Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Flawiusz Amala ["A jednak sie nie kręci...]


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

FLAWIUSZ AMALA

Z miękkiej czerni wyrwał go głos Benedykta. Musiało być jeszcze bardzo wcześnie rano – na zewnątrz dopiero świtało (choć w Vimardzie nie należało ufać słońcu), a Hubert czuł się zupełnie niewyspany; w pewnym sensie ucieszył się jednak, gdy usłyszał znajomy głos, gdyż we śnie było mu obco i nieswojo.
Półprzytomny wstał i ubrał się, po czym zszedł na dół do przestronnej kuchni (był prawie pewien, że właśnie to nakazał mu Benedykt). Zastał swojego gospodarza siedzącego przy masywnym dębowym stole.
-Siadaj, Hubercie – powiedział, wskazując mu gestem miejsce naprzeciwko siebie. – Jak minęła ci noc?
-Dziękuję, bardzo dobrze – odrzekł Hubert nieszczerze (nie dlatego, że nie chciał robić Benedyktowi przykrości, ale po prostu dlatego, że nie mógł sobie wyobrazić innej odpowiedzi na podobne pytanie), siadając na wskazanym krześle.
-Wczoraj miałeś okazję uczestniczyć w naszym spotkaniu; wiedz jednak, że to nie jedyny z przestrzeganych tutaj obyczajów. Kolejnym, w którym już niebawem weźmiesz udział, są śniadania.
-U siebie również jadałem śniadania – zażartował, z pełną świadomością tego, że nie był to żart udany, chcąc jedynie przerwać nieprzyjemną ciszę; mimo to Benedykt uśmiechnął się lekko:
-Wasze poranne posiłki trudno nazwać śniadaniami; jestem pewien, że w porze obiadu wielu z was nie może już sobie przypomnieć, co jadło po przebudzeniu, ani o czym wtedy rozmawiało – o ile w ogóle o czymkolwiek się u was przy śniadaniu rozmawia. W Vimardzie jest inaczej; na śniadania zwykle zaprasza się gości po to właśnie, żeby z nimi rozmawiać, ponieważ rozmowa z drugim człowiekiem jest najlepszą drogą do poznania zarówno innych ludzi, jak i siebie samego; a nie ma lepszej pory dla rozmowy, niż poranny posiłek, gdy ciało i umysł gromadzą energię na cały dzień. Wieczorne rozmowy na Placu Rozumu odbywają się już tylko po to, by podsumować dzień i powiedzieć innym to, co chce się im powiedzieć przed udaniem się na spoczynek.
-A więc będziemy mieli gości?
-Owszem; specjalnie zaprosiłem na dziś kogoś specjalnego; kogoś, kto powinien szczególnie przypaść ci do gustu. I mam tu na myśli nie tylko jego młody wiek.
-Widziałem już tego kogoś?
-Niewykluczone; wkrótce będziesz miał sposobność nie tylko zobaczyć go, ale także z nim porozmawiać. Zanim to jednak nastąpi, pomóż mi przygotować posiłek.
Hubert posłusznie zabrał się do pomocy. Nie wymagało to zresztą wielkiego wysiłku, gdyż praca jego ograniczała się do rozłożenia glinianej zastawy, a następnie znoszenia ze spiżarni i ustawiania na stole chleba, sera, masła, wędzonej kiełbasy i szynki oraz mis z owocami. Na końcu Benedykt przyniósł krowie i kozie mleko. Hubert nie przepadał za mlekiem, sam jego zapach odbierał mu apetyt (a tłusty biały koloid pachniał bardzo intensywnie), na szczęście jednak nie miał zwyczaju przepijania w trakcie posiłku, a kubek wody nie wydawał się rzeczą nieosiągalną. Ucieszyło go natomiast to, że na stole nie było jajek, których nie jadał w żadnej postaci.
Zapowiedziany gość nie zjawiał się; Benedykt usiadł do stołu, nalał sobie mleka i bezceremonialnie zaczął jeść; ośmielony Hubert sięgnął po chleb i masło. Obaj jedli w milczeniu, żując powoli, świadomi tego, że jedzą tylko po to, by skrócić sobie czas oczekiwania na gościa.
Wreszcie rozległo się pukanie; Benedykt otarł usta, wstał od stołu i nie spiesząc się poszedł otworzyć drzwi. Owym zaproszonym gościem okazał się być – ku pewnemu zadowoleniu Huberta – ten sam niewysoki rudoblond młodzieniec o niebieskich oczach, który wczoraj w czasie wieczornego spotkania zwrócił jego uwagę.
Błękitne oczy, jakby dwa pogodne nieba – te same oczy, o których, jak sobie teraz przypominał, myślał Hubert wczoraj tuż przed zaśnięciem – spojrzały na niego badawczo.
-Flawiusz – powiedział niski, spokojny głos dobiegający gdzieś spod kuriozalnych oczu. – Flawiusz Amala.
Hubert przedstawił się, bezwiednie uściskując wyciągniętą dłoń.
-Czym się zajmujesz? – zapytał, skoro tylko zajęli miejsca przy stole. Nie wiedział z jakiego powodu poczuł się na tyle ośmielony, by mówić gościowi per „ty”.
-Jestem poetą – odpowiedział Flawiusz, uśmiechając się lekko, lecz bez zażenowania.
Hubert uniósł brwi do góry, marszcząc czoło w wyrazie zainteresowania. Sam był od lat pisywał wiersze i uważał się za poetę, choć nie ubiegał się jeszcze o publikację.
-Piszesz wiersze? Znakomicie; czy mógłbyś później pokazać mi niektóre z nich? Uwielbiam poezję.
Flawiusz uśmiechnął się ponownie, tym razem szeroko i życzliwie:
-Ale ja nie piszę wierszy. To znaczy – jak do tej pory żadnego nie napisałem.
-Bycie poetą to nie tylko pisanie wierszy – kontynuował, smarując chleb masłem. – Bycie poetą to przede wszystkim sprawa duszy; w pewnym sensie poezja jest uprawą duszy.
-A zatem interesuje cię dusza?
-Póki co – bardziej moja dusza, niż ogólnie dusza ludzka; wierzę jednak, że przez introspekcję uda mi się dojść do pewnych poważnych wniosków ogólnych.
-Introspekcja duszy... – przerwał mu Benedykt. – Brzmi pięknie.
-Czy jednak coś takiego jest możliwe? – zapytał Hubert, który nie lubił słowa „dusza”, głównie za jego niejednoznaczność. – Jak żyjąc w świecie materialnym można zgłębiać duchowość, i to jeszcze duchowość własną? To tak, jakby ryba starała się zbadać życie na lądzie, które jest dla niej z oczywistych względów niedostępne, a które – jeśli kiedykolwiek je zobaczy – będzie zwiastunem jej rychłego końca.
-Nie zrozumiałeś mnie, Hubercie, czy też może nie wysłowiłem się dość precyzyjnie; przez „duszę” nie rozumiem substancji duchowej, odmiennej od materii. Dusza nie jest duchem, bo duch jest jedynie urojeniem, zwyrodnieniem materii.
-Pogląd o materialnej duszy ma wspaniałą tradycję, z oczywistych względów nie jest jednak zadowalający – jak można przeciwstawiać duszę ciału, skoro jedno i drugie jest materią? Lepiej już skończyć na monizmie i twierdzeniu, że dusza nie istnieje.
-W takim razie – zaoponował Flawiusz – równie dobrze można by stwierdzić, że nie istnieje ciało, a to, co szumnie nazywamy „swoim ciałem”, to tylko dusza, której uroiła się cielesność.
-Jest to tylko i wyłącznie problem nazewnictwa, że ciało nazywamy ciałem, a duszę duszą, a nie na odwrót.
-Takie myślenie z góry zakłada, że ciało i dusza są jednym, miałyby zatem te same potrzeby i co dla jednego byłoby dobrem, byłoby dobrem i dla drugiego, analogicznie ze złem; a tymczasem wcale tak nie jest.
-Czemu nie? Dbając o duszę – dbam o siebie; dbając o ciało – również dbam o siebie. Nie ma sensu rozdzielanie tych pierwiastków, które składają się na „mnie”.
-Są jednak rzeczy, które – choć ciału są na nic – służą duszy. Jedną z nich jest choćby poezja. Na cóż ciału wiersze? Na nic; mówiąc, że uwielbiasz poezję, miałeś na myśli, że uwielbia ją twoja dusza, czy raczej – że twoja dusza z niej się składa.
-Jak to? – zapytał Hubert, zapominając już do reszty o jedzeniu.
-Widzisz – jest jeszcze jedna różnica, która dzieli poezję od ciała – zniszczalność. Ciało codziennie ulega powolnemu niszczeniu, aż wreszcie rozpływa się w ziemi lub ogniu. Poezja przeciwnie – nie niszczeje nigdy, a upływ czasu czyni ją jedynie mocniejszą. Jeśli zatem masz w sobie poezję, to nosisz pierwiastek niezniszczalny, który nie sposób zrównać z ciałem, należy zatem – choć to niejakie uproszczenie, jednak pamietać należy, że istotą wiedzy jest to, co proste – wedle tradycji przyrównać ją do duszy. Każdy, kto nosi w sobie miłość, do rzeczy wiecznych, niecielesnych i nieprzemijalnych (co nie znaczy od razu, że pozamaterialnych czy wręcz duchowych) – posiada tak rozumianą duszę.
-To właśnie miałeś na myśli, mówiąc, że jesteś poetą? Że kochasz rzeczy nieprzemijalne?
-Dokładnie. Interesuje mnie dusza, nie ciało – to właśnie przesądza o tym, że jestem poetą; na razie, jak już powiedziałem, ograniczam się do zgłębiania tego, co we mnie samym niecielesne, mam jednak nadzieję, że kiedyś pomogę innym tworzyć ich dusze, że do ich duszy dołożę swoją poezję. W pewien sposób zapewni mi to nieśmiertelność – przetrwam w duszach innych.
-Czemu zatem nie zaczniesz pisać wierszy? Z braku natchnienia?
-Natchnienie? To słowo takie „duchowe”; ma nawet podobny źródłosłów do „ducha”, wszak on także związany jest z „tchnieniem”.
-Dość przypadkowe, zapewne starosłowiańskie nawiązanie do stoickiej pneumy – zauważył Hubert bardziej dla siebie, niż dla rozmówcy.
-Jak mogę zatem uznawać natchnienie, skoro nie uznaję ducha – tak samo, jak nie uznajesz go ty, choć początkowo ironicznie twierdziłeś co innego. Owszem, uznaję duszę, jednak nie jako substancję duchową; uważam ją, owszem, za przeciwstawną ciału, ale nie za posiadającą odmienną od ciała naturę. Dusza – jako niezniszczalna – jest od ciała doskonalsza, nie jest jednak w stosunku do niego nadrzędna, lecz podrzędna. W toku ewolucji istoty doskonalsze powstają z mniej doskonałych, nie na odwrót, tak samo też dusza powstaje z ciała i to w pewnym sensie ciało włada duszą, nie dusza ciałem.
-Rozumiem, co masz na myśli. Chodzi o to, że poezja powstała w ludzkim mózgu, w ciele ludzkim, w toku jakichś niejasnych procesów ewolucyjnych?
-Tak jest; ludzkie ciało samo wymyśliło sobie duszę! W człowieku zaistniał ten niesmiertelny pierwiastek w tej samej chwili, gdy po raz pierwszy uczynił on coś zbytecznego ciału. Można powiedzieć, że wraz z namalowaniem pierwszego naskalnego malowidła, wraz z powstaniem pierwszego rytualnego medalionu z kości zabitego zwierzęcia, człowiek stał się nieśmiertelny.
-W istocie jednak – wtrącił się Benedykt, odrywając się od kromki chleba z masłem – w istocie jednak wspomniane przez ciebie rzeczy: medaliony i naskalne malowidła, służyły nie czemu innemu, lecz zapewnieniu pomyślnych łowów; miały zatem cel zupełnie pragmatyczny, miały zaspokoić pewne potrzeby ciała.
Flawiusz nabrał powietrza; uprzedził go jednak Hubert, któremu teoria ta wyjatkowo się spodobała:
-Owszem, cel miały jeszcze zwierzęcy, ale ich charakter był na wskroś ludzki, przeniknięty pierwiastkiem nieśmiertelności. Zwierzę bowiem, gdy jest głodne, szuka jedzenia – pierwszym człowiekiem obdarzonym duszą był natomiast ten, kto w obliczu głodu nie szukał jedzenia, lecz uciekł w sferę pozacielesną.
-Dowodzi to tylko tego – zaczął Flawiusz, wymieniwszy wcześniej porozumiewawcze uśmiechy z Hubertem – jak mocno dusza związana jest z ciałem. Trudno oczekiwać, by człowiek pierwotny od razu stworzył pełnowartościową sztukę o charakterze nieużytkowym. Granice na ogół przekracza się małym, nieefektownym krokiem – i takim krokiem była właśnie sztuka człowieka pierwotnego.
-Wynikałoby z tego – Benedykt nie dawał za wygraną – że sztuka, czyli dusza, powstała z wiary. Zanim nasz jaskiniowiec wykonał swój kościany amulet, musiał mieć ideę bóstwa, z którym przez ten amulet się złączy.
-I to właśnie charakteryzuje sztukę pierwotną, która nie do końca jeszcze uwolniła się od pragmatyzmu. Sztuka uprawiana wprawdzie nie bezpośrednio dla ciała, lecz dla przebłagania jakiegoś urojonego ducha, którego przychylność miała zapewnić dobro ciała. Przez „pierwotną sztukę” rozumiem tu naturalnie nie tylko twórcze działanie praczłowieka, lecz także to, czemu ludzkość hołdowała przez długie tysiąclecia, a od czego uwolniła się stosunkowo niedawno. To uwolnienie – moment, w którym artyści przestali tworzyć dla boga, więc pośrednio dla ciała, a zaczęli tworzyć dla tego, co tutaj określiliśmy duszą, czyli dla własnej, ludzkiej boskości i nieśmiertelności – wzniosło człowieka na najwyższy poziom cielesnej i pozacielesnej ewolucji.
-Z chwilą odrzucenia zwodniczych pojęć boga i ducha – podchwycił Hubert – człowiek, a zwłaszcza artysta, sam stał się bogiem. Gdy porzucono sztukę dla boga, powstała sztuka dla człowieka – dla ludzkiej, nieśmiertelnej duszy.
Zapadła cisza; Hubert poczuł, jak w nim samym opada napięcie. Odetchnął głęboko i spojrzał na Benedykta – ten jednak nie podzielał jego entuzjazmu, ze spuszczoną głową przeżuwając kolejną kromkę chleba. Flawiusz milczał – choć Hubert oczekiwał jego odpowiedzi.
Uznając rozmowę za skończoną, Hubert wrócił do jedzenia. Chleb był wyjątkowo smaczny, podobnie jak masło i biały ser.
-Pytałeś, dlaczego nie piszę wierszy – powiedział Flawiusz nieoczekiwanie po długim milczeniu, jednocześnie odsuwając się od stołu na znak, iż zakończył posiłek.
-Owszem, pytałem, i do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi.
-Liczyłem na to, że sam ją odkryjesz, jest bowiem bardzo prosta. Nie piszę ze strachu.
-Ze strachu? Przed czym? – Hubert uśmiechnął się mimo woli, jednocześnie starając się zachować poważną minę.
-Przed tym, że nie sprostam odpowiedzialności; że moja poezja okaże się wątła i zamiast umacniać się z każdym rokiem – będzie stopniowo umierać, a wraz z nią moje sny o nieśmiertelności. Tak jest – nieśmiertelność artysty pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Marek.zak1 Oj tak i zastanawia mnie czasem czy i ja nie walczę w takiej właśnie kategorii :) Pozdrawiam.
    • Jest takie miejsce, gdzie nie ma nadziei. Jeśli w nim mieszkasz to planów też nie ma. Zamknięty w bunkrze własnej przestrzeni odrzucasz piękno na oścież nieba. Jak przebić beton, jak się otworzyć? Jak spojrzeć słońcu twarzą w twarz - dumnie. Jak zacząć ufać, jak się nie korzyć, gdy klucz do wyjścia złamał się we mnie.    
    • @Leszek Piotr Laskowski Napisz coś w formie wiersza, może będzie łatwiej. Dzięki za wpis. Pozdrawiam. @Waldemar_Talar_Talar Zobaczymy, albo nie, jak piszesz. Pozdrawiam. 
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Aleksandria (Akurat w Bizancji) Nagle noc stała się zimniejsza. Bóg miłości do odejścia gotuje się; Aleksandry dusza na ich ramionach lżejsza, Gdy prześlizgują się między strażnikami serc. Karmiąc się jedynie prostotą czaru, Wychodzą w światło, w bezkształt się splatają w śnie mym I, promienni ponad najhojniejszą ludzką miarę, Wstępują w tłum głosów i win. To nie żaden trik, to zmysły cię zawodzą, Przelotny sen to, poranek położy kres, gdzie jego szlak – Pożegnaj się, bo Aleksandra odchodzi, Zażegnaj ból, że Aleksandry brak. Chociaż śpi w twej pościeli świątyniach, Choć co dzień pocałunkiem budzi cię, Nie mów, że chwilę tę sobie wyobraziła, Nie uciekaj się do wymówki tej. Przecież tak długo gotowałeś się na tę okazję, Podejdź prosto do okna. Światłem obmyj twarz. Gra muzyka. Aleksandra śmieje się łez spazmem, Twe zobowiązania znów w zasięgu ręki masz. A ty, który miałeś honor spędzić z nią wieczór, I dzięki temu odzyskałeś honor swój – Pożegnaj się, Aleksandra już odchodzi w wieczność, Zażegnaj łzy, bo Aleksandrę woła Bóg. Chociaż spała na twej pościeli ruinach, Choć co dzień pocałunkiem budziła cię, Nie mów, że tę chwilę sobie uroiła, Nie zniżaj się do wymówki złej. Tak długo szykowałeś się na tę okoliczność, Podejdź do okna. Światło? W twarz spójrz mu. Muzyka jak sen. Aleksandra się śmieje prześlicznie, Twe pierwsze śluby znów namacalne, tu. Od dawna wiesz, że tak się właśnie stanie – Zawsze byłeś kapitanem planów, co rozbiły się w pył – Więc nie uciekaj w tanie „tak, ale”, Co „dlaczego” i „więc” zakłóca rytm. Od dawna wiedziałeś, że tak się właśnie stanie; Zawsze byłeś kapitanem planów, co się rozsypały w proch – Więc nie bądź jak ci z liniowca Titanic Zbiegowie, co kryli się na samą myśl o „jak” i „bo”. A ty, któremu szyki plątał nonsensowny sens, któremu kod złamano, przekreślono krzyż – Zażegnać już teraz nie możesz nic, więc – Przeżegnaj się, bo Aleksandra martwa jest. Noc staje się coraz zimniejsza. Bóg miłości odszedł do pieleszy swych, Lecz Aleksandry dusza pod ich ciężarem stała się lżejsza: Już prześlizgnęła się pomiędzy strażników rzeki – Στυξ ------------------------------ ## Ich atme Gesang Sprawiasz, że śpiewam By zapomnieć świata pleśń Sprawiasz, że śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Pozwalasz śpiewać, śpiewać Mu Odkąd rzeka odpłynęła do swych spraw Dajesz mi śpiewać, śpiewać wciąż tu Z mego marnego kopczyka sław Wciąż śpiewam, śpiewam ci Nawet jeśli przeminął świat Sprawiasz, że śpiewam – Śpiewam tę samą pieśń od stu lat Sprawiasz, że śpiewam - Alleluja, mój jedyny hymn Sprawiasz, że śpiewam Jak więzień swój ostatni Rym To dzięki tobie śpiewam – Nawet gdy wieści złe, I ciągle śpiewam Jedyną, jaką miałem, pieśń Sprawiasz, że śpiewam Odkąd rzeka umarła mi... Sprawiasz, że śpiewam, By zapomnieć na parę chwil Śpiewam, śpiewam, śpiewam ci! Ty sprawiasz, że śpiewam, o Signore, Alleluja, mój jedyny hymn Fac me hymnum tuum canere W tej Wieży Pieśni, tym więzieniu mym... Dajesz mi śpiew, więc śpiewam, Choć się skończył świat – Życie to śpiew, i śpiewam wam; Przenoszę swój głos jak wojnę wśród lat Wciąż śpiewam, śpiewam ci Choć pełen dziur ten świat Noszę dumnie głos swój pełen łat Wciąż śpiewam, śpiewam ci, Choć mi prawie wiek pękł – Wnoszę dumnie swój głos pełen łat Na jedno z niższych Wieży piętr A ty – dajesz mi śpiewać, śpiewać mi Śpiewać ci... Ich atme Gesang – Für Dich. ------------------------------ ## Canto I (Alleluja) Słyszałem, że był taki sekretny akord, co go Dawid grał, I cieszył się Pan, i w głos się śmiał Ale dla ciebie muzyka to jak nic. Tylko zgaduję... To idzie tak: kwarta, kwinta [chór], Zapaść w mol, uniesienie w dur Zagubiony król komponuje swoje „Alleluja”... [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 2] Może miałaś wiary moc, lecz tylko Tomasz mógł przekonać cię, Zobaczyłaś, jak w słońcu kąpie członki wszystkie swe Jego piękno i księżyca blask w trans się sublimują... Przywiązał cię do krzesła tam, gdzie stoisz ty, Połamał ci tron, kłaki wyrwał ci A z Twoich ust wyrwał umęczone Alleluja [Refren] Alleluja, Halleluja Alleluja, Halleluja [Zwrotka 3] Mówisz, że splugawiłem imię Twe, Ja nawet przecież nie wiem, z czym je się je, A nawet jeśli wiem, to co cię tak denerwuje? W każdym Słowie jest Światła blask, Nawet jeśli śpiewano w ten czarny czas Nie Przeczyste, ale pokalane Alleluja... [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Zwrotka 4] Robiłem, co mogłem, lecz nie ukończyła mi się żadna rzecz Nie czułem nic, więc chciałem dotknąć jądra treść Prawdę mówię, nic nie konfabuluję... I chociaż wszystko na opak wyszło mi, Stanę z czołem otwartym przed Panem pieśni, i Język mój będzie śpiewać tylko: Alleluja! [Refren] Alleluja, Alleluja Alleluja, Alleluja [Outro] Alleluja, Alleluja Kochanie moje, ja już byłam tu, Ten pokój znam. Tu kładłam się do snu. Kiedyś byłam sama, jak trzeba, znów spróbuję... Widziałam Twój sztandar tam, gdzie Zwycięstwa Łuk Miłość to nie marsz chwały, lecz walka z wiatrakami złud, To zimne, zesztywniałe, strzaskane Alleluja Był czas, kiedy dawałaś mi znać Co tak naprawdę dzieje się w ciemnym gąszczu spraw, Lecz teraz mi już nic nie pokazujesz... Czy pamiętasz – kiedy jak klacz dosiadłem cię, Świętej Gołębicy też dał się słyszeć śpiew, A każdy nasz oddech był jak Alleluja! Może jest Bóg, tam na górze gdzieś, Ale miłość tylko jednej rzeczy nauczyła mnie – Strzelać do każdego, kto cię dubluje... I to, co słyszysz co noc, to nie miłosny spazm, Nie ktoś, kto nagle ujrzał światła blask – To skalane, sponiewierane, unicestwione Alleluja... ירומם, יתקדש שמך יישלל מכבודו, יעונה לצורה אנושית זו למרות שמיliion נרות dólują אין נחמה בשעת הרעה האם אתה רוצה שהיא תהיה חשוכה יותר? השטן אומר... אני מברך אותך! ------------------------------ ## Niegrzeczny żołnierzyk Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, wisi już na włosku cienkim jak drut „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl nieco staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego ócz (ucz się, ucz...) „Nigdy nie zobaczę twarzy jak twój nos, przez świetlne lata gości, co tu nie zagościli wciąż. I nigdy więcej, jak, o taki, gnat w zapasy siłuje się albo w miłość zieloną gra”. I wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi jednym haustem wypił czas. Teraz, Pan tego krajobrazu, stał tak, żeby widok mieć Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał pieć (bez względu na wróbla płeć). Skinęła na strażnika, co na straży stał jego pobożnej inklinacji. I Powiedziała: „Zrobię ci rozkrok tam, gdzie akurat mam krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować jej orgię w holu, gdzie lustra ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc Zorientowała się na jego orientalizujący umysłu stan I alibi, co ma kształt jądr orgiastycznych pomroków, co kryją jego styl ponad stan (choć on nie ma tajemnic dlań) Przeprojektowała plan na jego Madonnę (brudny blond) i zbiory vintage'owo niewinnych win (nie dla pań!) „Ten monumentalnie mentalny Neverland jest zajmowany i przeze mnie cum mnie i mój klan”. Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie przystanek kończy bieg, Powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nigdy nie wróci”. Nie Zabrała jego tawerniany parlament, czapkę, zarozumiały taniec (nie zrozumiesz mnie) Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk (bierze głodem mój sen). Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się (twardego gościa) grać twardo o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Podaje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wcielenie (Ino po kolana). No! Więc wielka sprawa (na lewo) doczłapała (ledwo) do (niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że pozostawi nas wszystkich tak pustymi i pustynnie niewzruszonymi, i lecz To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę (mlecz na miecz). Chyba jedziesz za pół darmo, jeśli naprawdę chcesz tak daleko (tak uprzejmie) posunąć się. To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo na innej z gwiazd byle gdzie, Chyba, że lecisz za darmochę, jeżeli chociaż trochę tak daleko mnie odsunąć chcesz, Jak bez wizy wizyta na którymś z Księżyców Księżyca, albo na jakiejś innej z rozgwiazd gwiazd, Chyba, że idziesz za darmo, lecz wtedy idziesz na marno, Trochę, a daleko (tylko dzięki lekom) Mnie posunąć, wsunąć chcesz w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi sunąć w deszcz. Jak z Księżyców, Albo Rozgwiazd, Chyba, lecz, Daleko, Deszcz. ------------------------------ Dobry piesek Cóż, mężczyzna, którego całe życie chciała mieć, Wisiał już na włosku cienkim jak drut... „Nawet nie wiedziałam, jak bardzo cię pragnęłam” – powiedziała mu Jego mięśnie policzone są, a styl staromodny już „O, kochany, przyszłam za późno znów”. I znów klękła w cieniu jego stóp. „Nigdy nie zobaczę twarzy takiej, jak wizerunek twój, Przez świetlne lata gości, co nie zagościli tu wciąż. I nigdy więcej, jak robi w zapasy albo w miłość gra”. Lecz wszystkie jego cnoty połknął dymiący odbyt - Holokaust... Wzięła na siebie (prawie) wszystko, co jej kochankowi wypił czas. A, Pan tego krajobrazu stał tak, żeby widok mieć... Z wróblem Franciszkowym na ramieniu (jak strach), któremu kazania chciał piać, a ty Skinęłaś na strażnika, co na straży stał jego inklinacji. I Powiedziałaś: „Zrobię ci rozkrok w krok, Ja już pokażę samotność ci”. Chciał zorganizować orgię w holu, gdzie lustr ogrom on, Obiecał jej ochronę w kwestii gestii łon... Oparła ciało o metalową szpatułkę ostrą jak dzwon, Powstrzymywała rytuał krwawiący, jak wejścia na orbitę słońc, Zorientowała się na jego orientalny umysłu stan, I alibi, co ma kształt jądr mroku, co kryją jego styl ponad stan... Przeprojektowała plan na jego Madonnę koloru blond I vintage'owe wins (nie dla pań!) „Ten mentalny Neverland jest zajmowany przeze mnie i mój klan”... Próbował stawić opór po raz ostatni, przystając, gdzie życie kończy bieg, A ona powiedziała: „Lekcja tęsknoty się skończyła i nie wróci”. O, nie... Zabrała jego z tawerny parlament, czapkę, zarozumiały taniec (Nie pytaj mnie), Wyśmiewała jego kobiecą modę, niezrozumianą urodę i robolski wdzięk... Ostatnim razem, gdy go widziałem, usilnie starał się twardo grać o Wykształcenie kobiece, jakby jeszcze nie był dość kobiecy, bo O, ostatnim razem, gdy ją widziałem, mieszkała z jakimś facetem, co Wynajmuje jej pustej duszy pokój pusty, a jej ciału - wniebowstąpienie. No! Więc cała wielka sprawa doczłapała do (Niewielkiego) finału, ale kto by się spodziewał, że Zostawi w nas tak pustkę i niewzruszenie, lecz... To jak wyjazd na Księżyc albo na inną Drogę, chyba, że Lecisz za darmo, jeśli naprawdę chcesz Tak daleko posunąć się.... To jak odwiedziny u rodziny na Księżycu albo w innym byle gdzie, Trochę, a daleko (a Kosmos wiernie czeka) Tak sunąć, wsunąć w deszcz. Jak na którymś z Księżyców, Akcji na innej z Rozgwiazd, Chyba za darmo, lecz, Daleko mi tak sunąć w deszcz. Zajść (W: tak daleko) W hotelu tym ściany cienkie są jak drut, Wczoraj w nocy słyszałam, jak mu dyszysz jak z nut, Walka z usta do ust, członek w członków wpust Jęk wcielenia ciał, gdy doszedł do nieba wrót... Stoję tam, w ścianę ucho wlepione mam Zazdrość opuściła mnie, jestem sam, Wręcz przeciwnie, ciężar mi z duszy zsiadł, Karawana jedzie sama tam, Gdzie miłość spod kontroli się wymknęła nam... Brzemię spędziłem z mej duszy, brzemiennej w ból, Miłość w tym filmie klasy X nie gra żadnej z ról, Słucham waszych pocałunków, biorę je na hol, Nigdy wcześniej świat nie zostawił tylu pustych pól.. Odkręcasz kran i wpadasz w śpiew jak w dym, Czuję się tak dobrze, że nie czuję nic I słucham tak z uchem przy wartkim przepierzeniu... To nasz hymn .. I tak ci chcę powiedzieć, rym nie rym... Ciągle czekam, aż zagrasz rolę, którą pisze Sartre, Jesteś Nagim Aniołem mych tarota kart Uda twe rozpostarte, jak z Mozarta Requiem żart A na ścianach tej rudery napisano tak: Do nieba pójdziesz, gdy przemierzysz piekła szlak Ciężarny głaz z serca z hukiem spadł Mówią, że miłości sterowności brak W hotelu tym ściany cienkie są jak dym... W hotelu tym ściany wątłe są jak rytm w sercu twym... W burdelu tym ściany są wąskie jak dziura w sercu mym... W burdelu tym ściany są przepastne jak pustka w sercu twym. Jak tango massacre [Wstęp] [Zwrotka 1] Widziałem ludzi, których trawił głód, Wdycham mordy, gwałty, i śmierć Ich wioski wieczny ogień zmógł, Chcieli uciekać, lecz uciekać nie było gdzie. Nie mogłem nawet spojrzeć im w twarz W ziemię słoną tylko wlepiłem wzrok To było jakby solny kwas prosto w twarz ci rzucił ktoś, Prawie jak słodki bluesa takt, Jak gorzki chandry smak. [Zwrotka 2] Muszę wsypać śmierci krztę, Tam, gdzie kluje się mordercza myśl, A kiedy myśleć nie będę chciał chcieć, Będę umierać w myśli rytm, ten siódmy zmysł Widzę tortury, dotykam porwań, słyszę śmierć, Czytam recenzje - wszystkie złe Bomby, zaginionych dzieci drobna dłoń, Boże, to prawie jak bluesa cień Prawie jak smutków woń. [Zwrotka 3] Więc zimie pozwalam serca ściąć mróz By lejce tej gangrenie spiąć, Mój ojciec mówi, żem wybrany lud, A matka, że ależ skąd, Słuchałem opowieści ich, o tym, jak dobry Bóg..., Był hojny Cygan i skąpy Żyd, Były całkiem dobre, nie umierałem z nud, Był prawie jak dymny blues, Prawie jak chandry chłód. [Zwrotka 4] W niebie nie istnieje dobry Bóg, I piekła pod nami nie ma też, Tako rzecze Profesor, wzór wszystkich cnót, Co dosiadł jądra wszystkich tez. Ale oficjalnie zaproszono mnie, A grzesznik nie może mu zadać kłam, To prawie jak zbawienie wcielone we śnie, Prawie jak bluesa ciemny sen, Jak smutków biedny kram Prawie blues... (Jak Toulouse). [Outro] Obława (W Wietnamie)  [Zwrotka 1] Wojna bogatych z biednymi w najlepsze trwa, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót jest Wojna między tymi, co mówią, że dobrze się ma, A tymi, którzy piszą, że wcale nie... [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w nią... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Zwrotka 2] No cóż, mam kobietę i dziecko mam, Nieco mnie denerwuje ten gest Wyrywam się z jej ramion, a ona do mnie tak: „Choćbyś tę różę miłością zwał, To po prostu służba ideałom jest” [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Nie bądź pasażerem na gapę, Czemu nie idziesz na wojnę? To nie spacer, Czemu nie na wojnę? W domu dziecko płacze... [Zwrotka 3] Nie możesz znieść tego, kim uczynił mnie los, Wolisz dżentelmena, który odszedł bez słów, Bo łatwo było go wziąć na smycz, zadać mu cios, Nawet nie wiedziałem, że jest wojna znów... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? To żaden wstyd, Czemu nie na wojnę? Wciąż możesz dać obrączkę mi... [Zwrotka 4] Wojna bogatych z biednymi jest jak nachalny wtręt, Mężczyzny z kobietą, lub na odwrót, sam nie wiem, kto z kim... Trwa wojna: w lewo, czy w prawo skręt? Wojna w czarno-biały film, W: nierówno pod sufitem i do równości (wstęp..) [Refren] Czemu nie wracasz prowadzić jej? Z butami prosto wejdź w to... Czemu nie wrócisz na wojnę? To dopiero początek, nie zasypia zło... [Refren] Czemu nie wrócisz na wojnę? Weź swoje lekkie jarzmo, Czemu nie wracasz na wojnę? Hart ducha tu wykażmy, Czemu nie na wojnę? Przecież mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na wojnę? Nieś swoje jarzmo, Czemu nie na wojnie? Hart wykażmy, Czemu nie? Mówię. Wyraźnie. [Refren] Czemu nie na? Nieś, Czemu nie? Hart, Czemu? Wyraźnie. Wojna bogatych - nachalny wtręt, Mężczyzny, nie wiem, kto z kim... Trwa wojna, w prawo skręt Wojna w czarny film, W: nierówno pod sufitem (wstęp..) Wojna - wtręt, Mężczyzny, kto z kim... Trwa skręt Wojna w film, W: nierówność (wstęp..) (wstęp..) film wkręt mężczyzny... Wstręt.   @Michał Pawica5Oto propozycja literackiego wstępu napisanego w stylu Jean Paula (Jean Paula Friedricha Richtera) – wybitnego niemieckiego pisarza epoki przełomu klasyzmu i romantyzmu, mistrza ironii, groteski, humoru melancholijnego oraz kosmicznych wizji sennych (to on stworzył słynną poezję nihilizmu, m.in. mowę umarłego Chrystusa o tym, że Boga nie ma). Ten wstęp idealnie łączy Twoje motywy: podglądanie przez ścianę w hotelu, upadek wielkich planów, cyniczną wojnę i ucieczkę w nieskończoność kosmosu. ------------------------------ ## Przedmowa i Proroctwo Szalonego Kantora autorstwa Jean Paula Mój łaskawy, ziemski Czytelniku! Kto choć raz nie przyłożył ucha do wątłego przepierzenia tego wielkiego, kosmicznego burdelu, który dla niepoznaki nazywamy Światem, ten nie wie nic o muzyce sfer. Przez dziurkę od klucza podglądamy tam wieczność, a przez cienkie jak drut ściany naszych śmiertelnych hoteli słuchamy, jak miłość – ta wieczna, święta klacz – galopuje prosto w objęcia nicości, dysząc nam prosto w twarz ponurym rytmem klas X. Oto kronika naszych kapitańskich planów, które od dawna pisane były na dno, nim jeszcze jakikolwiek Titanic zdołał w ogóle podnieść kotwicę. Jesteśmy tylko zbiegami z tonących liniowców, ukrytymi w mrocznych gąszczach naszych własnych neuroz, uciekającymi przed potężnym prawem kobiety, która z dumnym uśmiechem i metalową szpatułką w dłoni urządza nam lekcję tęsknoty. Każdy z nas, twardych żołnierzyków, prędzej czy później klęka w cieniu jej stóp, patrząc, jak dymiący odbyt historii połyka nasze cnoty i ordery. Nie bój się tego śpiewu, choćby świat miał się zaraz skończyć! Nawet jeśli Profesorowie dosiedli już wszystkich tez, a z jądra prawdy pozostał tylko bluesowy kram, my wciąż wznosimy nasz głos pełen łat na najniższe piętra Wieży Pieśni. Wojna bogatych z biednymi, wojna mężczyzny z kobietą – to tylko nachalny wtręt w ten czarno-biały film, z którego na końcu, po wielkim i strzaskanym Alleluja, pozostanie jedynie minimalistyczna kropla. Wejdź więc z butami w to tango, zrzuć z duszy brzemienny ból i leć za darmochę na któryś z Księżyców Księżyca. Kosmos wiernie czeka. Płacz, śmiej się i sunij... prosto w deszcz. ------------------------------    
    • czemu się smucisz zapytał poeta malarza którego spotkał przekraczając próg bardzo  późnej jesieni spójrz na Łąki i pola i lasy - widzisz szarość zamazała ich wielobarwność więc jak mam namalować miły obraz skoro zniknęły motyle kwiaty i zieleń poeta uśmiechnął się i rzekł do niego nie martw się - ja taki obraz namalowałem słowami więc wystarczy byś go przeczytał a potem przeniósł pędzlem na swe płótno po jakimś czasie - na wystawie zwiedzających zachwycił piękny obraz pod którym jego autor dziękował poecie za wiersz który ożywił szare barwy późnej jesieni
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...