Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jaś, dopiero poznawał życie. W wieku 13 lat ze zdumieniem odkrył iż fundamentalne jakby się zdawało jego prawdy, są bez skrupułów łamane przez tych którzy prawdy te głoszą.
Nie mieściło mu się to w głowie.
Jak to jest możliwe aby ksiądz, ten prawie święty człowiek był aż tak grzeszny.
Był ministrantem w miejscowym kościele a że naturę miał niespokojną i ciekawą wszystkiego, zaglądał do każdego zakamarku gospodarstwa „starego” jak mówili o proboszczu młodzi księża.
Do widoku pijanego proboszcza przywyknął, jednak pamięta dobrze jakie to wywarło na nim wrażenie kiedy pierwszy raz natknął się na pijanego w sztok i bluzgającego przekleństwami kapłana.
Przez kilka nocy nie mógł spać a rano kilka razy z rzędu, budził się przemoczony własnymi sikami.
Jakoś późną jesienią po wieczornej mszy, zaproszony przez zaprzyjaźnionego wikariusza Stefana na świeże ciasto, przechodząc obok plebanii, zauważył chyłkiem przemykającą kobietę. Rozpoznał ją. Była to miejscowa piękność, żona znanego w mieście handlarza dziełami sztuki i staroci. Z racji że pochodziła podobno z Warszawy przylgnęła do niej ksywka „Warszawianka”.
Nie zdziwiło go to zbytnio, bo do proboszcza przychodzili różni ludzie.
- No witaj Jasiu. Co msza się przeciągnęła?
- Nie! Ino Ksiądz Mieczysław wysłał mnie po papierosy!
- Siadaj. Popatrz, jakie to przysmaki siostra Barbara przygotowała. Powiedział ksiądz Stefan, kładąc na stole półmisek pełen ciasta przekładanego owocami.
- A ksiądz proboszcz to już przyjechał?
- Nie, chyba nie. Jak nie ma samochodu, to nie ma go.
- Bo Warszawiankę widziałem jak wchodziła do proboszcza.
- Ma swój klucz. Oh! Żachnął się adept sztuki duchownej.
Jaś jadł chwilę w milczeniu patrząc jak wikariusz uśmiechając się do siebie skrycie, przygotowuje herbatę.
Naprzeciw, na ścianie wisiał przedmiot westchnień Jasia. Gitara.
Patrzył błyszczącymi oczami na instrument marząc o tym jakby to było fajnie umieć tak grać jak wikariusze.
Podziwiał ich za rozliczne umiejętności. A najbardziej chyba za ich ujmujące i zawsze grzeczne zachowanie. Potrafili także w lot powiedzieć coś bardzo mądrego i dowcipnego.
Z dworu dał się słyszeć warkot przejeżdżającego auta.
- O! Chyba stary przyjechał. Wyrwało się księdzu.
Jego twarz stężała w oczekiwaniu. Jakby skulił się w sobie.
Szperając między książkami, odszukał Katechizm i położył go na stole przed Jasiem.
Jaś współczuł Księdzu Stefankowi i Mieciowi, - jak mówiło się na tych dwu sympatycznych wikariuszów.
Podobno, podczas ostatniej kolędy, pijany proboszcz kazał im pewnego wieczoru, zaraz po przyjściu do wikaryjki, do naga się rozebrać i na oczach organisty i jego żony przeszukiwał ich czy nie schowali przed nim pieniędzy.
Ile w tej plotce było w tym prawdy Jasiu nie wiedział.
- Pójdę już.
- Zostań jeszcze trochę. Ksiądz Mieciu chyba prędko nie wróci. Chyba jednak pojechał do chorego, jak go do tej pory nie widać.
Charakterystycznie zadudniła gitara zdejmowana ze ściany.
Stefanek rozjaśnił się. Chwilę brzdąkał bezładnie strojąc gitarę a po chwili miękkim, ciepłym głosem zaczął śpiewać.
- Po jakiemu to?
- Po łacinie. To Inwokacja z Pana Tadeusza. Przetłumaczyłem.
Jaś słuchał zauroczony.
- Muzyka też moja! Pochwalił się Stefanek.
- Weź gitarę. Pokażę ci dwa proste chwyty którymi możesz sobie akompaniować. Te chwyty pasują do wielu melodii. Ten a-mol a ten... paluszki są tak samo ustawione...b-mol. Powiedział, ustawiając niezgrabne palce chłopca na drugim i trzecim progu gitary. Zobacz, co można nimi wygrać. I tu nucąc różne melodie, wprawił małego kolegę w zdumienie że instrument ten jest taki łatwy.
- A teraz próbuj sam
Jaś z przejęciem zajął się czarodziejskim instrumentem. Niezdarnie ustawiając palce niemiłosiernie zaczął rwać struny.
- Jasiu! Zmiłuj się! Stefanek wychylił głowę z sąsiedniego pokoju jak zwykle uśmiechając się przyjaźnie.
Zadzwonił telefon.
- Tak, słucham.
Stefanek przez chwilę czegoś pilnie słuchał po czym zmieniając się na twarzy powiedział głucho.
- Ale co się stało!
Jaś w odpowiedzi usłyszał gwałtowne skrzeczenie w słuchawce.
Blady z przejęcia ksiądz drżącymi rękoma zaczął wykręcać jakiś numer po czym wezwał pogotowie.
- Tak. Tak! Do księdza!
- ?
- Nie, nie wiem co księdzu się stało. Mam powiedzieć że do rozdzielenia dwu ludzi na miejscu.
- Jak to niemożliwe!! Krzyknął do słuchawki zmienionym głosem.
Ile waży proboszcz? Pewnie ze sto dwadzieścia kilo. A po chwili przerwy dodał gwałtownie czerwieniejąc na twarzy.
- Chyba niecałe sześćdziesiąt!
Niecierpliwie przestępując z nogi na nogę burak wydukał.
- Musisz już iść Jasiu. Proboszcz zaniemógł. Muszę wszystko zabezpieczyć. Acha!
Nikomu nic nie mów. Bardzo Cię proszę! Przyrzeknij mi że nie powiesz!
- Przyrzekam
Dopiero po kilku dniach Jaś dowiedział się od kolegów co też przydarzyło się Warszawiance.
Podobno na spotkanie księdza i Warszawianki wyległ na podjazd izby przyjęć, cały personel szpitala.
- Ksiądz też człowiek. Komentowały kobiety.
Jaś był zdumiony ich zachowaniem. I jakby ich przybyło na mszach. A proboszcz, zachowywał się jakby nigdy nic. Tylko Warszawianka gdzieś zniknęła.
Jej mąż nagle postarzał się. Zszarzał i przygarbił.
Mężczyźni byli wojowniczy.
- Skurwysyn! I idź tu do takiego do spowiedzi!
Bardziej pobożni nie mówili nic.
Czas leczy i każe przebaczać i zapominać.
Jan, czy to pod wpływem zachowania proboszcza, czy też pozostając pod wpływem wielości przeczytanych książek a może na skutek własnych przemyśleń, dość że od pamiętnego wydarzenia mało romantycznej randki proboszcza z Warszawianką, przestał chodzić do kościoła. Przestał wierzyć w misję kościoła. Nie uważał aby kościół wychowywał wiernych. O kościele przypomniał sobie po latach, kiedy sam został ojcem a nie mając innego wzorca wychowywania swoich dzieci jak matczyny, zaczął ze swoimi latoroślami na powrót do niego chodzić. Usprawiedliwiał to tym, jakoby kościół nie uczył niczego złego.
Od 2 lat prowadził niewielką firmę instalacji sanitarnych. Chociaż na brak klientów nie narzekał, nie mógł odłożyć sobie nawet na używany samochód dostawczy.
Kiedy zjawił się u niego dobrze mu znany organista ze zleceniem na wykonanie dwu łazienek właśnie w wikaryjce,- zacierał ręce.
- Nareszcie cieplejszy klient.
Ale proboszcz, nie dość że nie zapłacił za wykonaną przez niego usługę, to jeszcze z ambony głosił jakie to duże obciążenia finansowe musi ponosić w związku z przeprowadzanymi remontami i wzywał wiernych do hojniejszych datków na tacę.
Wierni zaczepiali Jana na ulicy.
- Boga w sercu nie masz! Co tak drzesz od księdza!
I chociaż opowiadał ile to ksiądz jest mu winien pieniędzy, widział że nie wierzą w jego tłumaczenia. Stali za księdzem. Był gwarantem ich miejsca w niebie.
Nie przeszkadzały im nawet plotki o posiadaniu przez proboszcza w oddalonej o 25 km miejscowości, dziecka i kochanicy. Podobno proboszcz wybudował im tam niezłą willę!
Nie przeszkadzało wiernym nawet to że co poniedziałek spotykał się wraz z innymi księżmi z sąsiednich parafii na pokerze a z jakimś równie pobożnym księdzem na jednej z z balang założył się o ponoć dużą sumę pieniędzy, kto dłużej podczas podniesienia, będzie trzymał wiernych na kolanach. I tak się złożyło że Jan przypadkiem był ze swoimi dziećmi na tej mszy na której podczas podniesienia, wierni klęczeli niezwykle długo.
Znał formułki klepane przez prowadzących msze, jednak tym razem słyszał że jest to jakaś msza nadzwyczajna, bowiem ksiądz trzymając monstrancję w rękach, w setkach nie wypowiadanych przedtem nigdy słów wielbił Pana Boga, niemiłosiernie przedłużając ceremonię.
Kolana pękały. Dzieciaki jak zwykle były razem z przodu, Jan natomiast skromnie sam pod chórem. Wstał, nie czekając końca. Spojrzał po zebranych.. Kilka osób również nie wytrzymało. Reszta pobożnie, ze schylonymi głowami w pokorze słuchała peanów diabła na cześć Boga. Wtedy coś w nim pękło. Zrozumiał że ten w ornaty ubrany mężczyzna stojący przed ołtarzem jest zwykłym chuliganem kpiącym sobie z ludzi, moralności a przede wszystkim z samej religii. Olśniło go. Przecież to ateista!





W rodzinie miał aż dwu księży. Jednego z niech niewiele znał jeżeli nie licząc nic nie znaczących kilku przypadkowych kontaktów w dzieciństwie. Za to dobrze znał jego matkę. Mądrą, wykształconą kobietę która żaliła się przed nim jaki był podły nie tylko jako dorastający młodzieniec ale już nawet jako wikariusz. Dokuczał jej tak że postanowiła utemperować go przy pomocy proboszcza, pełniącego rolę duchowego opiekuna młodego księdza.
Nietrudno się domyślić że ten nie kiwnął palcem w jej obronie. Wkrótce wyrodny syn opuścił mamę dostając pewnie „za karę” niezbyt oddaloną, ciepłą parafię.
Drugi z księży natomiast, rychło po święceniach kapłańskich, czując „wolę bożą” został szczęśliwym ojcem, po czym pod naciskiem rodziny wystąpił z kościoła.
Uśmiechnął się do siebie. Był na uroczystości wyświęcenia swojego pociotka, zakończonej popijawą alkoholową w jego domu, gdzie wszyscy udawali że piją oranżadę!
Najbardziej jednak do jego właściwej odmiany duchowej przyczynił się inny kapłan.
Ten na zawsze odmienił jego życie.
Właścicielem pewnego ośrodka wypoczynkowego zlokalizowanego nieopodal religijnej stolicy kraju była Kuria Biskupia w osobie pewnego Paulina.
Co jakiś czas w ramach nadzoru nad powierzonym mieniem, personelem i pensjonariuszami, Paulin ów zjeżdżał do ośrodka gdzie w ustronnym, zagajonym miejscu stał jego służbowy domek wypoczynkowy.
Jan nigdy nie zapomni tego człowieka. Miał na imię Józef, tyle że drugie imię, na znak służebności cierpiącym, przybrał od Matki Dziewicy - Maria.
Tego dnia Jan zauważył niespotykany na co dzień, ożywiony ruch w ośrodku. Co rusz ktoś na przykrytych półmiskach coś zanosił do owego domku.
- A cóż to za przygotowania? Zapytał kobietę z cywilnego personelu ośrodka.
- Nasz kierownik przyjeżdża. Odpowiedziała biegnąc po kolejne nakrycie.
Nie mając nic większego do roboty, ukradkiem obserwował nie kończące się przygotowania. Podobnie jak on, udając obojętność, zerkały na domek kierownika ciekawskie kobiety będące większością na tym turnusie.
Był to bowiem turnus zorganizowany dla niepełnosprawnych dzieci i ich opiekunów.
Tak się często dzieje niestety że opiekunami niepełnosprawnych dzieci są przeważnie kobiety. Mężczyźni raczej czmychają gdy urodzi się chore dziecko.
Pod wieczór – przyjechał. Nowiutki, grafitowy Passat skromnie terkotał chwilę, po czym zamilkł pod ocienionym domkiem.
Personel usłużnie otwierał drzwi i wprowadzał duchownego. Był młody, dość przystojny, około trzydziestu pięciu lat.
Pod koniec wieczoru, od domku kapelana, na cały nieduży ośrodek rozchodziły się odgłosy przyjęcia.
Jana obudziło stukanie w szybę.
Powoli, śpiąc prawie, wstawał niezdarnie. Leżąca obok niego kobieta także się obudziła. Bezładne stukanie w szybę i w ścianę powtarzało się natrętnie.
- Kto tam do diaska! Powiedział głośniej.
Ubrał się wreszcie i wziąwszy latarkę wyszedł przed domek. Z sąsiednich domków, obudzone, także powychodziły kobiety.
- Tam, tam! Wskazał ktoś na ciemną postać majaczącą nieopodal, na tle krzaków. Jan był jedynym mężczyzną w tym gronie. Pokonując strach, puścił się pędem w stronę tajemniczej postaci i z bliska oświetlił jej twarz.
O kurwa! Przecież to ten zakonnik! Józef-Maria. Pomyślał prawie przerażony.
Zapatulony w ciemny koc, intruz stał nieruchomo w krzakach. Jan poczuł odór alkoholu.
- A, to ojciec. Powiedział usprawiedliwiająco siląc się na spokój.
Tamten stał jeszcze chwilę, po czym chwiejnym krokiem udał się w stronę swojego domku.
- Zbok! Nic tylko zbok.
Znowu pukanie,- tym razem w oświetlone drzwi domku.
- No ja go chyba. Rozwścieczył się znowu przebudzony. Wyskoczył w piżamie.
- To ja. Choć coś ci pokażę. Sąsiadka ciągnęła Jana za rozpiętą połę pidżamy. Wyszli kilka metrów zza domek.
- Tam!
Jana zamurowało!
- Jezu! Jęknął. Lecz na jego twarzy malowała się nieukrywana satysfakcja.
Jak w porno-teatrze, w jasno oświetlonym domku za nie zasłoniętymi, nisko zabudowanymi dużymi oknami, w miłosnym akcie na stojąco, trzepotały się sąsiadka Fredzia i posuwający ją od tyłu... Józef Maria.
Obydwoje goli jak święci tureccy. Fredzia opierała się. Opierała się rękami o stół. Za każdym pchnięciem, stół dobijał głośno do drewnianej ścianki domku.
Patrzący podeszli w mroku bliżej. Mały domek drżał i stukotał. Fredzia co raz podnosiła nisko opuszczoną głowę i wtedy było widać jej zamknięte oczy i rozchylone z lubością usta.
Widać że jej było dobrze.
Zakonnik operował z tyłu.
Czasem z trudem utrzymywali równowagę.
- Ale są nawaleni. Nawet zapomnieli zgasić światło. Ale jaja!
Nie wiedzieć skąd, przed domkiem pojawiła się grupka kobiet.
Ktoś rzucił patykiem w okno.
Nie spłoszyło to aktorów. Nawet nie zauważyli.
- Chodźmy. Dajmy im skończyć.
- A dzisiaj rano o 8 ma być powitanie ojca Józefa Marii.
- Jak to. Powitanie jego?
- Na naszej tablicy ogłoszeń tak pisze. Powiedziała któraś z kobiet.
- On? Jak to. Tego za oknem? Jan, podniósł głos z niedowierzaniem.
- Jeżeli Józef Maria, to chyba on! Ale chyba nie zdąży. Już dnieje. Powiedziała śmiejąc się.
- Niesamowite! Ale jaja!
Jakoż z trudem ale podekscytowany nocnymi doznaniami, wybrał się na mszę wraz ze swoja przyjaciółką. Stanęli najbliżej. W pierwszym rzędzie.
Ala, przyjaciółka Jana była podniecona nieco bardziej niż zwykle. Była raczej emocjonalną osobą i na wszystko reagowała dość żywo. Dzisiaj, widać było że tłumi podniecenie, co jednak przychodziło jej to z najwyższym trudem.
Miejscowy proboszcz na wstępie po pochwaleniu Boga zapowiedział:
- Dzisiaj mamy zaszczyt gościć niezwykłego gościa w naszej skromnej parafii – ojca Paulina Józefa Marię! Po chwili przerwy ciągnął dalej.
- Ojciec Józef Maria który drugie imię przybrał od Marii, Matki Bożej na znak cierpienia, pokory i służby uciśnionym i chorym, jest opiekunem wszystkich cierpiących w naszej diecezji. Poprzez częste kontakty z chorymi niesie im ulgę i nadzieję na przyszłe życie, wolne od cierpień.
Skromne fundusze Kurii nie pozwalają jednak na pełne utrzymanie wszystkich przydzielonych ojcu domów opieki i ośrodków dla chorych dzieci.
Charyzmatyczny Ojciec Józef Maria jednak nie zraża się i jeżeli nie może zapewnić im pełnego utrzymania datkami wiernych, nie waha się prosić o wsparcie samego Watykanu. Poprzez swoją służebną postawę, jest dobrze znany nawet naszemu Ojcu Świętemu!
Tak zapowiedziany gość, godnie wkroczył na arenę ołtarza gdzie jak zaobserwował Jan, zachowywał się pewnie, bez śladu pokory i nocnych przeżyć.
Ma zdrowie. Trening czyni mistrza. Pomyślał Jan.
Po podziękowaniu za powitanie, znakomity gość zaczął opowiadać o swojej misji niesienia pomocy chorym, po czym wtrącił:
- Zawsze musimy czuwać z pomocą Pana Boga nad wszystkimi, a szczególnie nad tymi którzy obronić się sami nie potrafią. Nie potrafią, albowiem najczęściej nie umieją odróżnić dobra od zła. Diabeł czyha wszędzie na swoje ofiary i nawet takie miejsca jak nasze które wydawało by się powinny być wolne od zakusów szatana a w których znajdują się moi bezbronni, małoletni podopieczni, nie są wolne od jego zakusów.
Tu zawiesił głos, jakby dla dodania większej rangi temu co za chwilę powie.
- Szatan wszędzie próbuje swoich diabelskich sztuczek. A kto jest na te sztuczki najbardziej narażony? Oczywiście, - dzieci!
I dlatego miejsca w których te bezbronne istoty przebywają (grzmiał) winny być wolne od grzechu! Nie ma tam miejsca nawet na występek. A najlepszy przykład oprócz nas duchownych, powinni dawać sami rodzice i opiekunowie. Ale niestety! Zdarza się że oni sami często popełniają grzech śmiertelny.
W kościółku powiało grozą.
Wierni z trwogą spoglądali po sobie.
- Bo oto zdarzyło się że w tutejszym ośrodku jest osoba która przebywać w nim nie powinna! Nie jest ani rodzicem ani opiekunem nieszczęśliwego dziecka - a jest!
Jest razem z jego matką.
Dopóki mężczyzna ten nie ma ślubu kościelnego z matką dziecka, obcując z nią, popełnia grzech śmiertelny narażając i matkę i dziecko na niebezpieczeństwo niedostąpienia do zbawienia wiecznego!.
I dlatego... człowiek ten powinien jak najszybciej opuścić nasz przybytek i nigdy nie przeszkadzać rodzinie.
Jan zmartwiał. Rany Boskie!! Przecież to o nim!
I w tym momencie pojął że to jego Ala, przewodnicząca grupy, była na celowniku chutliwego kapelana. To do niej dobijał się wtedy w nocy zawinięty w koc – tajemniczy Don Pedro! Jan przeszkodził mu.
Ale najpierw pomógł. Podrzucił mu dupcenie do domu, do Kurii.
Jakoś na miesiąc przed wyjazdem dzieci do ośrodka, mocno przecież zakochany, pomagał Ali w jej chwalebnych poczynaniach, między innymi organizowania wypoczynku dla niepełnosprawnych dzieci. W celu omówienia z kierownikiem, szczegółów dotyczących pobytu dzieci w ośrodku, zawiózł Alę do oddalonej o 70 km siedziby Kurii, do ojca Józefa Marii.
Miało być krótko.
Czekał w samochodzie na Alę cztery godziny.
-Dobry jest. Pomyślał dupek.

Opublikowano

Poczulem się zobligowany do skomentowania:) I zrobię to, ale żeby to zrobić rzetelnie przy tak długim tekście, muszę się skupić. Mam nadzieję, że uda mi się zasiąść do tego jeszcze dzisiaj, a nawet jeśli nie - to i tak obiecuję, że zrobię to asap. Także proszę o cierpliwość. Po wstępnym przepatrzeniu mogę powiedzieć tyle, że język nie kuleje (ale mógłby być lepszy, spoko - to z czasem), ale pojawiają się błędy interpunkcyjne:)

PS: Grasz na gitarze (mam widać wzrok wyczulony na słowo "gitara", bo zaraz zauważyłem:D)?

Opublikowano

Interpunkcja, jest moją słabością
Nigdy nie przywiązywałem do tego wagi i proszę! Zemsciło się.
Teraz brakuje mi tej wiedzy.
Ale nic to! Najwazniejszy temat i styl - jak mi sie wydaje.
Żyłem i żyję nadal dość intensywnie i mam co opowiadać.
Na gitarze juz z rzadka. Tracę powoli głos.
Mogę sie na mruczenie przerzucić. Co mi szkodzi!
Dziękuję za odzew. Będę wdzięczny za kazdy w miarę wiarygodny komentarz.

Opublikowano

Ojejku, strasznie toto słabe.

1. Monotematyczne. Nie można tak napisać całego długiego opowiadania.
2. Zaangażowane. Dobry artysta - moim zdaniem - tak bezpośrednio się nie angażuje w kwestie polityczno-religijne. Dysponuje tak zwanym "płaszczem ironii".
3. Język jednak dużo słabszy, niż sie zdawało. Pewnie tego nawet dokładnie nie sprawdzałeś, bo aż się roi od jakiś stylistycznych niedoróbek.
4. Interpunkcja, ale to już mówiłem. Zadbaj o to, bo czasami bardzo utrudnia zrozumienie.
5. Brak pomysłu. Wiesz, ile już było takich historyjek? Multum. A tutaj nie ma niczego, co czytelnik mógłby zapamiętać.

W zasadzie jedno, co mi się spodobało i co jest godne zapamiętania, to ta kobitka, która się opierała. Rękami o stół (I tak radzę to zapisać, po sapkowsku: opierała się. Rękami o stół), bo z powtórzeniem wygląda marnie.

Bardzo dużo pracy przed tobą. Nie masz niestety dobrego stylu - wręcz masz styl słaby. A i tematy mógłbyś wybirać cokolwiek lepsze...

Opublikowano

Dzięki Sceptic.
Tak podejrzewałem. W stosunku do siebie nie można być obiektywnym.
Spróbuję inaczej. Obawiam że jednak polot, jeżeli kiedykolwiek był - uleciał.
Wyślę Opis burzy. Krótsze.
Pozdrawiam Dejokat.

Opublikowano

Alinka
Czyli zew natury
(Fragment)


Tego roku lato nie było łaskawe dla dzieci.
Chłopiec, przylepiony twarzą do szyby okiennej obserwował świat. Pociemniało. Napływające, nie wiadomo skąd chmury zasnuły już całe niebo. W miejscu, gdzie zwykle o tej porze powinno być słońce pojawiła się nisko wisząca ciemna chmura.
Z zaciekawieniem oglądał jak chmura zakrywa brzuchatym cielskiem coraz to większą połać nieba. Tylko tam nisko, nad samym horyzontem, jaśniało jeszcze, od bijących z nieba złotych promieni słońca. Zazdrościł tamtej ziemi że pewnie jest lepsza skoro Pan Bóg nie karze jej ciemnymi chmurami.
Na szyby zaczęły z rzadka padać pojedyńcze krople deszczu.
Pomimo iż budzący się wiatr, chaotycznie rozsiewał je, krople deszczu gęstniały. Malec z uwagą odprowadzał wzrokiem kulących się, z rzadka przechodzących pośpiesznie ludzi, już smaganych wiatrem i gęstniejącym deszczem. Wiatr zabawiał się, marszcząc szybko powstające kałuże wody, huczał i gwizdał w nieszczelnościach okien, a po drugiej stronie ulicy potrząsał majaczącymi w deszczowych strugach drzewami.
Naprzeciw okna, szarpana jego podmuchami, jakby próbując uwolnić się od natrętnych zaczepek, wywijała się krzywa sosna i chociaż opatrzona krzyżem i osłonięta podobnie jak mieszkańcy domku z naprzeciwka jego zbawienną mocą, tak samo jak inne drzewa przytwierdzona do ziemi korzeniami, trwała w nienaturalnym tańcu.
Dwa dolne konary drzewa, wzniesione w stronę ciężkich, napływających skądś ołowianych chmur i rysująca się powyżej nich głowa, wciąż smagane wiatrem i deszczem, skręcały się i zginały w ukłonach, by po chwili znowu się wyprostować. Postać, swoim kształtem zdawała się prosić wiszące nad nią chmury o uwolnienie od zbyt swawolnego wiatru.
Chociaż niedawno było południe, w izbie pociemniało a na dworze jakby zapadł zmrok. Teraz chłopcu wciąż przylepionemu do szyby okna zdawało się że widzi otwory oczu i bezzębnych ust w głowie walczącego o przetrwanie drzewa. Usta otwierały się w niemym zdziwieniu a czasem uśmiechały się upiornie, jakby na przekór wiatrowi.
Na horyzoncie, ni stąd ni zowąd pobłyskiwać zaczęły pojedyńcze wyładowania. Niewidzialna ręka pośpiesznie, nieregularnymi zygzakami przecinała chmury. Co raz to w różnych miejscach, ołowiane chmury rozświetlały się zamieniając się w gigantyczne, ogniste, poszarpane lampy niebios. Lampy zbliżały się.
Wiatr, spychał odgłosy wyładowań, nie dopuszczając ich potęgi do małego. Tymczasem chmury na dobre otwarły się w ciemności, wyzwalając uwięzione weń morze wody. Lało.
Nagle oślepiający blask, potężny huk i trzask sparaliżował wszystko co żyło. Chłopiec jak oparzony odskoczył od okna. Kolana mu drżały.
W domostwie zgasło światło, pewnie dając pierwszeństwo światłości niebieskiej.
Przerażony i sparaliżowany strachem wciąż patrzył w okno. Nie mógł oderwać od niego oczu. Tam, za firanką, w głębi, nie było już uczłowieczonego cierpiącego drzewa. Po kikutach jego konarów przesuwały się nieśmiało, gaszone ulewą, języki ognia.
Matka gorączkowo zapalała gromnicę i odsuwając syna dalej od okna powtarzała słowa modlitwy.
- Ojcze nasz któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja.
Ustawiwszy świecę na parapecie okna wzięła chłopca na ręce i mocno, mocno przytulała do piersi jak coś najcenniejszego, co chciałaby ocalić od wszystkiego złego.
Usiadła i kołysząc lekko sobą, podświadomie chciała uśpić przerażonego gniewem nieba syna aby oszczędzić mu strachu. Modląc się prosiła Opatrzność o ochronę przed wodą, ogniem i wojną.
Oślepiający błysk znowu rozdarł niebo, rozświetlił izbę a potężny hukotrzask wypełnił wciąż przerażone zmysły domowników. Prawie w tej samej chwili wielki słup ognia zakwitł za oknem po drugiej stronie izby, na ciemnej ścianie stodół, stojącej nieopodal następnych domostw.
- Kyrie elejson. Jęknęła.
Przytuliwszy mocniej chłopca do piersi, wstała i pokornie zgięta, nieśmiało zbliżając się do okna od strony podwórka, patrzyła na okolicę, oceniając rozmiary nieszczęścia.
Z trzaskiem gwałconego wysoką temperaturą drewna, paliła się czyjaś stodoła oświetlając otoczenie upiornym, żółtym światłem ognia.
W izbie pojaśniało. Przerażona kobieta i mały chłopiec patrzyli jak za oknem zmagały się dwa przeciwstawne żywioły przyrody. Woda i ogień.
Wiatr jakby ucichł ustalając jednostajny szum ulewy.
Płomienie zdawały się raz to przygasać, tłumione wodą lejącą się na wszystko i skwierczącą w ogniskach ognia, raz to wykwitać w pełnej krasie, wyzwolone, znalazłwszy suchsze pokłady pożywienia.
Nastąpiła długa chwila w której słychać było szum miliona kropel deszczu uderzających o pokrycie dachu, granie szyb okiennych i chrobotanie nawałnicy w drzwi wejściowe, wściekłej że nie może ich pokonać i zatańczyć wewnątrz domu.
Kakofonia dźwięków zlewała się w swoistą muzykę, ozdabianą od czasu do czasu bezgłośnymi, pomniejszymi błyskami.
Jakby tego było mało, cały nieboskłon znowu rozbłysł, napełniając izbę jaskrawym światłem a po chwili powietrzem jakby już z oddali, targnął krótki, suchy trzask strzału pioruna.
Po chwili drzwi jakby przestały głośno chrobotać, granie szyb i szum deszczu przycichły.
Burza jak nagle przyszła, tak nagle zdawała się odchodzić.
Tylko po nieboskłonie, z jednej strony domostwa na drugą, przesuwało się cichnące dudnienie, Gigantyczne koła Pańskiego zaprzęgu przetaczały się po bruku nieba.
- Z wodą jadą!
Z odrętwienia wyrwał wciąż przerażonych potęgą mocy boskiej, stojący w progu, zlany do nitki ojciec, mąż i gospodarz domu.
- Gdzieś tak długo był! Jęknęła kobieta, jednocześnie uszczęśliwiona obecnością swojej podpory życiowej.
- Jak to gdzie! Zdziwił się mężczyzna. - Miałem iść w takiej burzy!
Teraz dopiero zauważyła że szum deszczu przycichł. Przypomniawszy sobie o pożarze, rzuciła się do okna by z ulgą zobaczyć jak ogień nie mogąc strawić zlanego wodą drewna i resztek słomy, przygasał.
Światło zabłysło w izbie na powrót
Uradowany chłopiec obudziwszy się na dobre, rzucił się w ramiona ojca i nie bacząc na przenikającą jego ubranie nieprzyjemną, zimną wilgoć, z całych sił złapał go za szyję i przytulił doń mocno. Dopiero teraz poczuł się bezpiecznie.

Opublikowano

Może trochę więcej obiektywizmu?? Właściwie to nie wiem co to opowiadanie ma na celu? Podanie powodów dla których główny bohater przeżywa "odmianę duchową"? (Chyba chodzi o "przemianę duchową"?)A może ma to kogoś zbulwersować albo oburzyć? No to nie bulwersuje i nie oburza.
Momentami mało zrozumiałe, nie wiem czy to już opis czy jeszcze słowa wikarego.
"- Jak to niemożliwe!! Krzyknął do słuchawki zmienionym głosem.
Ile waży proboszcz? Pewnie ze sto dwadzieścia kilo. A po chwili przerwy dodał gwałtownie czerwieniejąc na twarzy.
- Chyba niecałe sześćdziesiąt!"
Poza tym
"przemoczony własnymi sikami"
tego typu określenia bardzo mnie rażą w porównaniu do całości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...