Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

przydał by się jakiś deszcz
a może wiersz o deszczu
czy też deszczowa piosenka
w rytmie wiersza powolna

wiosenny śnieg a właściwie
zimowy deszcz sypie i sypie
już znowu piaskarki wyjechały
nabijać godziny na licznikach

pusto wszędzie głucho wszędzie
a ja idę w zamieć sam deptając
własne ślady które zaraz będą
zmiecione zasypane świeżym puchem

drzewa jeszcze pąków nie pusciły
choć kwiaty pewnie by chciały
wyjrzeć na świat ucieszyć oko
przechodnia opatulonego futrem

groteska zimowego widowiska
pomiędzy budynkami wiatrzysko gwizda
przesypujac świeży puch śnieżny
zasypując dopiero odśnieżona ulice

14.03.06/Wiedeń

Opublikowano

"przydał by się jakiś deszcz
a może wiersz o deszczu
czy też deszczowa piosenka
w rytmie wiersza powolna" ==>deszcz ma chyba jakieś synonimy, bo aż się prosi o inne słowo, no i podsumowanie strofy W RYTMIE WIERSZA POWOLNA-brzmi to nielogicznie


"wiosenny śnieg a właściwie
zimowy deszcz sypie i sypie ==> zupełnie zbędne dwa oksymoronowe porównania
już znowu piaskarki wyjechały
nabijać godziny na licznikach" ==> ??????-chyba nabijać kilometry


"pusto wszędzie głucho wszędzie' ==> a gdzie cudzysłów =plagiat

"drzewa jeszcze pąków nie pusciły
choć kwiaty pewnie by chciały
wyjrzeć na świat ucieszyć oko
przechodnia opatulonego futrem" ==>oj chyba zmartwić przechodnia, kto się cieszy jak marzną kwiaty w zimie, chyba tylko jakiś sadysta

"groteska zimowego widowiska
pomiędzy budynkami wiatrzysko gwizda
przesypujac świeży puch śnieżny
zasypując dopiero odśnieżona ulice" PRZESYPUJĄC za moment ZASYPUJĄC aż razi po oczach


a na koniec powiem tylko że wiersz jest suchym opisem, nie ma w tym tekście ani kszty treści

ja zdecydowanie na nie

pozdrawaim

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...