Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nie patrz przeze mnie
z takim pomieszaniem
czyżby ból nieprzygotowany na odcięcie sprawił
że musiałabym stać się kimś innym
tylko przez to że pamiętam
więcej
niż wszystkie Twoje dzienniki z czasów jeszcze większej wojny

tak Twoje tunele oplatają
przypadkowych pomocników łatwego odbarwiania czasu

czyż jestem mieszkańcem miasta
któremu chwały dodaje liczba poległych wojowników

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Morską latarnię na skraju przylądka nazywano latarnią na końcu świata. Zbudowana na wysokim klifie, śmiało spoglądała okiem cyklopa w rozpościerającą się u jej stóp przestrzeń. Za nic miała ścierające się żywioły, wściekle atakujące fale, które każdej nocy próbowały wspiąć się po wysokich skałach i porwać w głębiny Johna Doe, jej jedynego lokatora. Krępa sylwetka latarni od lat opierała się wichrom północy, niosącym krzyk syren i chłód mrożący duszę. Maltretowana przez wiatry, oddalona od ludzkich siedzib, ostrzegała żeglarzy, by nie zbliżali się zanadto do światła. Ci, którzy lekceważyli przestrogi, ginęli jak ćmy w płomieniu lampy.   Latarnia miała trzy poziomy. Najwyższy był przeszkloną galeryjką z lampą skierowaną na ogromne zwierciadło. Lustra zwierciadła odbijały nie tylko światło — latarnik widział w nich także własną twarz. Codziennie tą samą, niezmienną, jak deszczowa pogoda półwyspu. Z galerii prowadziły schody wprost do mieszkalnej izby. Była niewielka — mieściła zaledwie stół z dwoma krzesłami, łóżko, małą kuchenkę i szafę, w której kryły się mapy wybrzeża oraz sterty książek. Między stronami ksiąg rozsypane okruchy bursztynu, niczym ścieżka, prowadziły do wnętrza labiryntu.   Tego wieczoru John Doe nie zapalił latarni. Sztorm uderzył kwadrans po północy, gdy spał z głową opartą na stole obok opróżnionej flaszki rumu. Gdy ocknął się i z przerażeniem zerwał na nogi, pognał na górę, by wzniecić światło. Stał tam do rana, patrząc, jak deszcz bije falami. Modlitwą próbował uciszyć myśl o tym, że swoim niedbalstwem mógł doprowadzić do katastrofy. Gdy tylko świt rozświetlił linię horyzontu, zbiegł skalnymi schodkami na wąski pas wybrzeża pod klifem. Resztki rozbitego żaglowca leżały pośród ciał. Nie wszyscy byli martwi. Zarzucił na plecy nieprzytomną kobietę i zaniósł ją na górę, do małej izby, gdzie drugie krzesło, dotąd samotne, nagle zyskało towarzystwo. Rozebrał rozbitka z przemoczonych ubrań i ułożył na łóżku, przykrywając grubym, wełnianym kocem.   Kształty drobnego ciała ledwie rysowały się pod nakryciem, jakby jej tam wcale nie było. Bezbronna i śpiąca. Pierwszy gość, jakiego miał od wielu lat. Ogarnęła go fala czułości. Dziewczęce dłonie i twarz przypomniały mu, jak bardzo był samotny. Przecież mógł mieć rodzinę i córkę w jej wieku. Około dwudziestu lat, gdyby wtedy nie uciekł... Otrząsnął się ze wspomnień. Zaparzył kawy z trzema łyżkami miodu. Lepsze byłyby zioła, ale te skończyły się dawno. Przyłożył kubek z gorącym napojem do ust nieprzytomnej. Płyn ściekał jej po brodzie i szyi, tworząc dorzecza rzeki bez nazwy. Po opróżnieniu połowy kubka odstawił go z powrotem. To może potrwać, nim odzyska przytomność. Wziął kosz z przemoczonym ubraniem i zszedł krętymi schodami. Zaskrzypiały drzwi. Gnane wiatrem chmury płynęły tak nisko, że wybrzeże przypominało wnętrze szklanej kuli, w której na siłę upchnięto żywioły i skały, pozostawiając niebu zbyt mało miejsca. Wiatr załopotał koszulą i wydął ją niczym żagiel, jakby próbował porwać go ze sobą. Morze, jak to zazwyczaj bywa po nocnym sztormie, miało kolor roztopionej rtęci. Teraz wygładzało się, uspokajało; fala za falą cichła.   Na wąskim pasku plaży znalazł niewiele. Wśród połamanych desek leżały zwłoki marynarzy. Po dokładnych oględzinach okazało się, że jeden z nich żył jeszcze. Kiedy latarnik obrócił go na plecy, marynarz otworzył oczy i zaczął w malignie powtarzać: — Nie było światła, nie było światła. John doskonale rozumiał te słowa. Zasłonił usta i nos rozbitka. Trzymał dłoń na jego twarzy tak długo, aż biedak umilkł na zawsze. Po dokonaniu zbrodni wstał z klęczek i spojrzał w okno górującej nad klifem latarni. Widziała? W oknie latarni nie dostrzegł twarzy, żadnego poruszenia. Co prawda szyba mieszkalnej izby była wysoko nad nim, lecz wzrok miał bystry. Zresztą dziewczyna nie będzie umiała ukryć uczuć, jeśli dostrzegła, co tutaj zaszło.   Podróżna torba leżała tuż obok trzech martwych ciał. Otworzył ją zaciekawiony. Kobiece ubrania. Co jeszcze? Grzebień z wplecionym włosem w kolorze kasztanów. Pod ubraniami – notes z wytłoczonym imieniem „Lyanne”. Więc tak ma na imię. – Lyanne – szepnął do siebie, jakby na próbę. Dwie gładkie sylaby sprawiały mu przyjemność. Powtórzył je w myślach raz jeszcze. Na samym dnie leżała chusta z wyszytym kolorową nicią kwiatem. Stokrotka – poznał bezbłędnie. W poprzednim życiu, nim wylądował na skale, miał dom i ogród, który kobieca ręka pielęgnowała z miłością. To wszystko odeszło, a teraz wróciło. Przyłożył chustkę do twarzy. Czuł zapach kwiatów i coś jeszcze. Poczuł dotknięcie kobiecej dłoni. Uczucie żalu przeszyło serce. Spakował rzeczy na powrót do torby i ruszył w górę. Szedł w stronę latarni, zamyślony.   *   Ona wciąż spała. Postawił bagaż tuż obok łóżka, przystawił krzesło i długo spoglądał na nieruchomą postać. – Lyanne – głos miał zachrypnięty. Odchrząknął. – Lyanne, zbudź się. – Gdzie... gdzie jestem? – Sprawiała wrażenie zagubionej. John Doe poczuł ulgę. Nie był mordercą, a myśl, że będzie musiał zabić swojego gościa, napełniała go wstrętem. Gdyby była świadkiem jego zbrodni, nie miałby wyjścia. Nie wyobrażał sobie życia poza latarnią. Śledztwo związane z katastrofą okrętu u stóp latarni i tak się odbędzie. Co do tego nie miał wątpliwości, ale nikt nie udowodni mu, że światło tej nocy nie płonęło. – Nazywam się John Doe i jestem latarnikiem. Wszyscy z twojego statku zginęli. Tylko tobie udało się ocaleć. Znajdujesz się na przylądku. Wygląda na to, że jesteś moim chwilowym więźniem. Do najbliższego miasta jest sto mil z okładem, a ja nie dysponuję żadnym transportem. Nie mam konia ani osła, choć zdaje mi się, że sam nim jestem. Starym, upartym osłem.   Przesadzał, mówiąc o wieku. Oprócz bujnej brody i zmarszczek, charakterystycznych dla twarzy wystawionych na słońce i wiatr, miał bystre oczy. Pod bluzą z marynarskiego płótna kryło się gibkie ciało o prostej, nieprzygarbionej sylwetce. Ociężałe ruchy wynikały z niespiesznego trybu życia, a nie ze starości. Co prawda, włosy i brodę miał oprószone siwizną, przypominającą bardziej nitki babiego lata niż śniegi schyłku zimy. Patrzyła na niego bezradnie. Wydawała się nic nie pamiętać. Była bezbronna i naga, pozbawiona wspomnień. Leżała pod kocem, zwrócona tyłem do ściany, na której cień pleców rysował harmonijny łuk. John przysiadł na skraju łóżka i zaczął gładzić posklejane od soli włosy. Znieruchomiała. – Cii, nie bój się – szepnął i przyłożył palec do ust. Dotknął nagiego ramienia z całą delikatnością, na jaką potrafił się zdobyć. Pod palcami czuł chłód skóry i spazm dreszczy. – Nie bój się, Lyanne, nie skrzywdzę cię. Przypomnisz sobie wszystko.   W źrenicach kobiety zobaczył własne odbicie i coś, co kazało mu cofnąć rękę.   *   Latarnik wyszedł na zewnątrz po ubranie, które porywy wiatru wysuszyły do cna. Gdy wrócił, w izbie było tak cicho, że można było pomyśleć, iż świat stracił kolory i stał się szarym sitodrukiem. Nie słychać było ptaków ani dźwięków, do jakich przywykło ucho człowieka. Gdyby cisza mogła mieć barwę, byłby nią smutek – siła poruszająca morzem rtęci.   – Jak masz na imię i dlaczego nazywasz mnie Lyanne? – Cieszę się, że pytasz o moje imię. Przynajmniej mogę je sobie przypomnieć, tak rzadko go używam. Jestem John. – Ukłonił się żartobliwie. – John… Przerwało mu silne uderzenie w okno. Otworzył ramy i wyjrzał na zewnątrz. To albatros – nie wiadomo jakim sposobem zgubił swój kurs, zderzył się z latarnią, a teraz leżał w dole na skałach, bezradny.   Ogromny ptak żył jeszcze, pełzł, powłócząc złamanym skrzydłem. Nie ma bardziej żałosnego widoku od podniebnego żeglarza, strąconego z wysokiej nawy na sam dół piekieł, gdzie nagie skały są zbyt nieprzyjazne, a dotychczasowe życie wydaje się utraconym rajem. Ptak nie miał szans na przeżycie. Co prawda można opatrzyć i poskładać złamane skrzydło, ale opieka nad rekonwalescentem wymagałaby zbyt wiele wysiłku. Latarnik wyjął składany nóż i zbliżył ostrze do szyi albatrosa. Surowość natury nie przewidywała litości dla chorych i kalek. Pozbawiając życia, oszczędzał biednej istocie cierpienia. Co prawda świat bez cierpienia byłby pusty, bo jest jego nieodłączną częścią. Niestety, człowiek nie potrafi tego zrozumieć i wciąż próbuje ingerować w bezwzględne prawa. Nie radząc sobie z uczuciami, które tak lekkomyślnie w swym sercu uszlachetnił, cierpi razem z innymi. John Doe nie bał się cierpienia, a jednak zatrzymał ostrze przed szyją ptaka i spojrzał do góry, w otwarte przed chwilą okno. Albatros w jego rękach bił skrzydłami, krzycząc z bólu i przerażenia.   Lyanne, widząc, na co się zanosi, szybko założyła ubranie i zbiegła na dół. Niech chociaż to jedno stworzenie przetrwa spotkanie z bezlitosnym żywiołem. Niech dostanie choćby szansę. – Przeżyje? – Spojrzała na nóż, by zaraz potem odwrócić wzrok. – Przeżyje – głos Johna nie wyrażał uczuć – lecz złamanie jest zbyt rozległe. Nigdy nie będzie latał. Wbrew swej naturze stanie się jednym z nas. Czy chciałbyś tego, by stał się towarzyszem naszej niedoli? Przykuty do skały miałby, jak my, sny o lataniu, aż w końcu zapomniałby nawet ich.   Niebo stało się dziwnie wyosobnione. Razem ze zmierzchem schodziło w dół, ku horyzontowi. Fale biły o brzeg. Na skalnym szczycie, wśród pyłu wody i sztandarów alg, nie byli samotni w cierpieniu. W ich świecie pojawił się konający ptak. A gdyby nie byli tego świadkiem? Wystarczy tylko odwrócić wzrok. – Powiedz, Lyanne, co robić, jeśli wiesz. Czy mam ocalić mu życie?   Nóż był gotowy. Za chwilę wrócą do wnętrza latarni, rozpalą ogień w kuchennej placie, napiją się kawy i będą siedzieć w milczeniu. Dobro i zło, zmieszane ze sobą, niosło kolejną decyzję. Dlaczego nie spróbują wzbić się w powietrze? Czyżby nosili zbyt wielki ciężar? Może wystarczy stanąć na brzegu klifu i rzucić się w dół, by sprawdzić, co jest prawdziwe? Raz na zawsze zerwać zasłonę rzeczywistości, która odgradza od magicznego świata. Świat pełen magii – czy jest tylko wymysłem?   – Masz rację, latarniku. Zrobimy mu krzywdę, darując życie w nieznanym świecie. Skażemy go na własną łaskę i niewolę. Zrób, co trzeba.   Odcięta głowa leżała w kałuży krwi, patrząc martwym wzrokiem. Bezgłowy albatros poderwał się i pobiegł, bijąc bezradnie skrzydłem, aż dotarł do skraju klifu, gdzie runął w swój ostatni lot. Upadek odbił się echem w krzyku mew gniazdujących na stromym urwisku i uniósł się chmurą przeraźliwego wrzasku. Latarnik podszedł do krawędzi skał, by spojrzeć w dół. Krążące nad nim mewy zataczały coraz ciaśniejsze kręgi, aż stał się niewidoczny w gęstniejącym roju. Nie obawiał się ptaków. W tej chwili czuł się jednym z nich. Rozłożył szeroko ręce. Silny wiatr łopotał rękawami bluzy. Mewy krzykiem zachęcały do skoku, by – jak albatros – poszybował w dal. Oddał się wiatrom północy, a one zaniosą go daleko stąd. Wystarczy tylko ugiąć nogi i pchnąć ciało w przestrzeń. Jeszcze chwila i zniknie na zawsze. Wyciągnął z kieszeni rybie łuski. Nosił je przy sobie jak nietypowy amulet. Pomimo braku słońca mieniły się szmaragdowym blaskiem. Rozbity okręt, morderstwo na plaży, śmierć albatrosa – czyżby szczęśliwy los go opuścił? Po policzku potoczyła się słona łza. Poczuł, że coś przemija bezpowrotnie. Przysunął do twarzy łuski, by przykryć objaw słabości. Nie mógł tego zrobić Lyanne. Jeśli pomoże tej jednej osobie, to tak, jakby ocalił świat – przynajmniej ten, który znał. Innego nie pragnął. Odwrócił się od przepaści. Szedł w stronę latarni. Gdy mijał kobietę, nie spojrzał jej w oczy. – Chodźmy do środka. Nic tu po nas.   Przedsionek uciekał w górę do mieszkalnej izby, za którą wyżej otwierała się przeszklona galeryjka, jakby stworzona dla dwojga. Od dawna nikt nie wypatrywał z niej widmowych statków. Od dawna nikt nie obejmował ich ramionami. John Doe machinalnie rozniecił ogień w lustrze latarni. W kuchni, pod płytą, zagarnął resztki żaru. Dorzucił drwa, a blask przebiegł refleksem po jego twarzy. Na kuchennym palenisku płonąca żagiew sypnęła rojem iskier. Postawił na stole butelkę rumu i nalał kawy. Siedział w milczeniu krótką chwilę, próbując poskładać wydarzenia ostatnich godzin, a one karmiły wyobraźnię, wiodąc na manowce, przywołując z pamięci czasy przeszłe. Po drugiej stronie stołu Lyanne wyciągnęła rękę i dotknęła jego dłoni. Dotyk był tak prawdziwy, że wspomnienia zmieniły się w pył. Latarnik drgnął, przeszyty dreszczem. Choć ciało domagało się ciepła, cofnął rękę. Przez krótką chwilę zagościło w nim światło. Jakie to dziwne, że wystarczył życzliwy dotyk, by serce skruszało tak, jak kruszy się skała pod wpływem kropel wody. Mężczyzna poczuł, że pustka i rozpacz, poczucie straty i żal, roztapiają się pod wpływem drobnej kobiecej dłoni. Lata ciszy uciekły, pozostawiając samotnego człowieka. Ale on przecież chciał być sam, przysiągł to sobie i trwał uparcie w dawnej przysiędze. Właśnie dlatego cofnął rękę. Nie potrzebował słów niosących nadzieję. Nie potrzebował odmiany losu – przeklinał go i sam był przeklęty. Tylko skąd ten niepokój?   Za oknem padał deszcz. Czuł, że traci coś ważnego. Ta chwila nie wróci. Traci okazję, żeby na powrót stać się człowiekiem, który potrafi się śmiać i rozmawiać szczerze o rzeczach najprostszych. Kto inny niż on sam otoczył się smutkiem, zamieszkał w nim jak w szarej twierdzy? Skąd wzięły się wichry wybrzeża, posępność skał, tak wiele śmierci? Właściwie już nie żył. Jego płuca przestały oddychać dawno temu, serce przestało bić, a tylko tęsknota cicho, bardzo cicho pukała we wrota twierdzy. Pokusa, by wyrwać się śmierci, przemogła. Miał już dość słów – wypowiedział ich dzisiejszego wieczora więcej niż przez ostatnie dwadzieścia lat. – Chodź, pokażę ci galerię. – Ruchem głowy wskazał na pomieszczenie nad nimi, na serce ukryte w lustrze latarni. Ujął wyciągniętą do niego dłoń mocnym uściskiem i pociągnął dziewczynę za sobą.   Nocą granica między światami staje się cienka jak powieka, która oddziela sny od światła latarni. Lyanne i John Doe, stojąc w okręgu galeryjki, co rusz tę granicę przekraczali. Koliste zwierciadło na krótki moment oświetlało ich twarze, po czym ginęli w oddali. Oślepieni lustrzanym blaskiem nie widzieli niczego. Zagubieni podróżni w potokach deszczu, który spływał po szkle galerii. Nie było gwiazd, ani księżyca – zupełnie jakby noc zapomniała nakręcić swą srebrną pozytywkę. Był za to syk ognia i deszcz. Stali tak blisko, jakby pchnął ich ku sobie deszcz.   ***   Nad ranem mgła była tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Mgła na śniadanie to zły pomysł, więc John poszedł na plażę nazbierać skorupiaków. Lyanne została sama, ze snu wyrwało ją łomotanie w drzwi. To nie mógł być John, ani nikt inny. Najbliższa osada była sto mil stąd. I znowu głuche uderzenia – tym razem silniejsze, bardziej gwałtowne. Do środka latarni wtargnęło trzech marynarzy w sztormowych kurtkach. Ociekając wodą, otrząsali się jak psy. W niewielkim pomieszczeniu zrobiło się ciasno. Arena przedsionka była zbyt małą sceną dla trójki przemoczonych dusz. Widok Lyanne wprawił przybyszów w zdumienie. Nie spodziewali się na bezludziu spotkać kobiety. Dopiero powiew wiatru i trzaśnięcie okiennic wyrwały ich z transu. Jeden z marynarzy miał szczurzą twarz z małym wąsikiem.   – Co tutaj robisz? – Zdumienie mężczyzny zmieniło się w podejrzliwość. Mało to zbiegów z pobliskiej wyspy można spotkać na wybrzeżu? Próbując przepłynąć na kontynent, obierają północny kurs, by dotrzeć do przylądka. Stali w kwadracie światła. W niewielkim oknie widniały pajęczyny chmur. Niebo, pokryte bielmem, mrugało ślepym okiem. – Ta latarnia od dwudziestu lat, odkąd w Duode wybudowano nową, jest zamknięta – rzucił człowiek o szczurzej twarzy, przyglądając się dziewczynie, jakby próbował znaleźć punkt zaczepienia, coś, czego mógłby się uchwycić. – Mój statek się rozbił. John Doe mnie uratował. – John Doe? – Marynarz przerwał jej ostro. – Nie znam nikogo takiego. Pomieszało się pannie w głowie. Zabierz swoje rzeczy. Odpływamy niebawem. Ociekając wodą, marynarze opuścili przedsionek. Minęli odciętą głowę albatrosa z utkwionym w niebo spojrzeniem i skierowali się ku stopniom wykutym w klifie. Fale po nocnym sztormie wydawały się uśpione. Tylko co jakiś czas zbierały siły, by unieść się wyżej i wspiąć po skałach, próbując dosięgnąć stóp latarni.   Marynarz musiał się mylić. John Doe był tak samo prawdziwy jak myśl o ucieczce. Lyanne pobiegła schodami do mieszkalnej izby. Nic się tu nie zmieniło. Dwa kubki na stole i dwoje oczu wpatrzonych w ciemność. W szufladzie stołu znalazła dziennik latarni. Wpisów nie było wiele. Akurat tyle, by w zdawkowych notach dostrzec rutynę powtarzających się dni. Ostatni z nich nosił datę sprzed dwudziestu lat:   Dziennik Latarni Przylądka 4 Nathmela 1854   Sztormowa pogoda nie ustępuje. Wiatr o sile dziewięciu stopni pcha morze wprost na latarnię. Rano odkrywam szczątki okrętu, który nie przetrwał naporu żywiołu. To kliper o nazwie „Lyanne”. Nikt z pasażerów ani załogi nie przeżył.   *   John wstał przed świtem. Lyanne spała głęboko, oddychając równo i miarowo. Ucieszył go ten widok – znać było, że organizm dziewczyny przemógł gorączkę. Wpatrywał się w nią, śpiącą. Wczorajszy wieczór dał mu dużo do myślenia; właściwie nie zmrużył oka przez całą noc. Kim była Lyanne? Kim mogła się dla niego stać? Stary dureń łudził się nadzieją, że będzie chciała z nim zostać. Ale czy miał prawo ją zatrzymać? Co mógłby jej zaoferować prócz pustki skał? Ona dopiero zaczynała życie, tutaj był jego kres. Za wcześnie było dla niej, by tu pozostać. Wyszedł z latarni wprost w gęstą mgłę. Wróciły do niego słowa, że życie jest snem, z którego budzimy się w chwili śmierci. John Doe zapragnął obudzić się teraz. Zatrzymał się nad brzegiem klifu, w miejscu, gdzie albatros rozpoczął ostatni lot. Latarnik czuł się tak samo ślepy jak on. Miał wrażenie, że zamiast ramion ma skrzydła. Bez wahania rzucił się w przepaść. Leciał, a myśl o locie uniosła go wyżej, aż zniknął pomiędzy żaglami skrzydeł. Był ptakiem i skałą, spojrzeniem Lyanne, światłem ukrytym we wnętrzu latarni. Szkło lampy na galeryjce błyszczało hipnotycznym blaskiem, a linia wybrzeża była samotna i pusta. Zniżył lot i znów poczuł ludzkie ciało – ręce i nogi, którymi mógł poruszać. Rzecz niby zwyczajna, niedostrzegalna na co dzień, a jednak równie niesamowita jak moc przemiany w ptaka. Ludzie i ptaki są sobie podobni. Mają sny o lataniu i wolność, jaką daje widok przestrzeni. Ledwo odnalazł powrotną drogę, bo mgła stawała się coraz gęstsza. Zastał Lyanne siedzącą na łóżku. Rzeczy były porozrzucane po izbie, zupełnie jakby się gdzieś spieszyła. Chce odejść – przemknęło mu przez myśl – tylko skąd ten pośpiech?   Nie zauważyła Johna, zupełnie jakby przebywała w innym świecie. – Lyanne. – Głos latarnika wyrwał ją z zamyślenia. – Śniło mi się, że cię nie ma. Śniło mi się, że budzę się tutaj sama, ktoś przychodzi i mówi, że latarnia jest od lat nieczynna i nikt w niej nie mieszka. Chcą mnie stąd zabrać, a ja chcę zostać i wołam ciebie! Wypłowiałe od morskiej soli włosy chłonęły dziewczęce łzy. John Doe musiał być dla niej kimś znacznie więcej, niż śmiał przypuszczać. Był nadzieją, jedynym ciepłem, jakie znała, a które prawie straciła. Dopiero w chwili straty dociera do nas w pełni znaczenie ludzi, którzy przy nas stali. Nagle uświadamiamy sobie, że nasze twarze nie mają lustra, w którym mogłyby się przejrzeć – bledną, gdy nikt w nie nie zagląda.   Lyanne wymykała się wszystkiemu, co do tej pory znał. Jej szczere przywiązanie było czymś, czego jeszcze nie doświadczył, a przecież myślał, że przeżył już wszystko. Wszystko prócz dzisiejszego poranka – ona nim była. To za nią tęsknił. Wczorajszy dzień i noc, kiedy byli tak blisko jak cisza, którą nosił w sobie, sprawiły, że odeszły wątpliwości, zniknęły pytania. Dotychczas ostrożnie wypowiadał słowa, aby nie przekroczyć granicy, za którą nie będą mogli sobie spojrzeć w oczy. Gdy ludzie wiedzą o sobie zbyt wiele, unikają się z różnych powodów. Jedni się wstydzą, inni boją, a jeszcze inni nie mają już nic więcej do powiedzenia. Pozostawanie dla kogoś tajemnicą jest bardzo kuszące, bo człowiek ma naturę odkrywcy. Tajemnica jest grą, ale gdy ktoś szlocha jak Lyanne, gra się kończy. Znika bariera odgradzająca od magicznego świata, w którym słowa nie mają ukrytych znaczeń – każde z nich jest prawdą. A może to tylko chwilowe szczęście – przemknęło mu przez myśl. Czuł, że to szaleństwo, ale chciał, żeby się nie kończyło. Tulił Lyanne i szeptał do ucha łagodne zaklęcia. Sam ledwie słyszał, co mówi. Czuł przez materiał koszuli jej drobne, kształtne piersi. Niczym pączki róży, niczym duch poruszający się w ciele, falowały gwałtownym rytmem. Wśród kasztanowych włosów odnalazł jej usta i pocałował delikatnie, na próbę, jakby chciał sprawdzić, czy zaraz się nie obudzi. Pocałował jak całuje się, by poznać kształt myśli ukryty w kącikach ust.   Miała miękkie i ciepłe wargi, lekko słone jak morska bryza. Smakowała solą łez, solą morza, smutkiem. Łagodnie szeptane słowa odganiały szloch, odganiały mrok, który zalągł się w sercu. Gdy odsłoniła twarz wilgotną od łez, nie było już między nimi tajemnic. Oddała pocałunek, jakby chciała połączyć ich w jedność. Wszedł w nią jak w sen, jak w gorączkę, nie oglądając się za siebie. Za nimi była ciemność, której się lękała, a teraz lęki przegoniło światło latarni. Stała w świetle, pozwalając mu topić lód, rozbudzać emocje, których nie znała, a które przyszły tak nagle i tak naturalnie.   *   Po śniadaniu złożonym z kawy, czarnego chleba i gomułki sera, latarnik zaproponował kąpiel. Nie mogli żyć jak widma karmiące się tym, co nierzeczywiste. Krainy widm wypełniają wieczne pytania o rzeczy najprostsze: dlaczego mnie to spotkało, kiedy będę szczęśliwy. Latarnikowi sprawiała przyjemność obecność dziewczyny po drugiej stronie stołu: to, jak oszczędnie odłamuje kawałki chleba i wkłada je ostrożnie do ust. Powolność jej ruchów pasowała do jego wnętrza, dotychczas po męsku ascetycznego, zmieniającego się pod wpływem kobiecej ręki. Wyciągnął spod schodów drewnianą balię i nagrzał wodę przyniesioną ze studni. Położył kostkę mydła, szarego jak dotychczasowe życie. Jeszcze tylko ręcznik i kąpiel gotowa. Gdyby mógł dodałby mgły, by unosiła się nad wodą. Żeby Lyanne sprawić przyjemność, by chciała z nim zostać, choć pozostając tu, godziła się na brak innych rozrywek, niż nocne konstelacje gwiazd, ławice ryb świecące w ciemności. Nie odstępowała Johna na krok. Pilnowała, by znowu nie zniknął, chciała stać się małym, jasnym cieniem, powtarzającym jego kroki. Niewiele mówiła, więcej milczała. Nie potrzebowała słów. Wyjęła z podróżnej torby — tej samej, którą John znalazł na plaży — wełnianą sukienkę i ułożyła ją przy balii. Posłała Johnowi uśmiech, a potem wyciągnęła dłoń. — Nigdy mnie już nie zostawiaj — poprosiła, gdy się zbliżył. Ujęła szorstką dłoń z zadziwiającą delikatnością i przytuliła do policzka. Być może tego właśnie pragnęła — życia wśród skał.   Latarnik postanowił zakopać martwe ciała na plaży. Leżały tam zbyt długo, szarpane porywami wiatru i dziobami mew. Jeśli nie zrobi tego teraz, marynarze zmienią się w upiory. Kto wie, może już się nimi stali? Parę kroków dzieliło ich od klifu, a dalej wykute w nim stopnie.  Zwłoki na plaży leżały w niezmienionych pozycjach. Ten, którego udusił, spoglądał martwym wzrokiem, lecz jego szczurza twarz z figlarnym wąsikiem zdawała się kpić: "zabijesz mnie jeszcze raz?". Lyanne słyszała co innego. Szczurza twarz miała na ustach te same słowa, co wtedy w latarni, gdy zniknął John: "Zabierz swoje rzeczy, odpływamy niebawem". Wstrzymała oddech, lecz nie cofnęła się przed widokiem porzuconych ciał. Dotarło do niej, że widzi tych samych marynarzy, którzy chcieli odebrać jej latarnika. — Śniłam o nim. O nich wszystkich. Koszmarne sny nie są niczym nadzwyczajnym — pomyślał — zwłaszcza jeśli przeżyło się katastrofę. Zastanawiające jest to, że Lyanne śnił się człowiek, którego zabił. Właśnie ten, nikt inny. Lęk przeszył serce latarnika, a skóra ścierpła, jakby oblana lodowatą wodą.  Pod stopami czuł miękkość piasku. Wszechobecny szum potęgował uczucie zagubienia, biegł dalej, rysując linie odległych wydm. Pustka w sercu stawała się nie do zniesienia, gdy czar północnego wiatru został przerwany syreną morskiej latarni. Zdawała się ostrzegać przed niebezpieczeństwem.  John zdjął filcową kurtkę i otulił drżącą kobietę. — Dzieją się dziwne rzeczy. Chodźmy, ktoś musi być w środku, bo któż, u licha, uruchomił syrenę? Szybko! Pociągnął ją za sobą. Droga powrotna po śliskich stopniach. Szum fal biegł za nimi, gonił, aż razem wpadli do wnętrza latarni. Pięli się w górę, żeby przekonać, że wnętrze jest puste.   John wyjął z szafki butelkę rumu, nalał do kubków i machinalnie spojrzał na dziennik przylądka, który Lyanne zostawiła otwarty. Ostatni wpis nosił datę sprzed dwudziestu lat. Nazwa rozbitego statku była taka sama, jak imię stojącej obok kobiety. Gwałtownym ruchem wychylił kubek rumu. — Lyanne, opowiedz mi o swoim śnie. Usiadła i patrząc Johnowi w oczy, zaczęła mówić: — Kiedy się obudziłam, twoje posłanie było puste. Usłyszałam łomotanie do drzwi na dole, a potem weszli oni. Nie rozpoznałam ich. Dopiero teraz. Zdziwili się na mój widok i powiedzieli, że nikogo tu nie powinno być i że latarnia jest od dwudziestu lat nieczynna, bo wybudowali nową... gdzieś. Nie pamiętam. Mówili, żebym zajrzała do dziennika pokładowego, żeby się sama przekonać. Zajrzałam. Ostatni wpis mówił, że rozbił się tu statek o moim imieniu i że nikt nie przeżył. Kazali mi się spakować, bo chcieli mnie stąd zabrać. Potem wyszli, a ty wróciłeś i obudziłam się po raz drugi. Zerknęła na dziennik. Nie chciała do niego zaglądać, za bardzo się bała, że ujrzy to samo, co w sennym koszmarze, i że w ten sposób sen stanie się prawdą. To, co powiedziała, brzmiało tak nierealnie, że z trudem mógł poskładać słowa w całość. Dopadły go duchy przeszłości, tęsknota za magią i życiem we śnie. To wszystko wróciło, mieszając zmysły. — Dwadzieścia lat temu byłem lekkomyślnym młodzieńcem, który ubzdurał sobie, że wyśni swą miłość. Ktoś mógłby powiedzieć, że to niezwykle romantyczne, ale teraz widzę, jak wielkie głupstwo popełniłem. Wyciągnął rękę i dotknął dłoni Lyanne. Miała atłasową skórę, bez śladu najmniejszych żyłek, błękitnych korytarzy, ukrytych labiryntów krwi. — W każdym razie sprowadziłem tę kobietę do swojego świata. Używałem miłosnych zaklęć z lekkomyślnością, na jaką stać tylko młodzieńca. Zabiłem ją siłą mego pragnienia. To znowu powraca. Dwadzieścia lat przepracowałem uczciwie w latarni, unikając wspomnień. Nie wypowiadałem niepotrzebnych słów, by nie układały się w tęsknotę. Pojawiłaś się jakby z przeszłości wyjęta.   Zamilkł, zmagając się ze sobą. Czy ma powiedzieć prawdę? To chyba jedyny sposób, by zerwać zasłonę i nie żyć kłamstwem, a rzeczywistością, choćby najgorszą. — Tamtej nocy, gdy rozbił się twój statek, wskutek niedbalstwa nie rozpaliłem latarni. To moja wina, że tylu ludzi zginęło. W dodatku marynarz leżący na plaży, ten sam, który tu przyszedł... krótko mówiąc, to ja go zabiłem. Udusiłem rękoma, które zdaje się pokochałaś. Jestem mordercą. Najlepiej będzie, jak stąd odejdziesz. Za oknem mieszkalnej izby widziała wzburzone, ciemne morze. — Dlaczego go zabiłeś? Nie każ mi odejść. Powiedz wszystko, całą prawdę. Stanęła za nim. Nie chciała, by widział jej smutek. Dotknęła włosów Johna. — Jestem tchórzem — uchylił głowę — tchórzem i kłamcą.   Mówił bez emocji, lecz w oczach płonął ogień. Myśl, że zaraz zostanie osądzony, albo zbawiony — to obojętne — napełniała go wstrętem. Sam sobie był sędzią i katem. Nie potrzebował nikogo. Wróci do samotności, która nie żąda niczego, nie wymaga zwierzeń. Zdecydował powiedzieć prawdę, by wreszcie dała mu spokój. Nie potrzebował światła, nie był ćmą i nie miał zamiaru spłonąć. Bycie dla kogoś jest najtrudniejszą rzeczą, bo trzeba zapomnieć o sobie i uczyć się żyć na nowo. — Marynarza na plaży udusiłem. Widział, że latarnia nie paliła się w nocy. Wylądowałbym w więzieniu, a ja tylko tu potrafię. Natomiast kobieta, o której mówiłem, którą wyśniłem, miała na imię Lyanne. Tak samo jak ty. Nie powiedziałem o niej wszystkiego. Ona nie umarła, odszedłem od niej. Widziałem ją później, jak wolnym krokiem chodzi wokół domu. Patrzyła w dal martwym wzrokiem, czekała mojego powrotu. Ale nie wrócę, bo jestem tchórzem. Rozumiesz?! Wykrzyknął ostatnie słowo i złapał dziewczynę za szyję. Na skórze wykwitły fioletowe róże. Nie szarpnęła się do ucieczki, choć w oczach miała łzy. — Sprawiasz mi ból, John. Mnie też mogłeś zabić. A jednak uratowałeś. Poczuła, że coraz trudniej złapać oddech. Upadła na podłogę.   Coś się skończyło, zgasło jak światło latarni. John Doe obojętnym wzrokiem spoglądał na leżącą u stóp kobietę. A jednak był przeklęty i tego nie mogła zmienić żadna siła. Słońce, które na chwilę zagościło, zgasło, pozostawiając czerń myśli. Znajdował się w podoceanicznym mroku. Oczy Lyanne, jak małe rybki, lśniły tęczowymi kolorami. Nie miał wyrzutów sumienia. Niczego nie posiadał. Schylił się po bezwładne ciało, unosząc je i kładąc na łóżku. Nie było w tym nic podniosłego — ostatnia ofiara katastrofy statku, który się rozbił na skalistym wybrzeżu. Minęło południe i wieczór. Nadeszła noc — nieprzytomna, bez oznak życia. Latarnia pogrążyła się w ciszy. Znów nie rozpalił ognia i było mu to obojętne. Zamiast uderzeń serca — grobowa cisza, z której przyszli oni. Tym razem nie było ich trzech, a cały zastęp upiorów — sępów o pierzastych szyjach. Przysłała je Lyanne — tak mało o niej wiedział.  Otrząsnął się z koszmaru. Ktoś z drugiego krańca morza nadawał prośbę o pomoc. Latarnik przypomniał sobie poprzednie komunikaty. Wtedy, w kąpieli, gdy wełniana sukienka leżała tuż obok balii. Jakie to wydawało się proste. Czy teraz jest inaczej? Wystarczy wstać i rozpalić ogień. Co jeszcze mógłby zrobić?   Ruszył do galeryjki. Niebo usiane było gwiazdami. Oświetlały kurs statkom i ludzkim sercom. Nikt nie jest bardziej samotny niż żeglarz pośród gwiazd, choć każda z nich jest nawigacyjną boją. U stóp latarni rozbił się okręt. Leży na dnie, spętany linami wodorostów. Nie widać z niego nieba, więc czy przekleństwem może być życie? Ogień pomiędzy lustrami, czerwony blask na szkle... Człowiek jest iskrą biegnącą poprzez ciemność. Nie zostanie po nim nic więcej. Jakie to dziwne, że los ratuje jedną osobę, rzuca na skały rozbitka i nagle osoba ta okazuje się być jedyną i najważniejszą. Czy mogli się spotkać poza pustką wewnętrznych krajobrazów? Zapewne tak, ale czy rozpoznaliby siebie? Pomyślał o notesie znalezionym w torbie na plaży. Notes Lyanne nadal był tajemnicą, jak jej poprzednie życie. Miała to szczęście, że została go pozbawiona niczym zbędnego bagażu.   — Lyanne, powinniśmy opuścić to miejsce — ramiona, jak anielskie skrzydła, otoczyły leżące na łóżku ciało. — Jutro przyjeżdża wóz z zaopatrzeniem. Poproszę, by mnie zmieniono, i razem wrócimy, odnaleźć twój dom. Wrócimy razem i wtedy zdecydujesz, czy chcesz być nadal ze mną. Tak jak teraz, nie jest dobrze dla nikogo, uwierz mi, proszę. Jesteś tu więźniem, a przecież tamtego dnia, kiedy znalazłem cię na plaży, mówiłem, że nim nie będziesz. Pragnę zwrócić ci wolność. Resztę nocy spędził przytulony do Lyanne. Dopiero nad ranem, na krótką chwilę, wróciły sny.  Słońce wisiało tak wysoko, że nie miał cienia. W zielonym gąszczu splątanej roślinności czuć było duszną spiekotę. Na szczęście strumień, wzdłuż którego prowadziła droga, dawał wytchnienie cichą obecnością. John zanurzył dłonie. Pił długo i chciwie, a kiedy się zbudził, zobaczył, jak Lyanne wpatruje się w niego martwym wzrokiem. Poczuł przypływ czułości, która oplotła serce jedwabnym kokonem.   — Lyanne? — Słucham, John. — Myślałaś o tym, co ci powiedziałem? — Jak mielibyśmy odnaleźć mój dom, John? Nie wiem, gdzie on jest. — Twój notes nas do niego zaprowadzi. Pisząc, zostawiamy po sobie ślady. Nie wierzę, byś nie wspomniała o domu. — Nie wiem, czy chcę go odnaleźć. Im dłużej myślę, tym bardziej chciałabym zbudować własny. Może nic nie jest nam odebrane bez przyczyny. — Nic nie zostało ci odebrane. Nadal możesz do niego wrócić. — Boję się, John. Boję się wracać. — A jeśli ktoś czeka na ciebie? — Nie wiem. Jeśli czeka, to co? Straciłam pamięć. Nie znam tamtej siebie.   Leżeli przykryci kocem. Dzieliła ich długość oddechu. Niesforne kosmyki kasztanowych włosów płynęły po twarzy falami i wiedział już, że nie pragnie innego morza niż to, w którym zatonęli, które ma przed oczami. Od lat leżą na dnie, tak blisko, jakby dzielił ich oddech, chwila potrzebna życiu, by mogło opuścić ciało.   Dziennik operacyjny Latarni Przylądek 23 Nathmera 1374   Nie miałem wątpliwości, że musimy opuścić latarnię. Miotany falami przypływu zastanawiałem się, jak powiedzieć Lyanne, że pozostanie tutaj grozi szaleństwem. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, bo przecież rachunek się zgadzał. Oboje potrzebowaliśmy siebie, a jednak było coś jeszcze. Poranek po burzliwej nocy, kiedy nieznane upiory znów próbowały wedrzeć się do wnętrza — nie wiem, które z nas je przywabia — poranek spędziliśmy pomiędzy światami. Nie da się żyć namiętnością, uciekając od problemów dnia. Kochanka noc ma czułe ramiona, lecz kiedy przychodzi otrzeźwienie, gładka powierzchnia morza zmienia oblicze i nadciągają morskie bałwany, a ja jestem jednym z nich. Jak mogłem na to nie wpaść wcześniej? Notes Lyanne jest tajemnicą, którą pora odkryć. Niech chociaż jedna rzecz stanie się prawdziwa w świecie majaków. Lyanne leżała tuż obok, kiedy sięgnąłem po notes. Pismo biegnie drobnym ściegiem ze strony na stronę. Opisy dni szarych i smutnych wypełnia tęsknota, jak najbardziej niewymyślona. Melancholia mówi o kimś prawdziwym, kto odszedł, a może nigdy go nie było. Dopiero przy końcu trafiam na zaklejoną kopertę, niewysłany list. Czytam go głośno:   Drogi Johnie   I znowu spadam w głąb studni. Od początku wiedziałam, że nasza znajomość nie zaprowadzi nigdzie indziej. Nie zbudujemy niczego razem, raczej zmienimy w zgliszcza. Pomimo tego chciałam czułych słów. W naszym świecie dwa razy dwa nigdy nie równało się cztery. Zawsze była ukryta cyfra zmieniająca rachunek. Wiedziałam, że moje szczęście nie będzie trwać wiecznie, dlatego nie zdziwiło mnie Twoje odejście. Znów byłam sama, aż do teraz, gdy postanowiłam powtórnie się z Tobą zobaczyć. Nie chciałam jednak, byś widział we mnie strzępy, które pozostawiłeś po sobie. Kazałam na obwolucie notatnika wytłoczyć swe imię w skórze, by było moim tatuażem, bym go nie zapomniała. Za trzy dni wsiadam na statek. Poniesie mnie ku zmianie, bo czuję się innym człowiekiem. Jest w tym ukryta magia, moja skóra młodnieje, pomimo dwudziestu lat dzielących nas od siebie. Wróciła młodość niosąca gorycz i radość podróży. Spodziewaj się ujrzeć mnie nową u stóp latarni.   Lyanne    
    • @bazyl_prost Po latach lektur "starych ksiąg" i najnowszych osiągnięć fizyki kwantowej, doszedłem do wniosku, że nasze stosunki z Bogiem i światem mają prostą postać: JEST=1/ Jest jeden byt "złożony w naszym rozumieniu świata", ale doskonale prosty w sobie. Wierzący (jak ja) nazwą  go Ten Który Jest. Fizyka kwantowa mówi o "kwantowym powiązaniu" całej rzeczywistości. Z tego wynika logiczny wniosek o charakterze mocno obrazoburczym dla teologii, ale oczywisty dla fizyki. Ten wniosek godzi ateistów szanujących naukę (z reguły ateizm jest anarchizmem, a nie teorią) z "wierzącymi", którzy w rzeczywistości są "wiedzącymi". To sprawy delikatne i osobiste, więc ich nie pogłębiajmy. O sobie powiem tylko tyle: "żyję w społeczności z Bogiem" na co dzień, ale trudno ten czas utrzymać, trzeba go podtrzymywać medytacją i modlitwą. Nie chcę Ci bardziej mącić, ale dodam jeszcze: jest różnica między życiem a istnieniem - rządzą się innymi zasadami, z których wynika między innymi względność czasu dla ludzi... Pozdrawiam.
    • @Nata_Kruk Dzięki za opinię

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ,próbować należy zawsze.
    • Patrzaj na ilość; Gdy dobrych rzeczy jest więcej to najlepiej.  Z kolei gdy złych - to też dobrze, rodzaj przewagi--- Posłuchaj mój Bracie, moja Siostro i Moja osobo- nie-do-końca- przekonana, bo więcej znaczy lepiej Dobrobyt bogactwo  Kto sieje błoto, ten zbiera złoto. Oto jak z dwóch stron medalu zrobiono jedna.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...