmierć jest próżnią.
-Widzisz-mówi Natas-Ludzie są dla nas przekleństwem, bo wierzą. Wiara boli, bo nie pozwala nam umrzeć. Ty dałeś staremu Metsejowi to czego pragnął od dawna. Odebrałeś od niego brzemię wiary milionów.-Metsej rozpłynął się z grymasem szczęścia na pomarszczonej twarzy.
-On był bogiem!?
-Teraz ty nim jesteś-Natas nie ukrywał zadowolenia-Byłeś nie posłuszny i skazałeś na śmierć, zresztą dość nietypową, tych kilku ludzi. Pamiętasz? "Szanuj życie". Nie uszanowałeś, bo nie czułeś pragnienia zmienić swych wizji... Bawiły cię.
-Co to ma wspólnego z byciem bogiem?
-Widzisz-zniecierpliwienie było wyczuwalne w jego głosie-Bóg nie może żałować ludzi, bo wtedy nie pozwoliłby im umrzeć, a wtedy byliby oni niemal równi jemu. Teraz wybacz, ale muszę się zająć kandydatem na swoje miejsce. Miłej wieczności...Boże...
Śmiech wypełnił wszechświat na krótką chwilę.
Nastał koniec, zrodzi się początek. Oby...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...