Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
W sprawie zajęcia

1) U Profesora - III-ci raz

Przyszedł pięć minut przed czasem. Krzesła przed gabinetem były zajęte. Chorzy czekali chwaląc się swymi przypadłościami. Wahał się - wejść - nie wejść. Wtem drzwi z klamką z jednej stromy otworzyły się; usłyszał swoje nazwisko. Wszedł witany przez sekretarkę - była starsza od swego głosu - widział ją wcześniej, słyszał w telefonie, teraz słyszał oraz widział:
-szefa jeszcze po obchodzie nie ma; zechce pan spocząć.
Usiadł we wskazanym przez kobietę fotelu. Pamiętał wczorajszą rozmowę; nastawił się na długie siedzenie. Nie dane mu było czekać.
Sygnał poderwał niewiastę zza biurka. Otworzyła wpuszczając człowieka w białym fartuchu. Od razu zauważył Pawła, nakazując mu gestem zajęcie fotela przed nim, przy drugim meblu biurowym. Zostali sami, gdy pani wyszła usprawiedliwiając się:
-idę kupić coś do jedzenia.
Celowo wyszła - pomyślał.
Profesor wyjął z szuflady dwie, oznaczone karteczkami, buteleczki; potrząsnął nimi; postawił na blacie.
-Nasze dzieło. Mam asystenta, wykształconego plastyka - zrobił te naklejki, żeby było ładnie.
Paweł spoglądał na butelkę oznaczoną potężnym "nosem"; na drugą - ozdobioną wielkim "jęzorem".
-To na prawdomówność czy milczenie? - zapytał z uśmiechem.
-Na prawdomówność - po łyknięciu kilku kropli, człek mówi "prawdę, całą prawdę, tylko prawdę".
-Phi. W każdym barze to serwują bez recepty! - zaryzykował dowcip.
-Dobra. Zostawiamy to! Idziemy do baru - szef był widocznie wesoły.
-Jedno oraz drugie powinno działać około sześciu, a nawet siedmiu godzin. Dziesięć minut na zadziałanie - więcej niż poprzednio. Coś za coś. Chyba funkcjonuje. Ale nie mieliśmy na kim wypróbować - kontynuował.
Paweł przezornie schował buteleczki do kieszeni.
-Ile to może kosztować? - spytał.
Profesor machnął ręką.
-Nie stać pana na te specjały; jednostkowa produkcja, rozumie pan. Musiałem przyjąć pana fikcyjnie do szpitala. Jeżeli wypali praca, o której wspominałem, kupno następnej porcji będzie drobiazgiem. Mam umówić Ryśka na jutro?- umilkł czekając na odpowiedź.
Paweł skinął potakująco głową.
-Nasza znajomość... - ciągnął lekarz.
-Chodziliśmy razem do szkoły; on bił mnie ja jego; zawsze pytał czy nic mi, ja czy jego nic nie boli - pewnie dlatego zostałem lekarzem. Rysiek pracuje w komendzie, na komendzie głównej - pracuje to dużo powiedziane raczej pobiera wynagrodzenie udając kogoś ważnego. To jak?
-Jutro mam wolne, muszę tylko zadzwonić do człowieka, który zaoferował mi zajęcie - chyba może pomóc w sprawie dozowników. Jeszcze jedno - zauważyłem, że zimna, gorzka herbata to płyn, który mogę pić bez bólu. Herbatę mogę, wody nie - coś musi w tym być.
-Głównym składnikiem obu naszych mieszanek jest teina, herbaty też - jak z Ryśkiem nie wypali, przyjmę pana do pracy w naszym zespole za marne pieniądze. Mamy plastyka to dla polonisty się coś znajdzie - człowieka w białym fartuchu nie opuszczał dobry humor. Przeszedł do biurka sekretarki żeby zadzwonić. Wystukał numer z pamięci.
-Rysiek? Pan Paweł będzie u ciebie jutro. Ma zajęcie. Do ciebie przyjdzie tylko dlatego, bo mnie lubi; raczej moje wyroby. O której?
Zaraz zapytam. Może pan o wpół do jedenastej? - lekarz zwrócił się do niego.
Kiwnął głową potakująco, zastanawiając się jaki los zgotuje mu tajemniczy kolega lekarza. Swoją drogą - ciekawe dawać się tak unosić bystrzy zdarzeń i tylko uważać, by prąd nie przygonił zbyt blisko brzegu. Płynąć, płynąć - banalne - ale płynąć; z prądem nie przeciwstawiając się wydarzeniom, dając szansę oczom na nieznany widok... Fascynujące.
Siedzieli naprzeciw siebie nie będąc przeciwnikami. Coś się zmieniło od pierwszego spotkania.

Sekretarka wróciła obładowana zakupami:
-wracając, wpadłam do sklepu.
-Z góry czy z boku? - dociekliwie pytał profesor.
-Z boku! - odpowiedziała wydymając usta.
-Z góry? - musiałabym w drodze prosić pańskich kolegów od kości o pomoc.
Paweł wstał.
-Do usłyszenia, do zobaczenia; dam znać, jak rozmowy o pracy.
-Wpadnie pan z góry, z boku, czy zadzwoni? - zapytał biały.
-Jak pan woli profesorze.
-Wolę popatrzeć niż gadać do dobrze schowanego mikrofonu. Jak pan może i chce przyjść, niech pan przyjdzie.
-Dobra! Jak nic nie przeszkodzi - przyjdę. Wcześniej dam znać - Paweł czuł się mniej jak pacjent, bardziej jak kolega. Po drodze do wyjścia przeskakiwał stopnie czując się lekko. Ciekaw był - co ten w fartuchu miał na myśli, mówiąc, że drobnostką będzie dla niego zakup następnych porcji specyfiku. Na odpowiedź musi poczekać do jutra. Reszta dnia upłynęła mu na banalnych czynnościach codziennych.

2) Spotkania z Ryśkiem i ich skutki

Poranne wstawanie przeniosło się na szóstą - nie mógł spać z emocji przed wizytą u Ryśka (używał w myślach takiej samej formy jak człowiek w bieli). Nawet dobrze, bo ubierał się starannie - jak gdyby od tej rozmowy zależało jego przyszłe życie - jakoś zależy - pomyślał patrząc nerwowo na zegarek. Zaskoczenie wielkie - miejsce pracy Ryśka - policja. Kojarzyła się zawsze dotąd z ograniczeniami; teraz będzie? kojarzyć się z dniem powszednim, z miejscem pracy (jeżeli go zechcą). O ósmej był gotów, nie wiedział co począć z pozostałym czasem. Wcześniej (wczoraj) postanowił zaszaleć - pojechać taksówką. Miało to również zaletę ze względu na węch. Mimo skuteczności profesorskiego środka, wolał szybko załatwić sprawy, by wrócić do domu. Nowe mieszanki były bardzo skuteczne - węchowa działała nawet dłużej, niż w zapowiedzi - prawie osiem godzin; musiał przez nią oglądać nudny film chcąc określić empirycznie czas działania. Problemem pozostawał sposób pobierania leku; wygodna byłaby chyba forma jakiegoś aerozolu, nie jak poradził mu wczoraj lekarz - używanie tipsów do pędzlowania nosa od środka. Chciał zadzwonić do grubego, ale po wizycie u Ryśka. Będzie wiedział gdzie pracuje, będzie wiedział więcej. Wezwał taxi telefonicznie - podjechał, a raczej podleciał dziwny pojazd bez kierowcy, widział to przez okno z mieszkania - najnowszy wynalazek w dziedzinie transportu miejskiego, podobno bardzo bezpieczny w porównaniu z innymi miejskimi środkami przemieszczania, chodzenia na piechotę nie wyłączając. Do windy, drzwi budynku uchyliły się na jego widok - podszedł do pojazdu, który na przedniej oraz bocznej szybie wyświetlał jego imię i nazwisko. Kształt tradycyjnego samochodu pozostał podobno tylko ze względu na ludzkie przyzwyczajenia oraz opinię szefów marketingu firm przewozowych. Dotknął taksówki delikatnie - ta otworzyła się niczym wielki orzech, zapraszając go do środka. Wsunął się nieufnie - rezerwa wobec tych komputerowych cudeniek nie opuszczała go, opadł na wygodną kanapę. Nie musiał podawać drugi raz adresu docelowego, nie musiał także płacić. Maksymalna redukcja kosztów przy minimalnych nakładach. Taksówki trzeba wymieniać na nowsze. Pojazd zamknął się; otworzył po przybyciu do celu. Mógł podziwiać przemykający za oknami krajobraz - wymagało to jednak fatygi wydania polecenia "pokaż!", a wiedział z poprzednich doświadczeń, że ujrzałby tylko nieco zakłócone linie poziome lub jednolicie szarą masę. Wolał dumać dalej, co go czeka w czasie i po spotkaniu z Ryśkiem. Wielkie gmaszysko, przypominające piramidę otoczoną parkiem zamiast piaskami, zapraszało szerokimi, ciągnącymi się od ulicy do drzwi schodami przecinanymi wygodnymi, stworzonymi ku pomocy wchodzących poręczami. O wadze tych poręczy miał się wkrótce przekonać. Po stopniach wbiegł nie tykając ich, drzwi puściły go bez wahań, minął umundurowanych; uzbrojonych ochroniarzy, wsiadł do windy. Dotknął numeru osiem... nic, dotknął mocniej - nic. Zdenerwował się; zmienił windę - też nic.
-Może panu pomóc? - zapytał uprzejmie ochroniarz.
Za nim stało dwu uzbrojonych kolegów, a trzeci spoglądał czujnie w ich stronę od pulpitu dyżurnego.
-Dziękuję. Te windy są chyba zepsute.
Wyszedł z windy mijając jakąś kobietę. Położyła palec na świecącym kwadraciku, drzwi zamknęły się. Spojrzał błagalnie na ochroniarza:
-Co jest? Mnie nawet nie drgnęła!
-Podejdzie pan do dyżurnego? Wyjaśnimy sprawę.
Ruszył do pulpitu w eskorcie dwu ochroniarzy. Uprzejmy pozostał koło wind. Pewnie sprawdza - co nawaliło? - pomyślał. Zatrzymał się przy pulpicie.
-Jestem umówiony, wsiadam do windy, naciskam właściwy kwadrat i nic! - denerwował się.
-Nacisnąłem wszystkie w jednej windzie, w drugiej i nic!
-Pan u nas pierwszy raz? - spytał ochroniarz zza pulpitu.
-Pierwszy.
-Proszę położyć rękę tutaj - mundurowy wskazał na ciemnoszary kwadrat.
-Którą?
-Tę, którą pan naciska.
-To prawą.
Położył rękę we wskazanym miejscu.
-Teraz niech pan spokojnie idzie do wind. Kolega pana odprowadzi.
Ruszył do kabin w towarzystwie raczej nieuzbrojonego policjanta, wsiadł do pierwszej z brzegu windy, musnął ósemkę i... drzwi zamknęły się; ruszył w górę. Policjant został na dole - uprzejmi są - pomyślał Paweł.
Nim zdążył przemyśleć sytuację drzwi otwarły się - piętro ósme usłyszał melodyjny głos automatu. Długi korytarz biegł od wind w obie strony ale tylko w lewo, tam miał iść, ściany sufit i podłoga były podświetlone. Szedł pustym korytarzem - za nim robiło się ciemno. Kiedy doszedł do pokoju 892 świateł za nim nie było, przed nim też. Mógł tylko wejść na umówione spotkanie. "NACZELNIK DZIAŁU ZAOPATRZENIA" - widniało na podniszczonej tablicy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...