Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W poprzedni weekend, czyli w oklicach 15.06, wziąłem urlop i pojechaliśmy na wieś do Ulki kuzyna - pewnie nie pamiętasz - tego od ówcześnie 2 córek (ślicznych), obecnie ma już i trzecią (dwa lata). Miałem nadzieje odpocząć, ale jak zwykle skończyło się tym, że wróciłem bardziej zmęczony niż wyjechałem. Nawet próba resetu za pomocą zgrzewki piwa nic nie pomogła, bo zmęczenie skutecznie powaliło uprzedzając wypity alkohol. Następny dzień, to było tylko bieganie za synkiem, który wyjątkowao upodobał sobie wszelkie formy obcowania z wodą, konewkami i wężem do podlewania. Cały dzień na lekkim kacu, na słońcu i tłuczenie kilometrów krok w krok z powtarzaniem : "Nie wolno!, Synku, nie!, Uważaj!, Nie wolno!. Nie tutaj!" Szał w 30 stopniach Celcjusza. Wyjeżdżając zaprosiliśmy ich na rewizytę.
Pojawili się u nas w ten piątek. Na poczatku było wszystko ok. Sumując: dorośli - sztuk 3, dzieci sztuk 4. Wydaje się, że w sumie jest jeden na jeden. W sobotę wieczorem liczba dzieci jakimś cudem zwarła swoje szeregi i w dziwny sposób się rozdwoiła. Opanowanie nerwów, nie mówiąc o dzieciach graniczyło z cudem. Marudy, humory: - Ja tego nie chcę., - Mi to ni smakuje., - Nie będę jadła... itd. Staraliśmy się zapewnić przyjezdnym dużo atrakcji. W piątek był plac zabaw coś w rodzaju "Kid's play'a" - w Sadybie (baseny chińskie z kulkami, zjeżdżalnie itp.). W sobotę już o 10 (hmmm) wylądowaliśmy na placu zabaw w rejonie Placu Wilsona - bardzo fajny plac. Bieganie za dziećmi zniszczyło mnie kompletnie, a dzieci (dziewczynki) były jakieś takie nie zadowolone i co chwila wspominały coś o jakichś naklejkach i kiedy pójdziemy do tego sklepu z naklejkami. Chciałem zrobić wszystkim niespodziankę i po cichutku oddaliłem się aby kupić lody. Pięć sztuk, plus coca-cola dla mnie i Ulki. Jedna nie miała ochoty na lody, druga nie lubi Big Milków więc nie będzie jadła. Trzecia - najmłodsza chciała jeść sama, na co nie pozwoliła jej mama - Ewka. Płacz i niezadowolenie. Ja zjadłem dwa lody, co bardzo szybko odbiło się na moim żołądku, więc do domu się śpieszyłem. Po dwunastej byliśmy w domu. Najmniejsze dzieci z mamami poszły spać, a ja z dwoma dziewczynkami do kina 3d. Ale wcześniej zupa. Ja nie chcę, już nie mogę itp. W kinie w miarę ok, nie wliczając tego że młodszej Agacie spadły okulary o rząd niżej i musiałem się przebijać przez ludzi. Zaczepiliśmy o sklep - SMYK - kupiliśmy naklejki. Kino trójwymiarowe nie przypadło im do gustu tak bardzo jak dnia poprzedniego plac zabaw w ich języku tzw. Kulki. Coż poradzić. Około siedemnastej, po uprzedniej walce przy stole i sakramentalnym : Nie jestem głodna, To za dużo?!, Ja tyle nie zjem... i po jednym powrocie Agaty na górę na siku, walce pomiędzy Synkiem i Gabrysią (najmłodsza) o rowerek jakoś dotarliśmy do Łazienek, ale z tego wszystkiego zapomnieliśmy czegoś dla wiewiórek. Chodzenie po Łazienkach to dla paroletnich dziewczynek nie lada nuda, więc jak najszybciej skierowaliśmy swoje kroki na plac zabaw w Łazienkach. W drodze nie obyło się bez paru napadów płaczu najmłodszej Gabrysi, bo co chwilę któraś "pomagała" jej jechać na rowerku, którego ta z kolei nie chciała opuścić nawet na placu zabaw. Wracaliśmy do domu prawie skacząc sobie do gardeł ale milcząc jak po przegranej bitwie - kolejna "atrakcja" nie zdała egzaminu w starciu z dziećmi. Dzięki Bogu przebyte kilometry dały się im we znaki bardziej niż nam i koło 22.30 mogliśmy w końcu siąść spokojnie i się napić. Trzy butelki wina niestety nie dodały nam następnego dnia więcej energii, a i nerwy splotły się w kłębki na powrót i o godzinie ok 7.00 były dzięki Synkowi, który podniósł nas ze snu, napięte jak postronki. Zaplanowany przez nas wyjazd na basen jako przedostatnia atrakcja, po ok 3 godzinach w trakcie których było śniadanie( Nie mogę, Nie chcę, Ni jestem głodna...) oraz pakowanie, płacz, walka z ubieraniem itp. jakoś doczłapaliśmy się na 10.30 do basenu. Na basenie - czas ucieka szybko, a nie na tym to polega, aby spędzić ten czas w szatni, no ale wszystko trzeba przecież wytłumaczyć. Już myślałem, że kontakt z wodą na basenie skończy się tak szybko jak powoli się zaczął. Po paru jednak minutach oswajania się z wodą dziewczynki nabrały przekonania. Synka nie trzeba było przekonywać - wyrywał się chcąc wskoczyć do wody - tak że 50 minut z nim na rękach to jakby się przebiegło trasę maratonu. Nasz synek tak lubi wodę. Nie bieganie na basenie to standard, ale jak się okazuje nie obowiązuje on wszystkich. W sumie byłem skupiony głównie na Synku i powtarzaniu : "Zamknij buzię", na co on wyciągał język jak najbardziej mógł oraz zanurzał z lubością buzię w wodzie jak tylko spoglądałem kontrolnie na kąpiące się teraz w najlepsze dziewczyny. I dobrze, że spoglądałem. W pewnym momencie Agata jak spławik zanurzyła się pod wodę, aby po chwili się wynurzyć, plując i płacząc ze strachu, Po sekundzie znów poszła pod wodę. Stojąca obok Ewka niczego nie zauważyła, natomiast ja tak i kiedy Agata była drugi raz pod wodą już byłem przy niej, a trzymając Ignasia na ręce drugą wyciągnąłem ją na powierzchnię. Oszołomienie nie schodziło z jej twarzy przez dobrą minutę, po czym wróciła do zabawy. Ewka skwitowała to tylko stwierdzeniem pod jej adresem, że Agata musi bardziej uważać, bo widzi co się stało. Jakoś dotrwaliśmy do końca i po jednej małej próbie buntu ze strony Agaty i zdecydowanym oporze z naszej strony opuściliśmy basen. Ubieranie, suszenie i pakowanie to jakieś dwadzieścia minut, w trakcie których zdążyłem nakarmić i umyc Synka, pobiegać za nim powtarzając swoje: Synku, nie wolno...
W domu byliśmy ok 12.15. Zupa dobra, owocowa, idealna na takie upały. Także, jak sie okazało nie dla wszystkich, bo Agata po pół godzinie mierzenia wzrokiem makaronów i przeganiania truskawek po misce stwierdziła, że zimna i ona nie jest głodna. Ja chciałem jakoś ją zmusić - że nie wstanie od stołu jak nie zje, lecz moje nerwy pokierowały mnie do jedynego pustego pokoju, w którym miałem zamiar zagłębić się w odstresowującą literaturę. Z czytania jednak nici, bo nic nie trafiało do mnie z czytanego tekstu, a w głowie kołatała się myśl : KILL THEM ALL. Umęczony zasnąłem na podłodze obok książki. Płaczem obudził mnie Synek, który właśnie się wstał. Ostatnia atrakcja przeznaczona była dla Ewki - przyjezdnej mamy "trzech wspaniałych dziewczyn", matki Polki. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie miała nas wszystkich uspokoić a spacer pomiędzy różnymi gatunkami roślin miał odstresować przed wyjazdem i pożegnaniem. Rowerek z trudem udało mi się odebrać rozpłakanej Gabrysi, kiedy pakowaliśmy się do samochodów. Później tylko jeszcze szybkie zakupy na drogę, która dziewczyny czekała, stacja gazowa i do Powsina. Sklep - Ulka, Ewka z Gabrysią na rękach. Ja z Synkiem w jednym samochodzie, zalane łzami i drące się dziewczyny w drugim samochodzie. Dobra, wychodzą - już tylko wlać gazu i ruszamy - Oznajmiamy Ewce, że jeszcze zajedziemy po drodze na stację gazową . Ruszam, przejeżdzam ok 500 metrów, a Ewki nie ma. Zgubiła się - pomyślałem... Zatrzymałem się i wysiadłem. Czekam, czekam...nie ma. Zawróciłem, jadę z powrotem. Nie ma, nie widzę. Ulka dzwoni, okazuje się, że Ewka nie wiedziała, czy ma jechać za nami czy zaczekać. Przez to tracimy kolejne 15 minut. Jest 17.45 i odpuszczam stację gazową, bo może się okazać, że ogród botaniczny jest czynny do 18.00. Najwyżej będziemy wracać piechotą! rzucam , bo wiem, że już lecimy na oparach. Na miejscu jesteśmy o 18.25. O 19.00 teoretycznie zamykają. Parę hektarów w pół godziny z czwórką dzieci i jeszcze z oglądaniem - to wyzwanie. Jakoś udaje się nam dotrwać. Ewka - zauroczona. Dzieci rozkapryszone: rowerek, , picie, przystanek, droga na skróty - trzeba zejść z rowerka - płacz, przystanek, jedzenie, wzajemne wyrywanie z rąk ciasteczek, picie... I tak w kółko. Wychodzimy ok 19.35. Szybko się pakujemy do samochdów i rostajemy. My jedziemy do siebie, one do domu. Po drodze dajemy sobie jeszcze z Ulka słownie po razie, ale nawet nie mamy sił, aby się pokłócić. To był na prawdę nietypowy weekend.

Opublikowano

Zgadzam się - ja także myślę, że pisanie to bardzo dobra terapia. Tylko że nie wiem czy mam to oceniać jako terapię, czy jako prozę. Bo pierwszej nie skrytykuję, a drugą tak. A jeżeli to narazie tylko terapia, to może potem przerodzi się w sztukę? Czemu nie? :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...