Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

"Tylko dla obłąkanych"


Rekomendowane odpowiedzi

Henryk siedział w fotelu. Był wieczór, wilgotny i szary. A może była już noc, tylko Henryk tego nie zauważył? To bardzo możliwe, bo siedział w fotelu od kilku już godzin, wpatrzony w niebo i brzozę, rosnącą nieopodal. Co by nie powiedzieć - nie rozstrzygniemy tu, czy był wieczór, noc, czy może właśnie świtało. Te trzy momenty doby są do siebie bardzo podobne, szczególnie,
kiedy mamy jesień. Nie wiadomo, czy była godzina osiemnasta, pierwsza czy piąta, bo warunki atmosferyczne są wtedy bardzo podobne - wilgoć, przeszywający chłód i szarość wokół. Gdybyśmy spytali Henryka, jaka to pora dnia (albo nocy), nic by nam nie odpowiedział; wzruszyłby może ramionami, ale na pewno zaintrygowałoby go to - pewnie porzuciłby na chwilę myśl, która go do tej pory pochłaniała i zastanowił się, dlaczego nie wie, czy jest noc, czy wieczór. Ale prawdopodobnie niedługo potem zamknąłby oczy i przez pewien czas słuchał swoich myśli, by w końcu powrócić, do przerwanego wątku. Można by się jeszcze zastanowić, który był dzień tygodnia, ale pojawiają się tu podobne trudności. Czym, oprócz nazw, różnią się od siebie poszczególne dni? Dni, w swej strukturze, niczym się od siebie nie różnią. Owszem, można powiedzieć, że w poniedziałek nikomu nie chce się iść do pracy czy szkoły - więc poniedziałek jest nienawistny - a w piątek wszyscy myślą o zbliżających się dwóch dniach wolnego. Lecz, jeśli ktoś, dla przykładu - nie pracuje, wtedy nie czeka na wolne i nie odczuwa zniechęcenia z powodu poniedziałku. Wtedy nie ma żadnej różnicy pomiędzy wtorkiem a czwartkiem i nie trzeba wiedzieć, czy teraz jest jeden czy drugi. Teraz jest teraz; potem też będzie teraz.

Henryka jednak bardzo zaintrygowało to, dlaczego nie wie i nie czuje, jaka jest pora dnia (nocy) i który jest dzień tygodnia. (Właściwie można by się zapytać, który jest dzień miesiąca albo roku; ale gdybyśmy to zrobili, biedny Henryk zacząłby się i nad tym zastanawiać, i pewno zapomniałby o pierwszych dwóch problemach) Może należałoby powiedzieć, jakiego rodzaju jest to zainteresowanie, bo czytelnik może sobie, na przykład, pomyśleć, że Henryk jest filozofem i dlatego "normalnie" nie pracuje, tylko siedzi w fotelu i godzinami patrzy na niebo i brzozę; taka etykieta bardzo dobrze pasowałaby - Henryk-profesor filozofii. Jednak Henryk nie jest filozofem i nie zaprzątajmy sobie głowy poszukiwaniami najlepszego dlań zawodu. Powróćmy do zainteresowania. Otóż, żeby być szczerym, Henryk nie analizuje problemu. Trzeba by raczej rzec, że to problem bada Henryka. To dosyć dziwne, może się nawet wydać podejrzane. Po takim wyznaniu, czytelnik może zacząć uważniej przyglądać się panu Henrykowi, ale też nam - opowiadaczom tej historii. Przez ten faux pas, możemy wszyscy wydać się mało wiarygodni, a przez to nasz czytelnik straci ochotę do dalszej lektury; pewnie pomyśli sobie - co to za bzdury; jestem poważnym człowiekiem i nie mam czasu na takie głupoty. Facet (ale skąd czytelnik wie, że jesteśmy facetem...?) zaczyna normalnie a nagle okazuje się, że opowiada jakieś bajki. Nie będę tracił czasu i poczytam gazetę albo dziennik obejrzę. Jeśli tak sobie, drogi czytelniku pomyślałeś, to przepraszamy, przez nieuwagę zapomnieliśmy, że już na początku należało postawić znak ostrzegawczy "Tylko dla obłąkanych".

Ale czas przerwać tę długą dygresję i wracać do pana Henryka, bo oto, odwrócił się on od okna i na przeciwległym fotelu spostrzegł mężczyznę. Nie trzeba chyba mówić, do jakiego stopnia zdumiony był tym widokiem nasz bohater, wystarczy nieco empatii, by stwierdzić, że podobna przygoda każdego z nas doprowadziłaby nieomal do zatrzymania akcji serca. O takiej możliwości pomyślał również pan Henryk, gdyż był przekonany, że nieznajomy jest złodziejem a do tego zapewne i mordercą; na dobrą sprawę, to nie wiadomo ile czasu siedzi już na tym fotelu. Pan Henryk zamyślony przyglądał się nieznajomemu; nagle wszystkie wątpliwości opuściły go, był tym tak samo zaskoczony jak my - jeszcze przed chwileczką podejrzewał mężczyznę o najgorsze zamiary, a teraz siedzi sobie spokojnie i czuje jakby sympatię do niespodziewanego gościa (do tego nazywa go "gościem"!). Mężczyzna wyjął z kieszeni cygaro i zapalił. Henrykowi bardzo to zaimponowało - sam nigdy nie palił, ale w jego wyobraźni papieros, a co dopiero cygaro, zawsze dodawało mu powagi – dla przykładu wystarczy wspomnieć tutaj choćby Jean Paul Sartre'a. Henryk nagle, niespodziewanie nawet dla samego siebie, przemówił:

- Wie pan, długo patrzyłem za okno, na ten dom; o, tamten za drzewem. Czy wie pan może, kto tam mieszka? Nie? To powiem panu. Widzi pan nawet stąd, że dom jest duży. Nigdy tam nie byłem ani nie rozmawiałem z właścicielem, ale tak na oko ma ze 300 m2 powierzchni. Można by się spodziewać, że mieszka w nim duża rodzina, może moją nawet służbę; proszę spojrzeć ile świateł się pali - tam na dole jest salon, widzi pan - te duże okna; a na górze, tam gdzie balkony, pokoje sypialne. Tak jak mówiłem - nigdy tam nie byłem, mogę się więc tylko domyślać, że w środku gdzieś jest stół bilardowy, prawdopodobnie również basen. Otóż, pana domysły są słuszne - mieszka tam duża rodzina: starszy mężczyzna, małżeństwo, trochę starsze ode mnie, mają trójkę dzieci. Zapewne czeka pan teraz na jakąś historyjkę związaną z tą rodziną; coś, co zaobserwowałem, przyglądając się ich życiu, a przyglądam się już dość długo. Ma pan rację - dużo mógłbym powiedzieć; zapisałem sobie nawet kilka ciekawszych spostrzeżeń, lecz nie chciałbym zdradzać panu żadnych intymnych szczegółów. Chciałem tylko podzielić się z panem pewną refleksją natury ogólnej, choć, w dużej mierze, dotyczy ona również mnie samego, ale nie obrazi się pan chyba o to...? Jak pan widzi, mieszkam sam, ale nie tylko mieszkam - w ogóle jestem sam. Jest pan w tym domu jedynym gościem. Nikt inny tu nie był, odzwyczaiłem się już od ludzi, od rozmów z nimi; właściwie nie są mi oni do niczego potrzebni, ja im zresztą też nie. Zastanawia się pan, po co więc przyglądam się tej rodzinie? Muszę się przyznać, że nie wiem. Od długiego już czasu myślę o tym. A musi pan wiedzieć, że jeśli się nad czymś zastanawiam, szczególnie, jeśli to mnie dotyczy, wtedy nie stosuję żadnej taryfy ulgowej - analizuję wszystko, przede wszystkim to, co sprawia mi największy ból - bo to jest właśnie najważniejsze...

Przez całe opowiadanie pana Henryka, nieznajomy siedział prawie bez ruchu, oddychał jednak ciężko i głośno. Pan Henryk nie widział jego twarzy, tym bardziej oczu, które na początku były bez wyrazu - zimne, utkwione w jakiś punkt ciemności za oknem, potem nieznajomy przyglądał się Henrykowi i kiedy ten zaczął mówić, mężczyzna począł niespokojnie wodzić wzrokiem po pokoju, nie zatrzymując wzroku na żadnym przedmiocie; oddychał coraz szybciej i kiedy Henryk wypowiedział ostatnie słowa, nieznajomy buchnął głośnym i zdrowym śmiechem. Pan Henryk oniemiał, zdawało mu się na początku, że mężczyzna jest dystyngowanym człowiekiem, zapewne wykształconym, obytym w towarzystwie; całego, długiego przecież, opowiadania wysłuchał z powagą - nawet nie poruszył się na fotelu, nawet nie westchnął; a na koniec taka reakcja?

- Proszę pana...Tak, to bardzo piękne, co pan opowiedział. Uważa pan zapewne, że pańska samotność jest bardzo szlachetna, a raczej uszlachetnia pan, nieprawdaż? Znosi pan ją cierpliwie, jest pan z niej dumny, a w chwilach słabości, lub odwrotnie - poczucia nadzwyczajnej siły lub pewności, przygląda się pan tamtej rodzinie, czyż nie? Nie będę oceniał pańskiego postępowania - to nie moje zajęcie - choć może się pan domyślać moich poglądów, po reakcji, na pańskie ględzenie. Tak - ględzenie właśnie, bo dla mnie tak to się nazywa; i jeśli myśli pan, że przeproszę za ten śmiech, że powinienem to zrobić - to niech pan wie, iż nie uczynię tego, nie czuję się winnym, nie mam wyrzutów sumienia. Sumienia...Jeśli mam być szczery, to muszę dodać, że pański sentymentalizm jest dla mnie śmieszny; sentymentalizmem nazywam pańską wiarę w uszlachetniającą moc samotności, cierpienia. Jest on śmieszny, ponieważ nie ma czegoś takiego jak szlachetność, cierpienie, sumienie - a jeśli jest to tylko w pańskiej, i innych, podobnych do pańskiej - głowach, biednych głowach, które cały czas wierzą w te bajki o ideałach. Ideały, i nie tylko one, już dawno umarły! ... Niech pan przyjrzy mi się. Jestem mniej więcej w pana wieku, czy dostrzega pan różnicę między nami? Tak, jest ciemno i dobrze pan nie widzi, ha - otóż i pierwsza różnica - ja wszystko widzę, mam świetny wzrok. Co jeszcze? Wybaczy pan drastyczny przykład, ale proszę wyobrazić sobie taką oto sytuację: wraca pan wieczorem z opery, załóżmy, że jest pan żonaty, niedaleko już od pańskiego wygodnego domu, nagle zachodzi wam drogę dwóch mężczyzn, jeden wyciąga nóż i żąda oddania wszelkich wartościowych rzeczy; co pan robi? Oczywiście oddaje wszystko i cieszy się, że uszedł z życiem. Natomiast ja jestem w stanie obezwładnić nie tylko dwóch takich napastników, ale i trzech, a może nawet i czterech. Niech pan teraz posłucha, dobrze znam tę rodzinę. I ma pan rację - bezbłędnie wskazał pan na salon i sypialnie na górze, wiedział pan też, że znajduje się tam stół bilardowy oraz basen - jestem pod wrażeniem i nie chce mi się wierzyć, aby pan nigdy tego domu nie odwiedził. Jednak do tej tezy przekonuje mnie to, że ani słowa nie powiedział pan o domownikach, a to jest, moim zdaniem, najbardziej interesujące. Powinien pan wiedzieć, jeśli uważa pan tę rodzinę za modelową, o paru szczegółach z jej życia, które zapewne każą zmienić panu zdanie, może nawet zmuszą pana do zaprzestania procederu podglądania. Otóż zaczął pan mówić o tej rodzinie wymieniając nasamprzód najstarszego mężczyznę, jako głowę rodziny zapewne. Niech pan wie, że nie jest on ojcem żadnego z małżonków, lecz kochankiem tamtej kobiety. Napomknął pan o jego wieku, może zdziwi się pan, ale ten mężczyzna nie ma więcej jak 45 lat. Pochodzi on z bardzo bogatej, arystokratycznej rodziny; młodość swoją przeżył bardzo intensywnie: zamieszkiwał w Paryżu, bywał w Moskwie, Stany Zjednoczone, przez dłuższy czas mieszkał w Tangerze; wtedy wydawało się, że osiądzie tam na stałe - poznał tamtejszą kobietę i zakochał się w niej; jednak po pięciu latach małżeństwa zostawił ją i wyjechał. W końcu, mając niecałe czterdzieści lat, zamieszkał tutaj. Z licznych swoich wojaży przywiózł ze sobą dwa uzależnienia - opium i miłość. Oba niszczą go. Dziwi się pan skąd tyle o nim wiem? Poznałem go w drodze. Ale to inna opowieść. Jesteśmy ludźmi tego samego gatunku, pokrewne dusze. Mógłbym panu jeszcze wiele opowiedzieć o jego życiu, choć może ciekawsza byłaby historia jego kochanki. Jednak widzę, że nie jest pan zainteresowany, czy aby dobrze się pan czuje?

W istocie, pan Henryk nie wyglądał dobrze - zbladł, oczy szeroko otwarte wpatrywały się w nieznajomego mężczyznę; oddech miał płytki i szybki. Nic nie zostało z tego spokoju, którym cieszył się jeszcze tak niedawno. Zastanawiał się pan Henryk, skąd wziął się ten człowiek; skąd tyle wie? Mimo, że nieznajomy, to wydawał się bliski, jakby Henryk znał go już kiedyś, jakby w przeszłości byli dobrymi przyjaciółmi, albo wrogami. Pan Henryk wstał i zaproponował gościowi szklaneczkę whisky, ten zgodził się, więc gospodarz poszedł do pokoju obok. Kiedy wrócił, zastał na swoim fotelu drugiego nieznajomego mężczyznę. Obaj cicho ze sobą rozmawiali. Nowoprzybyły podziękował za whisky, ale skuszony przez Henryka zgodził się na wino. Kiedy wszyscy mieli już alkohol, drugi nieznajomy, zaczął mówić:

- Bardzo interesującą dysputę panowie prowadzicie, niezwykle mnie ona zainteresowała, a że wyczułem, że niedługo i ja stanę się jej tematem, toteż postanowiłem ułatwić panom zadanie i samemu wszystko powiedzieć; dzięki temu unikniemy nieporozumień. Otóż rozczaruję panów i może nieco przestraszę, ponieważ rzecz nie jest prosta. Już na początku powiem, że zapewne będziemy mieli tutaj jeszcze kilku gości. Są oni niezbędni; ja, można powiedzieć, jestem tu implicite. Myślę, że obaj panowie przeczuwacie to. Użyłem tego słowa nie przez przypadek - przeczuwacie. Panie Henryku, niech pan przypomni sobie swój ostatni sen, zapisał go pan nawet w swoim notesie. Nie będę przytaczał jego treści, ale może warto powtórzyć, jak pan go skomentował: ten sen jest jakby przeczuciem...ahh, jakim przeczuciem - wspomnieniem, które siedzi we mnie, z którym nie mogę sobie poradzić; walczę ile sił, ale co raz - przegrywam; nie mam już sił; gdybym miał kogoś, ktoś na pewno by wiedział, pomógł by. Przeczuwam jakąś barierę; ogromny mur, gdybym mógł przez niego przejść, tam jest coś, co mi pomoże Tak pan pisał. A pan - niech pan powie, czy kiedy mówił teraz o umarłych ideach, potem o tym mężczyźnie - czy nie zdawało się panu, że to nie wszystko, że jest coś jeszcze?; a może pan także pomyślał o murze, czy o drzwiach, nieprawdaż? Wydaje się, że macie panowie wiele wspólnego. Pan mówił o pokrewnych duszach. A czy pan nie miał wrażenia, że znacie się, skądś, kiedyś; opowiedział pan dość dokładnie topografię domu tamtej rodziny, choć mówił pan, że nigdy tam nie był; a może pan był? Proszę panów, muszę już zniknąć. Niebawem pojawią się kolejni goście i to, co teraz jest jedynie przeczuciem, nabierze bardziej namacalnego kształtu; wtedy też zrozumiecie, dlaczego jestem tu implicite, można też powiedzieć, że in spe. Ale nie obawiajcie się, wszystko zostanie wyjaśnione.

Po tych słowach nieznajomy zniknął z fotela pana Henryka; ten po raz kolejny bardzo się przestraszył, bo do tej pory nie pomyślał, w jaki sposób zjawili się tu obaj mężczyźni. Nie trzeba chyba opowiadać, że przepowiednie drugiego mężczyzny sprawdziły się - w salonie pana Henryka pojawiały się kolejne postacie, które opowiadały swoją historię. Z każdą kolejną opowiastką pan Henryk coraz namacalniej odczuwał to, o czym mówił drugi nieznajomy. Jego przepowiednia nie sprawdziła się jednak do końca. W pewnym momencie przybysze zaczęli znikać i pan Henryk został znów sam; nie wszystko zostało wyjaśnione. Co gorsza, przez długi czas, po tych tajemniczych odwiedzinach, nasz bohater czuł się bardzo źle - wcale nie wychodził już z domu, cały czas zdawało mu się, że ktoś jest w pokoju lub zaraz się w nim pojawi; najbardziej męczące było ciągłe poczucie dwoistości, albo gorzej - wielości, ogromnej wielości, poczucie, które tliło, czasem paliło się w duszy pana Henryka. Kiedy był już w stanie wyjść z domu, takie uczucie kazało mu gnać przed siebie, obojętnie gdzie, byle nie zostawać w domu. Ten dziwny stan, bardzo zaniepokoił pana Henryka, bo niedługo potem pojawiły się myśli samobójcze i wtedy przed nimi musiał uciekać. Jednak przy tym wszystkim bardzo jasno pamiętał pan Henryk słowa drugiego nieznajomego, te, które mówiły, że wszystko zostanie wyjaśnione, i mimo, że teraz wszystko wydawało się panu Henrykowi podwójnie lub nieskończenie bardziej skomplikowane, to w rzadkich chwilach spokoju, kiedy siadał, tak jak wtedy na fotelu i patrzył na dom za drzewem, wtedy ufał szczerze, że naprawdę wszystko się wyjaśni.

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...