Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

- Dla policji sprawa od początku była jasna - powiedziała pani Maria serwując herbatę Earl Grey. Miała tłuste przedramiona i duży biust, a kiedy siadała na krześle, antyk przeraźliwie zaskrzypiał. Rafał miał teraz okazję przyjrzeć się dokładniej jej twarzy: starej, mocno ogorzałej i pociętej zmarszczkami, a jednak radosnej i ujmującej twarzy, tak radosnej i tak ujmującej jak głos tej kobiety i sposób, w jaki przyjęła gościa. - Chłopak się powiesił. Smutna historia, naprawdę smutna – mówiła z niezwykłą lekkością, nie siląc się na współczucie, a jednak nie było w jej tonie krzty sarkazmu czy ironii.
- Znała go pani?
- O, tak! W tym mieści wszyscy się znają. Ale pamiętam go tylko z czasów, kiedy miał jedenaście, dwanaście lat. Przychodził do mnie na lekcje francuskiego.
- Myślałem, że jest pani biologiem?
- Oui, oui! Doktorem nauk przyrodniczych - odpowiedziała nie bez dumy. - Ale czy jedno wyklucza drugie? Parles-vous Francais?
- Non, madame. - Rafał speszył się. - Tylko kilka słów. To, co pamiętam ze szkoły, bo lektorat mam z angielskiego. Ale filmy rozumiem. I piosenki Edith Piaf też.
- Z całym szacunkiem dla pańskiej inteligencji i przenikliwości, ale uważam, że piosenek Piaf pan nie rozumie - powiedziała to bez jakiejkolwiek złośliwości i dodała po chwili, ciszej: - Za młody pan jest.
Rafał poczuł się, jakby źle odmienił: je suis i zakłopotany opuścił wzrok. Łyknął herbaty, posmakował i rozejrzał się po niedużym salonie, przyjemnie rozświetlonym późnopopołudniowym słońcem. Wszystkiego tu było za dużo: starych mebli, ozdób, ozdóbek i bibelotów, obrazów, zdjęć i widokówek powciskanych gdzie tylko się da, staromodnie oprawionych książek i kwiatów, których rozrostu nikt chyba nie kontrolował. „Tak - myślał teraz - ta kobieta mogłaby uczyć francuskiego. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Gdyby nie jej wygląd (przypominała raczej pomoc domową z ameryki łacińskiej), domyśliłbym się od razu; dlaczego nie jest zasuszona, czy nie powinna być sucha jak pień i palić długich i cienkich papierosów?”
- Pyszna. Jestem miłośnikiem herbaty - powiedział wreszcie.
- Może wolał pan jednak kawę?
- O, nie. Kawy nie piję. W ogóle.
- Prawdę powiedziawszy, nie mam kawy – odpowiedziała madame i oboje zaczęli się śmiać, szczerym i radosnym śmiechem.
- To naprawdę wyśmienita herbata.
- Cieszę się, że panu smakuje. Ale dobrze już, dobrze. Pytał pan o naszego poetę...
- Tak. Piszę o nim pracę, konkretnie, że tak powiem, o „lokalnej legendzie”, czy też może o nim, jako o „lokalnym bohaterze”. Jeszcze nie sprecyzowałem tematu, ale chodzi o to...
- Wiem, o co panu chodzi. Znam jego wiersze. To ciekawe, nawet bardzo, i miłe dla naszej społeczności, ale muszę pana zasmucić: nie wzniesiono mu pomnika, a żadnej ulicy czy szkoły nie nazwano jego nazwiskiem. Co więcej! Ja nawet nie wiem, czy w którejkolwiek księgarni znajdzie pan jego tomik, bo wydał jeden, prawda?
- Nawet nie on wydał, a wydano pośmiertnie.
- A widzi pan. Zdaje się, że tego właśnie się obawiał, o ile dobrze rozumiem jego poezję, ale to pan jest specjalistą.
- Proszę mnie nie zawstydzać - znów łyknął herbaty. - Ale jeśli mam wyrazić swoje zdanie, to uważam, że to nie tyle obawa, co raczej zwykła ludzka ciekawość: jak będą mnie pamiętać ludzie, których mijam co dzień na ulicy, których spotykam w sklepie...
- I czy będą w ogóle.
- Właśnie.
Pani Maria wstała i z filiżanką herbaty podeszła do okna, chwilę oboje milczeli. W końcu odwróciła się do Rafała, który teraz nie odrywał od niej wzroku.
- Czego właściwie oczekuje pan po tym pobycie? - zapytała.
- Bo ja wiem? Chciałbym dotrzeć do jakichś niepublikowanych tekstów, porozmawiać z ludźmi, którzy go znali, jak z panią, może poszukać ulic jego imienia - tu Rafał uśmiechnął się - i wreszcie poczuć miasto, w którym żył i pisał.
- Mówi pan o nim jak o wieszczu. - Madame z powrotem usiadła, sprawiała wrażenie zainteresowanej. - Czy jego poezja jest wysoko ceniona?
- Szczerze mówiąc... nie - nieznaczny, gorzki uśmiech wystąpił mu na twarz, po czym umknął. - Jego poezja jest formalnie bardzo przeciętna, a co do samej swojej treści raczej mało odkrywcza. Nie licząc oczywiście tych jego rozważań na temat „lokalnej pamięci”, które pojawiają się w kilku miejscach. To jest, moim zdaniem, bardzo ciekawe.
- W takim razie - głos kobiety zabrzmiał nieco bardziej oschle - przyjechał pan tu tyle kilometrów, żeby wziąć pod lupę pracownię jakiegoś marnego wierszoklety, podążać jego śladami, a potem napisać o tym uczoną rozprawę? To swojego rodzaju perwersja, nie uważa pan?
Rafał poczuł nagle chłód wiejący od kobiety.
- Proszę mnie dobrze zrozumieć - zripostował. - Spytała pani, czy jest poetą w środowisku cenionym, odpowiedziałem zgodnie z prawdą: nie jest. Prawdę powiedziawszy jego wiersze w ogóle nie są zauważane, choć pojawiły się w kilku antologiach. Ale czytanie poezji to przecież sprawa indywidualna i ja jego wiersze lubię bardzo. Nie, to nie perwersja. To fascynacja twórczością przedwcześnie zmarłego poety i rzeczywistością, która za nią stoi. Ta rzeczywistość mnie pociąga, tę rzeczywistość chciałabym przez wakacje poznać.
- Przez wakacje poznać rzeczywistość? - Pani Maria roześmiała się, ale już szczerze i bez cienia złości. - Co też pan opowiada? Ten chłopak przeżył tu dwadzieścia kilka lat („Dwadzieścia trzy” - wtrącił.), miał rodzinę, znajomych, zakochiwał się nieszczęśliwie i szczęśliwie odkochiwał, obserwował świat i opisywał go, rozmyślał o życiu i śmierci, i o swojej legendzie, a pan chce to wszystko poznać przez wakacje? Czy życie ludzkie, prawda, że krótkie, ale jednak życie, da się tak zminiaturyzować? Jeśli naprawdę chce pan go poznać, niech poświęci pan na to najbliższe dwadzieścia trzy lata - mówiła całkiem poważnie, ale lekko i bez emocji; raczej jakby dawała dobrą radę, niż ganiła.
- Nawet nie zamierzam próbować! Poznawać poetę? Po pierwsze to niemożliwe, a po drugie... nieprofesjonalne - uśmiechnął się pojednawczo i madame również się uśmiechnęła. - Jedyne, czego oczekuję, to przybliżyć się choć trochę do tej jego legendy.
- Już mówiłam: nie ma legendy. Szkoda, ale nie ma.
- To też będzie jakiś wniosek. Do sprawy podchodzę na chłodno, sine ira et studio.
- Słusznie - westchnęła - bo mógłby się pan rozczarować. Ciasta?
- Nie chciałbym robić kłopotu.
- To żaden kłopot - pani Maria poderwała się i zniknęła w kuchni. Po chwili pojawiła się z ciastem, smakowicie wyglądającym metrowcem. - Moja specjalność - rzuciła wesoło i nałożyła Rafałowi. Zachwycił się.
- Powiedziała pani: dla policji sprawa od początku była jasna...
- Tak.
- Czyżby nie wszyscy byli pewni okoliczności?
- Wie pan. To wtedy był znany człowiek, bardzo charyzmatyczny: za życia i nawet przez jakiś czas po śmierci. Pojawiały się wtedy różne insynuacje i domysły, ale wszystko, zdaje się, wyssane z palca. Tak czy inaczej ludzie są tylko ludźmi, a pamięć jedynie pamięcią i dziś sprawa nie budzi już żadnych emocji, a w każdym razie - zawahała się i zerknęła przenikliwie na gościa - nie na forum miasta...
Rafał nachylił się:
- A gdzieś budzi?
- Jest taki klub - wyrzucała z siebie słowa, każde wymawiając jakby z osobna - klub miłośników jego poezji. Kilka osób zaledwie, ale chyba warto, żeby pan do nich zajrzał. Napiszę panu adres, ale to potem, potem. Teraz zapraszam ze mną, pokażę pokój.
Wyszli z salonu, przez hol, przed dom, gdzie pani Maria pouczyła Rafała o drzewach i drzewkach, krzewach i krzaczkach, w przeważającej większości zasadzonych jeszcze przez jej ojca w niedużym, pagórkowatym ogrodzie, wskazała ławeczkę, na której wysiaduje godzinami z książką i wino pnące się po ścianach domu. Już wtedy, kiedy tu przyszedł wszystko to wyglądało urzekająco, ale teraz nie był w stanie oderwać oczu od tego pięknego widoczku; miał wrażenie, że właścicielka domu czekała na konkretny moment i kiedy nadszedł, zaczarowała swojego gościa. Wiedział już wtedy, że wynajmie pokój u madame niezależnie od warunków, jakie mu zaproponuje. „Dziwnie jestem spokojny - myślał - że pokoje gościnne są pierwsza klasa; pewnie trochę jak z braci Grimm, ale pierwsza klasa.”
- Chodźmy, będzie pan miał osobne wejście - prowadziła go wąską ścieżyną pnącą się w górę wzdłuż domu, a Rafał zdumiony był tym całym mikrokosmosem: tyle cudów natury, tyle ciekawostek na tak małej przestrzeni, bo i dom i teren wokół były w zasadzie niewielkie.
- Chcę zapłacić za dwa miesiące z góry - zawołał Rafał widząc pokoik. - Dokładnie tak sobie to wyobrażałem.
Pani Maria roześmiała się i roztkliwiła.
- Niech pan się rozgości, o siódmej zapraszam na kolację.

Opublikowano

Nie mogę zbytnio rozwodzić się nad warstwą techniczną, bo sam jestem raczej początkującym literatem i to zostawiam bardziej doświadczonym...
Co do treści - fragment jest krótki i ciężko sprecyzować jaki będzie gatunkowo. Czyta się przyjemnie, scena jest przedstawiona w delikatnym tempie, pasującym do sytuacji. Trochę mi brakuje nastroju, nawet kwestia tej tajemniczości śmierci poety nie wzbudza takich emocji, chociaż oczywiście zaciekawia. To moje prywatne spostrzeżenia. Mnie się podoba.

Opublikowano

.. …podobało się, zaciekawiło, chyba warto kontynuować. Trudno powiedzieć jak się fabuła będzie wiązać, bo i na razie raczej niewiele się dzieje. Choć dosyć sporo informacji, w tym fragmencie, w dodatku podanej w zachęcający sposób… ..

Opublikowano

- Znała go pani?
- O, tak! W tym mieści wszyscy się znają. Ale pamiętam go tylko z czasów, kiedy miał jedenaście, dwanaście lat. Przychodził do mnie na lekcje francuskiego.
- Myślałem, że jest pani biologiem?
- Oui, oui! Doktorem nauk przyrodniczych - odpowiedziała nie bez dumy. - Ale czy jedno wyklucza drugie? Parles-vous Francais?
- Non, madame. - Rafał speszył się. - Tylko kilka słów. To, co pamiętam ze szkoły, bo lektorat mam z angielskiego. Ale filmy rozumiem. I piosenki Edith Piaf też.
- Z całym szacunkiem dla pańskiej inteligencji i przenikliwości, ale uważam, że piosenek Piaf pan nie rozumie - powiedziała to bez jakiejkolwiek złośliwości i dodała po chwili, ciszej: - Za młody pan jest.


Przepraszam, czy to jest komedia?

Chciałbym wiedzieć , kim jest Rafał. wprowadzasz postać, to go opisz, ja mam zgadywać, czy to jest kominiarz?, pan z opieki socjalnej?


PRZEGADANE!!!

pozdrawiam,

p.s Odniosę się do większości osób, którzy piszą i pokazują tu swoje dzieła...

Czy wy czytacieliteraturę? Wiecie jak wygląda proza? Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że raczej nie. , Cudowne zdania, błyskotliwe myśli, klimat, nastrój, tajemnica, tu niema nic jest rafał i pani z tłustymi przedramionami i dużym biustem hahahahah, i blablanina,

Nie do przejścia.

Opublikowano

ad mr khaoz: motyw istotnie miał zaciekawiać, a nie wprowadzać element tajemniczości, bo tekst ma być raczej "obyczajówą" niż thrillerem/kryminałem, ale nad nastrojem popracuję - dziękuję za cenną uwagę.

ad Herrezjusz: cieszę się, będę kontynuował i rozwijał fabułę; dziękuję.

ad Piotr Rutkowski:
1) Rafał - po pierwsze: błyskotyliwy czytelnik wie, kim jest Rafał; mniej błyskotliwy chyba również jest w stanie poskładać kilka informacji do kupy, tj.: "lektorat mam z angielskiego", "pan jest specjalistą" (od poezji współczesnej!), "za młody pan jest"; po drugie: nawet jeśli jedyną informacją, jaką bym wprowadził, byłoby jego imię, czytelnik musiałby się z tym pogodzić; "wprowadzsz postać, to go opisz"? - błagam! to nie szkolne wypracowanie!
2) czy czytam literaturę? - w pierwszej chwili wpadłem w popłoch, że zostałem skarcony przez jakiegoś literata, ale zaraz, gdy tylko zapoznałem się z kilkoma Twoimi tekstami (i to tymi w dziale Z), odetchnąłem z ulgą!
pozowanie na miłośnika antykomercyjnej literatury lekko mnie śmieszy (choć sam oczywiście wolę Dostojewskiego, od Coelho), bo prawdę powiedziawszy, marzysz o tym, żeby pisać jak King :)

Opublikowano

Ja akurat kilka tekstów pana Rutkowskiego czytałem i nie powiem, żeby znowu były jakiś złe. Ale całkiem racji to pan tu nie ma i nie warto zalewać debiutanta masą krytyki jakie to złe i beznadziejne, zwłaszcza, że to wcale złe i baznadziejne nie jest...Ale to chyba z rozpędu, nie? Pozdrawiam mimo wszystko...

Opublikowano

to jeszcze raz ja, wyjaśnienia,

do tego obrońcy, mr khakoz czy jak mu tam...

nie krytykuję bo nie jestem krytykiem, komentuję bo jestem czytelnikiem i mam do tego prawo, i jak już napisałem, że to jest Przegadane, to dlatego ze tak myślę, ale się pomyliłem, bo to nie jest przegadane, to jest jeden wielki drewniany dialog, do którego szacowny autor, co widac z jego riposty nie ma dystansu..a szkoda,

do autora,

nie rozumiem, twoich wywodów, jaki obronca niekomercyjnej literatury? nie rozumiem...

nie musisz czytac moich tekstów, nikt cie nie zmusza, i nie musza cisie podobac, ja poswieciłem swoj czas na przeczytanie i uwazam tak jak uwazam, mozesz sie z tym zgadzac
lub nie. Jak widac nie zgadzasz się. więc po raz drugi życzę powodzenia i mnóstwa dzieł,

Pozdrawiam p.r

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie


    • ------------------------------
      ## Chrypka Louisa
      (Leo mierzy własny mit)
      {Piano pieśni}


      Przyjaciele odeszli, posiwiała mi skroń
      Boli mnie to, co kiedyś grało aż strach. I ta woń...
      Chciałbym w miłosny wpaść szal, ale los nie tak chciał
      I w Wieży Pieśni płacę czynsz, czym Pan Bóg dał.


      Spytałem Hanka: „Jak smutno może być?”
      Jeszcze mi nie odpowiedział, lecz
      Słyszę całą noc, jak kaszle, aż się odechciewa żyć,
      Ze sto pięter wyżej w Wieży tej. I właśnie w tym rzecz,


      Że urodziłem się tak, taki już mój los
      Urodziłem się z darem: mam anielski głos
      I dwudziestu siedmiu aniołów Wielkiego Manitou
      Przywiązało mnie do tego stołu, w tej Wieży tu.


      Tak, wbijaj se szpileczki w laleczkę voodoo,
      Bardzo mi przykro, droga, ona nie przypomina wcale mnie.


      Stoję przy oknie, słońce nieźle grzeje tu
      Nawet kobiecie nie pozwolą cię zabić, nie w Wieży Pieśni tej jak zły sen.


      Powiesz, że zgorzkniałem, lecz jedno pewne jest (może robię błąd):
      Bogacze wpuszczają biednych w kanał swej TV
      I nadchodzi (jak dobrze liczę) przedostatni sąd,
      Bo widzę, słyszę te dziwne głosy w Wieży Pieśni, co na schwał


      Ciebie widzę też: stoisz po drugiej stronie, gdzieś hen
      (Nie wiem, kiedy tak rozrósł się strumyk ten...);
      Kochałem cię, kochanie, kiedyś, dawno tak...


      Wszystkie mosty, którymi mogliśmy uciec, płoną dziś
      Lecz tak bliskie mi to wszystko, co uszło w dym
      Nigdy, przenigdy nie dam nam tego stracić znów (słyszałem znak)


      Żegnam cię, nie wiem, kiedy wrócę tu (chyba nie wnet)
      Jutro przenoszą nas do tej wieży, gdzie pociąg kończy bieg
      Ale będziesz mnie słyszeć, miła, długo po tym, jak odejdę stąd!


      Będę dla ciebie górne pieśni piał z okna w Wieży mej (Étage Four)
      A choć w tej tu Wieży dają wikt co zwał,
      To i tak czasem wpadam w szal, taki temperament Bóg dał...


      Przyjaciół brak, coraz bielszy włos
      Boli mnie wszystko to, co...
      I tylko ten głos...
      ------------------------------


      ## (Blue) Hotel California


      Mój zabójco/bracie?


      Nie wiem, co mam ci powiedzieć, ale niech tak już będzie;


      Jest czwarta nad ranem, i grudzień się kończy,
      Piszę do ciebie list, by sprawdzić, czy lepiej ci życie się toczy.


      W Nowym Jorku mi zimno, ale dobrze mi, gdzie mieszkam.
      Na Clinton Street co wieczór muzyka gra, słyszę ją w kątach wszystkich...


      Właśnie: słyszałem, że dom sobie budujesz
      Gdzieś na pustyni, z dala od ludzi...
      Nie masz już nic, nie wiesz, po co żyjesz.
      Mam nadzieję, że robisz jakieś zapiski.


      Aha, Jane mi przyniosła z twojej grzywy lok
      Mówi, że to ty jej dałeś go
      W tę noc, kiedy planowałeś złożyć pokutę.
      Czy kiedyś w końcu pokajałeś się, przed kimkolwiek?


      Ach, ostatnim razem, gdy tu wpadłeś
      Wyglądałeś jakbyś się nagle postarzał.
      Twój słynny niebieski płaszcz od deszczu
      Miał na ramieniu dziurę na przestzał,


      Chodziłeś na Union wyglądać pociągów,
      Lecz wracasz do domu bez Lili Marlene w końcu,


      I ofiarowałeś mojej kobiecie
      Płatek łupieżu szarego jak życie
      A kiedy wróciła w domowe pielesze
      Nie była niczyją żoną. I ciągle cię widzę


      Z tą samą przywiędłą różą w zębach
      Jak jeszcze jedna wychudła cygańska złodziejka


      A, widzę, że Jane jednak nie śpi
      Przesyła całusy ci


      Co mam ci powiedzieć, mój zabójco, bracie?
      Co mogę? Nic mi nie przychodzi do głowy
      Chyba, że za tobą tęsknię, i chyba wybaczam...


      Cieszę się, że mi tak wszedłeś w drogę
      Jeśli kiedyś wpadniesz, po Jane albo mnie,
      Wiedz, że twój wróg śpi, a jego kobieta w końcu wolna jest...


      A, i dziękuję za to, że zdjąłeś jej z oczu to spojrzenie wiecznie głodne –
      Ja nawet nie próbowałem: myślałem, że to już na dobre,


      A, Jane mi przyniosła lok z twojej grzywy
      Mówi, że to ty dałeś jej go jako amulet
      W tę noc, kiedy miałeś złożyć pokutę.
      (Czy w końcu doczekałeś się skruchy? Takiej prawdziwej?)


      Ściskam mocno, 
      L. Cohen
      ------------------------------


      ## Suzanne
      Suzanne zabiera cię w dół,
      Tam, gdzie mieszka, nad Rzekę
      Słyszysz, jak przepływa łodzi tłum,
      Możesz spędzić noc u jej boku...


      I wiesz, że jej brak piątej klepki,
      Ale właśnie dlatego z nią być chcesz,
      Karmi cię dietą pomarańczy i herbaty,
      Które aż z Chin przypływają, by tu się znaleźć.


      I właśnie wtedy, gdy chcesz jej ogłosić,
      Że nie jesteś w stanie dać jej miłości,
      Nastraja cię na fal swoich długość,
      I rzeki daje oznajmić falom,
      Że byłeś jej kochankiem przez całą wieczność.


      I chcesz pójść w tę podróż z nią,
      Gotów podróżować w ciemno,
      I wiesz, że ci się powierzy cała,
      Bo dotknąłeś jej doskonałego ciała
      Swym umysłem przez chwilę jedną...


      A Jezus był żeglarzem, kiedy chodził po wodzie,
      I spędził czasu moc obserwując ludzi
      Ze swojej samotnej wieży z drewna,


      A kiedy wiedział już na pewno,
      Że widzą go tylko tonący,
      Powiedział, że każdy będzie odtąd żeglarzem,
      Dopóki morze go nie uwolni.


      Ale jemu samemu kości połamano
      Na długo zanim niebo się otwarło,
      Porzucony, niemal jak człowiek, zatonął jak kamień
      Pod twojej mądrości ciężarem...


      Chcesz pójść w tę podróż z nią,
      Gotów podróżować w ciemno,
      I wiesz, że ci się powierzy cała
      Bo dotknąłeś jej doskonałego ciała...
      Swym umysłem przez chwilę jedną.


      A ty chcesz z Nim w tę wyruszyć podróż,
      I chcesz w ciemno za Nim iść
      I myślisz, że może powierzysz mu każdy swój odruch,
      Bo dotknęła Jego doskonałego ciała
      Twoja myśl przez parę chwil...


      Suzanne bierze cię za rękę i prowadzi nad rzekę, cała
      W łachmanach i piórach z wrót Armii Zbawienia,
      A słońce miód leje na Świętą Marię Zatok
      Pokazuje, gdzie szukać wśród śmieci i kwiatów,


      Bohaterów w wodorostach, a dzieci o poranku
      Szukają miłości i będą tak wciąż, aż do spełnienia,
      A Suzanne tylko trzyma przed nimi lustro.


      I chcesz podróżować z nią
      Chcesz jej wierzyć, ślepo wierzyć że...
      I wiesz, że możesz jej powierzyć swój los
      Bo dotknęła twego idealnego ciała myśl jej
      (Tylko na papierze)
      ------------------------------


      ## El polaco


      „Canto / El reloj cuenta maquinalmente las horas / Da lo mismo las siete que las doce / Yo no estoy aquí / Es la señal de carne que dejé al irme / Para saber mi sitio al regresar”


      „Śpiewam
      Zegar odlicza godziny machinalnie
      Wszystko jedno, siedem czy dwanaście
      Mnie nie ma tu –
      To znak ciała porzuconego, że mam iść,
      Że mam znać swoje miejsce, gdy przyjdę znów”


      Bo w Wiedniu jest z dziesięć pięknych kobiet,
      Jest rękaw, gdzie Śmierć wypłakuje swój śmiech,
      I hol gdzie jest z dziewięćset okien,
      I drzewo, gdzie synogarlice idą czekać na Śmierć.


      Jest, urwany od ranka, szczątek,
      Co wisi w Galerie Beschränkt...


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, w ten walc wejdź, w
      Ten walc, co klamrę ma u szczęk


      Och, pragnę cię, pragnę cię, tak pragnę
      Na krześle z gazetą wyblakłą muszę cię wziąć
      Przy jadle, w jaskini lwa, na lilii prątku,
      W korytarza głębi, co na miłości wizytę czeka wciąż,


      Na łóżku, gdzie księżyc się poci zajadle,
      W krzyku, który wypełniają kroki i proch.


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, tego walca ton,
      Weź jego złamany kark w swoją dłoń...


      Ten walc, ach walc, ach walc, walc ten!
      A w jego oddechu – Schnapps i Śmierć;
      Co wlecze ogon swój po morza dnie,


      Jest w Wiedniu do dziś ta Philharmonie,
      Gdzie tysiąc recenzji było już twych ust
      I bar, gdzie chłopcy od lat siedzą, razem smutniej im:
      Na śmierć skazani, przez szok, przez blues...


      Patrz, ktoś wspina się na twój cokół
      Z wieńcem świeżo ściętych łez...


      Aj, aj, aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, wzejdź nim w morze łez,
      Ten walc nam umiera jak bez...


      Jest strych, gdzie w klasy bawią się dzieci,
      Gdzie szybko musimy spocząć w miłości złóg
      By śnić o latarniach tych, kiedyś w Trieście
      We mgle popołudnia, którą Bóg...


      I zobaczyć co jeszcze na łańcuszek smutków nawlekłaś
      Prócz baranów i ze śniegu róż...


      Aj, aj, aj, aj
      Weź ten walc, wyjdź w walca cień,
      I to twoje „Nigdy cię nie zapomnę, wiesz!”


      Ten walc, ach walc, ach walc, walc jak sen!
      A w jego oddechu – Śmierć i znój,
      Co po życia dnie wlecze odwłok swój...


      I zatańczę z tobą znów w Wiedniu –
      Przebiorę się za rzeki cud,
      Dziki hiacynt w butonierkę wepnę,
      Me usta na rosie twych ud,


      I duszę mą pogrzebię w albumie,
      Gdzie fotografie całkiem mech skrył,
      I dam porwać twego piękna lawinie –
      Skrzypki me i mój krzyż,


      A ty poniesiesz mnie w dół w twoim walcu
      W kałużę łez, co na ślepo wierzy, że...


      Och, miła ma, kocham cię, jak w tym tańcu –
      Zakwitnij w walc, w ten walc wstąp –
      Jest teraz twój. Jest tylko on


      {Instrumental}
      (Aj, Aj, Aj, Aj)
      ------------------------------


      ## Bękart bez kart


      Jeśli ty karty rozdajesz,
      Nie mam żadnych kart
      Jeśli ty łaski szafujesz,
      Ja – za co łaska żart
      Jeśli Twoja jest chwała
      Jam potępienia wart
      Chcesz, by było ciemniej?
      Płomień gasi czart


      Wywyższone, uświęcone
      Będzie Imię Twe
      Z czci odarte, umęczone
      W ludzkiej formie tej
      Choć milion świec płonie
      Pociechy brak w godzinie złej
      Chcesz, by ciemniej było?
      Diabeł mówi.. Ok!

      חינני
       חינני
      Jestem gotów, Panie mój...

      W tej historii jest kochanek,
      Lecz wątek wciąż ten sam:
      Prócz na ból kołysanek -
      Paradoks, co jest winien. Nam

      Ale w Piśmie zapisane -
      To nie wybieg dla dam...
      Chcesz, by ciemność nastała?
      Płomień gaśnie u bram

      Jeńcy już w więzieniu
      A straż unosi broń
      Me demony oswojone
      I klasy muszej są
      Widać mam pozwolenie
      Pistolet wymierzyć prosto w skroń
      Chcesz ciemniej mieć?
      Podnosimy dłoń...

      ## Katharisméni ékdosi
      [Teil I: Mehr Dunkelheit!]
      אני מוכן, אדוני...

      W tej historii jest kochanek,
      Lecz wątek wciąż ten sam –
      Prócz na ból kołysanek
      Paradoks, co wszystko winien nam.
      Ale w Piśmie zapisane –
      To nie wybieg dla dam.
      Chcesz, by ciemność nastała?
      Płomień gaśnie u bram.


      Jeńcy już w więzieniu,
      A straż unosi broń.
      Me demony oswojone
      I klasy muszej są.
      Widać mam pozwolenie
      Pistolet wymierzyć prosto w skroń.
      Chcesz ciemniej mieć?
      Podnosimy dłoń...

      [Część II: Mackie Złota Rączka]


      Jeśli chcesz mężczyzny,
      Zrobię, o co prosisz mnie.
      A jeśli mam ukryć blizny 
       Maskę włożę, czemu nie?

      Jeśli chcesz partnera,
      Za rękę mnie chwyć,
      Chcesz mnie w złości sponiewierać –
      Jestem do usług twych.

      Jeśli chcesz boksera,
      Dla ciebie wystawię się na strzał.
      Gdy szukasz felczera,
      Zbadam każdy twego ciała cal.

      Trzeba ci szofera?
      Drzwi są tu.
      Chcesz mnie w pole, jak frajera...
      Twoją myśl łapię w słowa pół –
      Jestem cały twój.

      Ach, księżyc razi mnie,
      Łańcuch za krótki jest,
      Bestia nie chce położyć się.
      Każda obietnica przechodzi przez myśl –
      Z tych, co je złożyłem i nie mogłem spełnić ich.

      Ale nikt nigdy nie odzyskał kobiety swej,
      Choćby na kolana padł
      I czołgał się, itd.,
      I kładł ci się do stóp,
      I do twej urody wył
      Jak w rui pies,
      I błagał: „Proszę, proszę cię”.
      Jestem mężczyzną. Chętnie służę. Jak chcesz...

      A kiedy cię zmorzy sen
      Na drodze pisanej nam,
      To poprowadzę ja ten cały kram
      A gdy zechcesz sama wejść w jasny latarni cień,
      Zniknę dla ciebie, jak w raz sam 


      Gdy oddasz mi dziecko swe,
      By sama trochę przespacerować się
      Po plaży, cichej jak nasze dni – Z przyjemnością. Bardzo miło mi

      Jeśli chcesz partnera,
      Za rękę mnie chwyć,
      Chcesz mnie w złości sponiewierać –
      Jestem do usług twych.

      Jestem. Służę ci.
      Jeśli chcesz mechanika,
      Zrobię, o co prosisz mnie.
      A jeśli powiesz: „Znikaj!”,
      Założę maskę, jeśli chcesz.

      Jeśli chcesz kochanka,
      Zrobię wszystko, o co prosisz mnie.
      A, ma być przebieranka?
      Założę maskę, nawet dwie.
      Jestem. Służę. Tak, wiem...
      Bum!
      ------------------------------


      ## Exit Alexandriae me peccare fecit

      Nagle noc stała się zimniejsza.
      Bóg miłości do odejścia gotuje się;
      Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza 
      Gdy prześlizgują się między strażnikami serc.

      Karmiąc się jedynie prostotą czaru,
      Wychodzą w światło, w bezkształt się splatają w śnie mym
      I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę,
      Wstępują w uścisk głosów i win.

      To nie żaden trik, to zmysły cię zawodzą,
      Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak –
      Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi,
      Zażegnaj ból, że Aleksandry brak.

      Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach, 
      Choć co dzień pocałunkiem budzi cię,
      Nie mów, że  chwilę tą sobie wyobraziła,
      Nie uciekaj się do wymówki tej.

      Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję,
      Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz 
      Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem, 
      Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz.

      A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór,
      I dzięki temu odzyskałeś honor swój –
      Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność,
      Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg.

      Chociaż spała na twej pościeli ruinach, 
      Choć co dzień pocałunkiem budziła cię,
      Nie mów, że tę chwilę sobie uroiła,
      Nie zniżaj się do wymówki złej.

      Tak długo szykowaleś się na tę okoliczność,
      Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu.
      Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie,
      Te pierwsze śluby znów namacalne, tu.

      Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie
      Zawsze byłeś kapitanem planów, co rozbiły się w pył –
      Więc nie uciekaj w tanie "tak, ale',
      Co  'dlaczego' i 'więc' zakłóca rytm.

      Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie;
      Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch –
      Więc nie bądź, jak ci z liniowca Titanic
      Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o 'jak' i 'bo'.

      A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens,
      któremu kod złamano, przekreślono krzyż -
      Zażegnać już teraz nie możesz nic.
      Przeżegnaj się bo Aleksandra martwa jest.

      Noc staje się coraz zimniejsza.
      Bóg miłości odszedł do pieleszy swych,
      Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza:
      Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki - Στυξ


      Ich atme Gesang.

      Sprawiasz, że śpiewam
      By zapomnieć świata pleśń
      Sprawiasz, że śpiewam
      Jedyną, jaką miałem, pieśń 

      Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu
      Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw
      Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu 
      Z mego marnego kopczyka sław
      Wciąż śpiewam, śpiewam ci 

      Nawet jeśli przeminął świat
      Sprawiasz, że śpiewam
      Śpiewam tą samą pieśń od stu lat
      Sprawiasz, że śpiewam
      Alleluja, mój hymn
      Sprawiasz, że śpiewam
      Jak więzień swój ostatni Rym 

      To dziękin tobie śpiewam
      Nawet jeśli wieści są złe
      I ciągle śpiewam
      Jedyną, jaką miałem, pieśń 

      Sprawiasz, że śpiewam
      Odkąd rzeka umarła mi
      Sprawiasz, że śpiewam
      By zapomnieć na parę chwil 
      Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci 

      Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore,
      Alleluja, mój hymn
      fac me hymnum canere
      W tej Wieży Pieśni, więzieniu mym

      Dajesz mi śpiew, więc śpiewam 
      Choć się skończył świat
      Życie to śpiew, i śpie-wam wam 
      Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat

      Wciąż śpiewam, śpiewam ci
      Choć pełen dziur ten świat
      Noszę dumnie głos swój pełen łat

      Wciąż śpiewam, śpiewam ci
      Choć mi prawie wiek pękł 
      Wnoszę dumnie swój głos pełen łat
      Na jedno z najniższych Wieży piętr

      A ty - dajesz mi śpiewać, śpiewać mi 
      Śpiewać ci... Ich atme Gesang.

       Für dich
       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...