Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wierzę w co dwie głowy
i w to jak babka wróżyła

Nie lubię
niewypełnionej przestrzeni
pod tamtą stroną kołdry

drażnią nawet skarpetki
nie do pary

Niby tak można jednym płucem
ale zawsze to będzie kalectwo

Boże
Jakaś ty dwojaźliwa

Opublikowano

świetny! jak trzaśnięcie biczem!podoba mi sie a najbardziej ostatni wers"jakaś ty dwojaźliwa"
lubię czytać te Twoje przewrotne myśli - są tak jasne i proste dla mnie jak czysta tafla jeziora ,utożsamiam sie z nimi.
pozdrawiam JAE
BS

Opublikowano

fajny
okroiłabym trochę i poprzestawiała np. coś takiego:
wierzę w co dwie głowy
i w jak babka wróżyła

nikt nie lubi ----------------> ryzykowne, może ktoś jednak lubi:)
niewypełnionej przestrzeni
pod tamtą stroną kołdry

nawet skarpetki
nie do pary drażnią

niby można jednym płucem
ale to będzie kalectwo

Boże, Jakaś ty dwojaźliwa


taki wydaje mi się fajniejszy
:)
pozdrawiam

Opublikowano

Yyy..
Dzięki wszystkim,jestem zaskoczona szczerze mówiąc,
myślałam że za dużo enterów i w ogóle..
Wybaczcie,ale podziękuję tak zbiorowo wszystkim za wejście i komentarze,motywujące z resztą.
ponad to:
Stanko,wiedziałam że to Ci się najbardziej:)))
Michale: szokens:)

pozdrawiam wszystkich cieplutko
martyna

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




No dobra,raz na zawsze,entery ułaskawione.co do uogólnienia,nikt nie lubi,pokaz mi kogoś kto lubi!:) Jak mówi ze lubi to kłamie żeby było lżej.Ale nie lubi,ewentualnie przyzwyczaił się a to nie to samo.Hehe,nie zmienie,za nic!chyba ze za zimne piwo bo gorąco..dzięki że wpadłaś no i dzięki za pomoc,tę wcześniejszą i w ogóle,pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...