Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Poginęły te wszystkie kuropatwy. I głuszce…Pouciekały na wschód, za Bug. Dziś spotkać te gatunki to nie lada zaskoczenie. Od lat, co roku zdarza mi się jeździć pociągiem na tej trasie. Mijam po drodze tysiące hektarów pól, lasów, łąk, wąwozów, nieużytków i nie mogę wypatrzyć głuszca.
Czasem zdarzy się jakieś wytrzebione, zdziesiątkowane stadko kuropatw, zrywające się panicznie do lotu nad pagórkiem, gdzieś nad brzegami rzek, lub bagien, gdy poranne, blade słoneczne promienie błyszczą niby płynne złoto w czystej wodzie. Czasem zaszeleści w trzcinie jakiś cietrzew. Zostało ich jeszcze trochę nad Biebrzą czy Narwią, w tych stronach zaginęły bez śladu. Podobnie jak wytępione rozwojem rolnictwa piżmaki. Ba, piżmaki! Chciałbym trafić chociaż jednego bażanta. Nie upolowałem bażanta od jakichś ośmiu lat.
Powściągliwe czasy nastały w myślistwie. Nie tylko dla mnie i nie tylko dlatego, bo wystąpiłem z koła łowieckiego, ale i dla wszystkich polujących, których ambicje nie kończą się na brunatnym dziku czy tak zwanym chytrym, a w rzeczywistości zupełnie naiwnym lisie. Ustrzelić lisa to dziś żadna sztuka, rozlazło się tego cholerstwa tyle po lesie, namnożyło…Tylko patrzeć jak kury giną, kaczki a trzeba mieć na uwadze, że do wyginięcia wspomnianego nieosiągalnego, wymarzonego jednorożca – bażanta lis także dołożył swoje trzy grosze.
Kiedyś, jeszcze niecałe dwadzieścia lat temu, gdy polowałem na kuropatwy w tych malowniczych, gęstych lasach centralnej Polski, nad Nerem, Grabią czy Bzurą, nie do pomyślenia było, że w przyszłości ptak ten będzie takim samym białym krukiem jak choćby Ochar, przelotna kaczko - gęś, której co prawda zdarzy się odwiedzić nasze strony, ale czyni to niezwykle rzadko i szanse ujrzenia jej nad którymś z polskich jezior pozostają jedynie matematyczne, właściwie przypadkowe.
Ciężki los wytrawnego myśliwego. Rzecz jasna, nasi ojcowie mieli większy wybór, nie wiedzieli czego się mogą spodziewać idąc z fuzją do lasu o świcie, czy o zmroku, siadając w ambonie, brocząc po kolana w bagnie czy zakradając się w jakichś trzcinach, tatarakach, czy innych krzakach, gdzie zwykły śmiertelnik wejść by się nie odważył. Wytrawnym myśliwym niestraszny mróz, czy czarna jak smoła noc, choć oczywista sprawa, że księżyc jest ogromnym sprzymierzeńcem. Gdy jest pełnia zwierzęta nie mogą spać.
Ale cóż…Nam zostały lisy, zające i dziki. Czasami jeszcze trafi się szczęśliwcowi jakiś dorodny koziołek, czy sarna, zależy, jaki sezon.
Kaczki także się ujednoliciły – ostały się tylko krzyżówki. Widuje się je niemal wszędzie, w pobliżu akwenów wodnych – rzek, rzeczułek, jezior, stawów, czy choćby zbiorników retencyjnych – łażą wszędzie. Na ich brak akurat narzekać nie można. Podobnie zające, które jakby nie zauważyły, że na miejscu ich łąk wyrosły ludzkie bloki, parkingi, sklepy czy stacje benzynowe. Czasem, gdy wyjdzie się z domu bardzo wcześnie i nie hałasuje się zbytnio, można przejść obok takiego delikwenta buszującego w krzakach, przy ulicy czy chodniku.
Cóż z tego, kiedy znad rzek zniknął bażant i piżmak, cietrzewie zostały tylko na Mazurach, głuszec uciekł na wschód, w Kibiniemakier – na Syberię, czy w inne zapomniane przez Boga krańce świata, gdzie zakaźna, toksyczna dłoń cywilizacji nie położyła swych śmiercionośnych szponów.
Kuropatwy, które dziesiątkami przynosiło się kiedyś z nadnerskich lasów, czy Żuławskich bezkresnych pól odleciały też, grom wie gdzie. Tylko nieliczne, drobne ich stadka zagapiły się i zostały, lecz ich żywot w tych stronach świata to tylko kwestia czasu.
Od kilku już godzin wpatruję się w okno. Słońce wisi już wysoko nad koronami drzew, obrośniętymi młodym liściem; jego promienie przenikają przez gałęzie niczym przez dziury w rybackiej sieci. Minąłem po drodze wszystkie chyba rodzaje polskich lasów – iglaste, liściaste, mieszane. Oprócz tego pola, doliny, bagna, podmokłe łąki, wzniesienia, równiny, niziny, pola kukurydzy, pszenicy, kapusty…Widziałem zaledwie cztery młode sarny, jednego sporego jelenia, trzy szaraki, dziczka wędrującego spokojnie wzdłuż brzegu małego, płytkiego stawu i lisy. Tych ostatnich naliczyłem co najmniej dwanaście. Większość miała liche futro, krótkie, rzadkie kity i bezbarwne grzbiety. Chorowite wszystko – zaraza jakaś. Zdecydowanie za dużo się tego namnożyło. Kiedyś ustrzelenie lisa było opłacalne – ich futro znakomicie sprzedawało się na czapki, kurtki, rękawice. Było ich zresztą znacznie mniej. A teraz…Gdzie tam! Nikt nie kupuje niczego, ludzie nie mają pieniędzy, to też inna rzecz. Ale i lis wyszedł z mody, stracił na wartości. Jego futro jest już za grube na te coraz cieplejsze, deszczowe zimy. Nie te czasy. Na pewno…Nie te czasy.
-Dzień dobry, bilety do kontroli poproszę – usłyszałem wraz z hukiem odsuwanych drzwi przedziału.
Podniosłem wzrok na kontrolera. Wyglądał na starego wyjadacza. Niski, uśmiechnięty cwaniak ze staromodną, przedpotopową saszetką przewiązaną pod pachą i skórzaną torbą przewieszoną przez ramię. Wydał mi się moim rówieśnikiem. Miałem wrażenie, że przesiadł się właśnie z rdzewiejącego pociągu relacji Komuna – kapitalizm, miałem odczucie, że go znam. Być może pracowaliśmy razem przy budowie silników wiele lat temu. Cóż…On żądał biletu, a ja miałem ochotę uścisnąć mu dłoń.
Wiedziałem, że się dogadamy. Od razu mi ulżyło, bo przez pierwsze trzy godziny podróży brak biletu ciążył mi na żołądku niby połknięta cegła.
-Niech pan siada – zaproponowałem, kierując spojrzenie z powrotem na okno.
-Proszę bilet – powtórzył westchnieniem konduktor.
-Zaraz wszystko…Pogadamy, niech pan na chwilę usiądzie – nalegałem.
-Ma pan bilet?
-Nie może pan na chwilę usiąść? – Odwlekałem, szperając po kieszeniach kurtki.
Konduktor znudzony wypuścił głośno powietrze z płuc i przysiadł na siedzeniu naprzeciwko.
Przyjąłem minę spokojnego, lecz życzliwego spryciarza, strach i plątanie się w zeznaniach zgubiłyby mnie.
-Miałem, jadąc do Inowrocławia miałem. Teraz nie mam – przyznałem się.
-Więc nie ma pan…
-Panie…Skąd brać na te bilety?! – Przybrałem pozę poirytowanego buntownika. - Do kuzyna pojechałem pierwszy raz od kilku dobrych lat, popolować z nim.
-Jest pan myśliwym? – Spytał. Wciąż jednak nie wydawał się zainteresowany. Wyciągnął swój kajet, gotowy do wypisania mandatu.
-Wszystkie pieniądze wydałem ostatnio na pochowanie matki, miała Alzheimera, ja pierwszy raz od lat gdzieś wyjechałem. Do rodziny. Strasznie się pozmieniało w tych stronach.
-Yhm…
-W Łodzi byłem w zeszłym roku, tam się urodziłem! Panie! Szyby potłuczone! Pozamykane zakłady, fabryki! Gdzie to wszystko?!
-Kapitalizm, proszę pana – skomentował konduktor.
-Tak…Nie te czasy. Kiedyś to do Dąbia był bezpośredni pociąg, co kilka godzin jeździły, a teraz,…Co się z nimi stało?
-No wie pan, redukcja połączeń, PKP przynosi tylko straty, na wszelkie sposoby chcą klientów przyciągnąć – tanie bilety weekendowe, darmowy przewóz rowerów, zniżki, promocje.
-Oni się powinni sprywatyzować, kiedyś do pomyślenia nie było żebym się w Inowrocławiu przesiadał na osobowy. Ale nie tylko to, panie!
Konduktor podniósł na mnie wzrok. Nareszcie odłożył ten swój czarny notatnik.
-Co jeszcze?
-Ludzie są inni. Ja pierwszy raz od lat jadę pociągiem. Jest prawie pusty! Kiedyś to cały napchany. Teraz ludzie nie mają pieniędzy i tyle. Jak dwadzieścia lat temu odwiedzałem ciotkę w Dąbiu to stół zastawiony był zawsze po brzegi. Mięso, sałatki, owoce, Wódka, wino – wszystko. Taka była gościna. Ciasta, nie ciasta, serniki i inne. A teraz…Tyle, co z przyzwoitości.
A w Łodzi też…Autobusu szukałem żeby do urzędu po papiery matki pojechać. Akt urodzenia był im potrzebny żeby do ubezwłasnowolnienia, matka chora na Alzheimera, chodziło o przyznanie ojcowskiej emerytury na opiekę. Panie! Taryfę w końcu złapałem i mnie człowiek za marne dziesięć złotych przez całe miasto przewiózł! Kiedyś to kolejki do taksówek się ustawiały!
-Panie, teraz każdy orze jak może! – Zakonkludował konduktor.
-No pewnie, nie te czasy. A i konduktorowi się flaszkę zawsze dało – zasugerowałem przez życzliwy, szelmowski uśmieszek.
Ten zarumienił się tylko, zrozumiał, o co chodzi.
-Ważne było żeby było wesoło. Zawsze się można było dogadać. Z każdym! Teraz ludzie głupie, każdy tylko w siebie zapatrzony. A pociągi puste, rodzinny dom już nie tak gościnny jak kiedyś! Ludzie czasu nie mają, panie! Nawet zwierzęta z lasu poginęły, takie czasy popierdzielone!
-Cóż panu poradzę? – Westchnął znużony kontroler.
-No tak, po naszemu, po staremu by się jakoś dogadali chyba… - Szepnąłem, pochylając się nad nim.
-No wie pan…Zawsze się można dogadać. – Zgodził się.
-Tak jest. To się zgadza. Jak człowiek jest normalny, to zawsze. Nie ma znaczenia, jakie czasy, tylko trzeba być mądrym, bo jak człowiek głupi to się nigdy nie dogada z nikim. Obojętnie czy za Gierka, czy Hitlera, czy Wałęsy…Obojętnie. Ja lubię rozmawiać z ludźmi mądrymi. Nieważne czy pijak, policjant, złodziej czy kurwa…Lekarz! Przepraszam za wyrażenie. Nie lubię głupków.
-No i ma pan rację – przyznał konduktor.
-No, to ile tam? Niech tam pan policzy po swojemu tak żebyśmy obaj byli zadowoleni.
-Dokąd pan jedzie? Rozumiem, że przesiadał się pan w Inowrocławiu.
-Tak jest, do Gdańska, do domu jadę.
-To tak…Bilet kosztuje 45 złotych…Powiedzmy,…Że trzydzieści,…Jeśli pan ma… - Nieśmiało zaproponował kanar.
-Nie ma rozmowy – zgasiłem, mrużąc powieki i od razu sięgnąłem po portfel. Odliczyłem trzydzieści złotych.
-Nie, nie. Potem pan da. Jak pan będzie wysiadał. I niech się pan modli żeby te kurwy z Renomy nie wpadły w Tczewie, czy gdzieś.
Niech pan w razie czego przejdzie do nas, do pierwszego przedziału. A tymczasem niech pan siedzi tutaj, pociąg jest prawie pusty, będę prosił wsiadających żeby się do pana nie dosiadali. Rozumie pan?
-Tak, jak pan będzie chciał im sprawdzić bilety…
-Tak jest. Jeśli Renoma nie wpadnie, podejdzie pan do mnie przed Gdańskiem i wtedy…Rozumie pan. – Konduktor wstał.
-Wszystko jasne. Ok, dziękuję panu bardzo. Cześć. – Odetchnąłem. Są, jak widać ludzie, z którymi idzie się dogadać. Bo jak człowiek durny to żaden argument nie dociera. A tak facet trzy dychy jest do przodu. Dokładnie tak, jak powiedział. Każdy orze jak może! Takie czasy. Ludzie nie mają pieniędzy.

Opublikowano

eee no fajne :) wciągnęło, naprawdę wciągnęło, siedziałam i czytałam. Bardzo lekko napisany tekst, cudownie się czyta, to się właściwie samo czyta po prostu :) technicznie to ja się specjalnie nie znam, ale jeśli się tak dobrze czyta to jest chyba w porządku, nie rzucił mi się w oczy żaden większy błąd, bardzo chciałabym przeczytać całość, jest zadziwiająco wciągające!!! mimo, że nie znoszę myśliwych ;) pozdrawiam serdecznie, czekam na całość, gratuluje, bo styl jest naprawdę super i zapraszam do siebie! :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...