Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

WSTĘP

Wracam po dłuższej nieobecności na forum literackim interklasy. Postanowiłem na razie "zawiesić" "karierę :)" poetycką, zrażony nie za dobrymi wynikami moich eksperymentów i "przesiadam się" na prozę. Będzie to mój debiut na Prozie, więc trzymajcie kciuki :). Zaczynam z grubej rury, czyli pierwszą częścią cyklu pt. "Rozbitkowie".

Planuję na razie z 10 części (no, z grubej rury zaczynam :)), jak się wam spodoba, to może będzie więcej. Jeśli się okaże, że "Rozbitkowie" okażą się gniotem całkowitym, jak niektóre moje wiersze :), to ten cykl porzucę i pójdę topić smutki... :).

O czym będą "Rozbitkowie"? Jak sam tytuł wskazuje nie będzie nic o hodowli różowych królików na Grenlandii. Będzie to cykl przygodowy z zaskakującymi zwrotami akcji, trzymający w napięciu (oby mi się udało...) i z ciekawą intrygą. Czy to wszystko się uda? O tym najlepiej przekonać się czytając. Zachęcam do komentowania. Miłoby było, gdybym w porę dowiedział się, czy cykl ten jest dość dobry. Jeżeli ktoś będzie miał jakieś uwagi i zastrżeżenia natury technicznej, to pisać o tym w komentarzach. Gdyby ktoś wpadł na pomysł jakiegoś ciekawego wątku (ale to nieco później, bo się cykl musi "rozkręcić"), to prosić o mój numer GG czy coś, i wtedy z chęcią wysłucham i być może umieszczę czyjś wątek w cyklu (oczywiście, jeśli nie będzie odstawał od całości cyklu).

Postaram się pisać często :), ale to zależy od powodzenia cyklu. Więc trzymajcie kciuki, bo możecie mieć coś ciekawego do czytania :).

Tytułowi "Rozbitkowie" będą ludźmi z różnych stron świata, często kryjącymi różne tajemnice. Uświadczymy miłość, nienawiść itd., itp., a to wszystko w dość nietypowej scenerii.

Na 100% pojawią się wobec mnie zarzuty, że żeruję na popularności serialu "Lost: Zagubieni". Ale to nieprawda :) Nie kopiuję wszystkich rozwiązań z "Losta", a cała historia jest nieco inna. Stawiam na to, by cykl ten był cholernie wciągający i ciekawy. I to jest i będzie dla mnie najważniejsze podczas jego tworzenia.

Postawiłem przed sobą ciężkie zadanie. Mam nadzieję, że sprostam, a wy mi pokibicujecie. :)

Kończę ten przydługaśny wstęp i przechodzę do sedna sprawy. Na początek prolog. Po przeczytaniu komentujcie, bo jak nie będziecie to nie będzie następnych części :P



Jedziemy...


ROZBITKOWIE cz. 1 - Prolog

Nowoczesny liniowiec płynął przez ocean. Jednak statek ów nie był za wielki. Zabierał około setki pasażerów. Jednak nikt z pasażerów nie zastanawiał się, dlaczego rejs z Sydney do San Francisco odbywa się na tak małym statku. Okręt oferował dużo luksusu. Najbardziej korzystali z niego najbogatsi pasażerowie, którzy zajmowali kajuty na górnych pokładach. Na pokładach nieco niżej położonych znalazło się miejsce dla tych nieco biedniejszych. Najniżej były kajuty dla "przeciętnych" obywateli Stanów Zjednoczonych. Rejs ów był pierwszym, jaki ten statek miał zaszczyt odbyć oraz pierwszym zorganizowanym na nowej linii żeglugowej przez nowopowstałą firmę Transpacific Travel z siedzibą w San Francisco.

Statek miał kilka luksusowych atrakcji - basen na jednym z górnych pokładów, salon gier, kilka sklepów z pamiątkami, a także dość sporej wielkości salę kinową. O południu zaczął się seans filmowy. Pokazywano najnowszą hollywoodzką superprodukcję o piratach. Plejada gwiazd i gwiazdeczek, olśniewające reklamy w telewizji, przychylne recenzje krytyków - to wszystko skłoniło Johna Dempseya do obejrzenia rozreklamowanego filmu. John zakupił bilet i zajął miejsce na sali.

Wreszcie film się zaczął. Według Johna pierwsze dwadzieścia minut filmu było nawet niezłe. Jednak nie wszyscy twierdzili tak samo. "Za wolno się rozkręca" - powiedział niewyraźnie jakiś mężczyzna siedzący kilka rzędów przed Johnem do swojego sąsiada. Wzbudziło to śmiech wśród kilku widzów, ponieważ wypowiedź niezadowolonego kinomaniaka brzmiała dość komicznie. A to z powodu jego ust wypchanych po brzegi popcornem. Naprawdę ciężko mówi się mając wypchane usta. Gdy śmiechy już ucichły, a na ekranie okręt piratów wpływał do karaibskiego portu, uwagę widzów zwróciło co innego.

Łysy mężczyzna stał na skraju sali kinowej, trzymając prawą rękę na ścianie.

- No to teraz szybko się rozkręca... I to na dobre. - powiedział ironicznym głosem.

Wszyscy obecni na sali patrzyli na niego ze zdziwieniem. Niektórzy z siedzących bliżej tajemniczego jegomościa zaczęli zdawać sobie sprawę, co się dzieje. John Dempsey, który siedział na końcu rzędu za nim wstał i również dotknął ściany. Uzmysłowił sobie, że to co się mu wydawało dzieje się naprawdę. Poczuł drgania, dochodzące jakby zza ściany.

- Co się dzieje? - zapytał czarnoskóry pasażer z dreadami na głowie, siedzący za Johnem.

- Co się dzieje? - zaniepokojony John zapytał łysego pasażera.

Ten na chwilę zamilkł, patrząc się głęboko Johnowi w oczy. Po chwili namysłu dał Johnowi sygnał, żeby się zbliżył, tak jak "woła się" kogoś za pomocą palca wskazującego. John podszedł do niego, a za nim facet z dreadami. Łysy zaczął szeptać Johnowi do ucha:

- Coś niedobrego dzieje się ze statkiem, to chyba silnik, albo turbina. Byłem kiedyś marynarzem. Załoga powinna się już zorientować. To może być groźne. Na sto procent zaraz zaczną szykować szalupy ratunkowe, bo nikt nie wie, co może się wydarzyć, gdyby tego nie naprawili. Ktoś pójdzie powiedzieć na górę, temu co taśmę puszcza. - mężczyzna z dreadami niepewnie poszedł w stronę schodków na górę. - Nie możemy dopuścić, by ludzie spanikowali, to pewna śmierć. Wyjdźmy na zewnątrz, zobaczymy co się tam dzieje.

John wraz z byłym marynarzem wyszedł z sali.

- Ty tu zostań, powiadom kogoś z załogi. - łysy nakazał Johnowi.

- Aaa... Jeszcze jedno... Jak się nazywasz? Ja jestem John Dempsey.

- Garrison. Idź powiadom kogoś z załogi, szybko!

Łysy udał się w stronę burty. Zatrzymał się, rozglądając się niespokojnie dokoła.

Tymczasem John pospiesznie udał się w drugą stonę, szukając kogoś z załogi. Natknął się na jakiegoś niskiego rangą marynarza.

- Niech pan poczeka! Wie pan co się dzieje? - zapytał John.

- Za parę minut będzie tu panika jakiej w życiu nie widziałem. Mam nadzieję, że pan chociaż nie spanikuje.

- Jeden pasażer, jakiś Garrison, były marynarz, podejrzewał, że to coś z silnikiem albo z turbiną. Co się dzieje?

- Dzieje się coś złego w pomieszczeniu, gdzie był silnik.

- Da się to naprawić?

- Nie wiem, proszę pana, proszę nie panikować.

- Będą szalupy, da się uratować ludzi?

- Proszę nie panikować, wszystko będzie dobrze.

- Jak mogę pomóc?

- Niech pan biegnie do pomieszczenia, gdzie jest silnik, jakby ktoś się pytał, to pan powie, że przysłał pana Sasza, bo chce pan pomóc. Zna się pan na mechanice?

- Trochę.

- Ale zawsze się pan przyda, załoga powie panu co robić. Niech pan leci, ja idę po kogoś do pomocy.

John pobiegł po schodkach w dół. Zatrzymał go jakiś marynarz.

- Sasza mnie przysłał, chcę wam pomóc.

- Ma pan może jakąś siekierę, czy toporek strażacki, widział pan gdzieś ją? Nasza się gdzieś zapodziała. Drzwi do pokoju z silnikiem się zaklinowały i tu pomoże tylko siekiera. W środku jest dwóch załogantów. Pan biegnie na górę, poszuka czegoś.

John biegł spowrotem na górę. Biegł wzdłuż burty, rozglądając się dokoła. Nagle uświadomił sobie, że nigdy nie znajdzie siekiery pośrodku pokładu, nikt nie kładzie jej tak by wszyscy ją widzieli. Przypomniał sobie, to co podsłuchał parę godzin temu i gwałtownie zmienił kierunek. Teraz biegł w jednym, konkretnym kierunku, do konkretnej kajuty. Gdy dotarł do celu, zapukał do drzwi, mając nadzieję, że ktoś otworzy. Miał szczęście - po chwili drzwi otworzył wysoki, mocno umięśniony mężczyzna o ciemnej karnacji. Był on Cyganem, co można było rozpoznać z daleka.

- Panie Wasyl, ja potrzebuję pańskiej pomocy. - powiedział niepewnie John.

- Kim pan jest? - zapytał Wasyl.

- Przysłała mnie załoga. Niech pan posłucha - lada chwila statek może nawet zatonąć, coś złego dzieje się z silnikiem.

- Co pan wygaduje? - Wasyl nie krył zdziwienia.

- Potrzebny jest mi pański łom. Widziałem, że go pan ma. Niech się pan nie denerwuje, ja nic nikomu nie powiem. Pewne drzwi się zaklinowały, a trzeba je jakoś otworzyć. Mógłby pan pójść ze mną, zaprowadzę pana, weżmie pan łom. Razem otworzymy te drzwi.

- Mam nadzieję, że nic nie kombinujesz. Wiesz, ja nie przepadam za "gumowymi uszami".
Mężczyźni zeszli na dół.

- Mamy łom. - powiedział John.

- A co to za jeden? - zapytał marynarz.

- To jest Wasyl, on zna się na tym.

Trzej mężczyźni podeszli do zaklinowanych drzwi.

- Mam to otworzyć? - zapytał Wasyl.

- Jeśli da pan radę. - odpowiedział marynarz.

Wasyl zaczął działać. Męczył się przy tym bardzo - drzwi były dość masywne, z grubej blachy.

Nagle pojawił się marynarz Sasza wraz z jakąś kobietą i z innym marynarzem.

- Kapitan mówi, że będziemy płynąć dalej. - oświadczył Sasza.

- Co?

- Kapitan wie co robi. - uspokoił Sasza.

- A co to za jedna? - zapytał marynarz.

- To pasażerka, mówi że jest lekarką. Może się przydać.

- No i jak tam, panie Wasyl? - zapytał marynarz.

- Ciężko. Obawiam się, że łomem tego nie weźmie.

- Niech się pan postara, tam są dwaj załoganci. - powiedział marynarz. - Aaa... Jak się pan nazywa? - zapytał Johna.

- John Dempsey.

- A pani?

- Mary Johnson.

- Ja jestem Wilbur. To jest Sasza, a tamten to Trevor. - powiedział marynarz.

- A ja jestem Terry Garrison. - do towarzystwa dołączył były marynarz.

- Terry, kupę lat cię nie widziałem.

- Sasza Michajłowicz? To ty? Byłeś ze mną na Omedze?

- Tak to ja.

- Kto to jest? - zapytał Wilbur.

- Terry Garrison. Służyliśmy kiedyś razem w marynarce.

- Aha. No to się przydasz, Garrison. Na razie to ja tu jestem najwyższy stopniem. - odparł Wilbur.

- Nic z tego nie będzie! Nie da rady wziąść tego łomem. - krzyknął Wasyl.

- Cholera! To dwaj bidulce będą musieli zginąć? I nie dowiemy się, co się dzieje ze statkiem. - zdenerwował się Wilbur.

- Trzeba powiadomić kapitana. - powiedział Garrison.

Trevor pobiegł po schodach na górę. Jednak wywrócił się na nich i zjechał na dół.

- Cholera jasna! Do tego jeszcze sztormu brakowało.



c.d.n.
Opublikowano

Widzę, że chęci duże, niestety zdolności brak. Tekst jest strasznie nudny. Poczatek tragiczny, same powtórzenia, zupełnie jakby autorowi brakowało słów. Dalej tylko dialogi, jeśli tak je można nazwać. Czyta się to wszystko źle. Jeśli za miesiąc to przeczytasz, sam uznasz Rozbitków za nieporozumienie.
Radze zostawić ten "ambitny projekt" i napisać jakieś krótkie opowiadanie. Potem następne i jeszcze jedno. Jeśli zobaczysz postęp, możesz wziąść się za coś większego.
Jak zobaczyłem tytuł, oczywiście pojawił mi się w głowie Lost, ale twoja propozycja jest tylko bardzo marnym klonem.
Pozdrawiam ;)

Opublikowano

Dla pocieszenia dodam, że szykuje się już część druga, więc już macie się czego bać :) Jeśli po paru częściach dalej komentarze będą nieprzychylne to już chyba wiem co się stanie z tym cyklem...

Ale może nie jest aż tak tragicznie?

A może zmienię tytuł na "Prawie* jak Lost, czyli atak klonów" :). Pożyjemy zobaczymy.

*użyte w takim samym sensie jak mówienie o orłach, a raczej ptaszkach Janasa "Prawie jak Brazylia" :)

Aha, jutro o 20.15 w TVP 1 leci Lost :)

Opublikowano

Sory, ale opisy to nie tylko widoki. Katastrofa daje olbrzymie możliwości. Ale Ty ich chyba nie widzisz. Kolejna część musi być naprawdę dobra, inaczej radziłbym to skończyć i wrócić do oglądania Losta.
Pozdrawiam ;)

Opublikowano

ja do katastrofy jeszcze wielokrotnie wrócę, dokładniej wyjasniając niektóre rzeczy

a chciałem by było tak "nie wiadomo jak" i niedokładnie, to ma pewien cel :)

a no i nastepna czesc jest chyba lepsza, ale prawdziwe jaja to się zaczną w czwartej :)

mam nadzieję Adamie, że przeczytasz jeszcze ze dwie/trzy części, może uda mi się ciebie przekonać do Rozbitków :)

aaa... przypominam że dziś o 20.15 Lost

Pozdrawiam ;)

Opublikowano

małe pytanko natury technicznej... :)

Czy jest w BBCode tag odpowiedzialny za akapity, odpowiednik

w HTML-u?? Jeśli tak, to jaki? Bo przetrząsłem (prawie) cały Internet i nie znalazłem.

Bo bez wyraźnych akapitów ciężko formatować. :(
Opublikowano

Może niektórzy zauważyli, że wprowadziłem do tekstu pewne zmiany. Zniknęły problemy z formatowaniem. Otóż teraz formatuję za pomocą znaczników HTML, co pozwala na to, by tekst jakoś wyglądał i dał się czytać. Moim zdaniem jest to wspaniałe uzupełnienie BBCode. Co najważniejsze - teraz widać akapity! Jes, jes, jes! I tak będę formatował całych Rozbitków bo to chyba najlepsze rozwiązanie. Teraz jest schludnie i ładnie. A jedyne czego nie można raczej mi zarzucić, to że jest źle sformatowane,* i że są błędy ortograficzne. Miłośnicy poprawnej pisowni łączcie się! :)

* Przed drugim spójnikiem "i" w zdaniu zawsze stawia się przecinek. ;)

Opublikowano

Sory, ale bardzo się ekscytujesz, a za bardzo nie ma czym. Weź się lepiej za pisanie, czy cokolwiek tam robisz, zamiast cieszyć się kolejnymi odkryciami.
Co do opisu, "żeby było tak niewiadomo jak", trzeba naprawdę umieć pisać by coś takiego zrobić.
Pozdrawiam ;)

Opublikowano

Muszę się zgodzic z Adamem.
Jezyk, styl, narracja, dialogi, pomysł i to głupie podniecenie autora niewiadomo czym...
Czasem dobre chęci nie wystarczą.
Dla mnie -jeden z najgorszych tekstów na tej stronie.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...