Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tu zawsze jest ruch. Powietrze faluje i drga w rytm kroków. Tempo na trzy – stukot obcasów, plask tenisówek, szuranie półbutów męskich.
Tu zawsze jest jasno. Latarnie stylizowane na podeszły wiek XIX, szerokie okna wypełnione kolorowymi szkiełkami, reflektory skierowane na tablice z napisami.
Tu zawsze jest głośno. Gazeciarz wykrzykuje, że ten numer to absolutna rewelacja; że ten z tamtą już na pewno; że podwyżki niedługo; że dodatki takie… Dziecko woła, że jak lizaka nie dostanie, to stać tu będzie i już; że nigdy-przenigdy nie powie wierszyka przy cioci; że mamy nie kocha… Staruszek podśpiewuje pod bujnym wąsem, że lasy zielone, lasy cieniste; że tylko tańczyć by chciał; że kiełbasa z cebulką to pyszna rzecz…
Nie ma w mieście miejsca bardziej pulsującego niż to. Stacja metra. Zbudowana niedawno, czczona przez miliony i przez miliony wykorzystywana.

W pewien poniedziałek, senny i ciepły, pod drzwiami mego mieszkania znalazła się koperta. Koperta ni żółta, ni biała – taka sobie zwyczajna. W środku zaś kartka, a na niej zawiadomienie: przyjęto mnie do pracy.
Biuro było świeżo wysprzątane; wokół roztaczał się dyskretny zapach tulipanów. Ludzie w szarych garniturach przemykali korytarzami, taszcząc w wielkich kartonach stosy zapisanych kartek. Kierownik zjawił się znikąd. Przemawiał dziesięć minut – ozdabiając zdanie każde chrząknięciem i pluciem – po czym wręczył mi parę białych satynowych rękawiczek. Stacja metra była niedaleko.
Z początku nie wiedziałam na ile mogę sobie pozwolić. Czy należy tylko lekko dotknąć pleców, by pasażer sam spostrzegł, że może zrobić jeszcze krok w przód, czy też pchać ile sił, nie zważając na ręce, biodra, tyłek. Marnie to szło. Minęła godzina, a ja wciąż zakłopotana i niepewna, tkwiłam w jednym miejscu.
- Czemu nie biegasz? – zapytał niski głos zza mego karku.
- Yyyy… Jak to: czemu nie biegam? No bo przecież mam ich upychać, tak? – powiedziałam szybko, nie odwracając się jeszcze.
- Tak. Praca polega na upchnięciu pasażerów; na zrobieniu z nich sardynek w przysłowiowej puszce. Jednakże stanie w miejscu ogranicza cię bardziej niż myślisz. Bieg jest wyzwoleniem; krążenie między jednym a drugim czy piątym wejściem, daje radość i energię. Spróbuj – sama się przekonasz.
Stał przede mną chłopak mojego wzrostu, o oczach czarnych niemalże i kontrastowo do nich jasnej czuprynie. Mówił poważnie, bo nawet cień uśmiechu nie znalazł się w kąciku ust. Dziwne. Bardzo dziwne. Chłopak zniknął tak nagle, jak się pojawił. To akurat dziwnym nie było – bo tłum gęstniał z każdą sekundą, tak jakby podziemna stacja metra stała się centrum wszechświata. Matki gubiły swoje dzieci, mężowie nawoływali swe żony, a starsze pary małżeńskie wolno pokonywały kafelkową przestrzeń, kurczowo trzymając się za ręce. To, co było pewne, w ciągu jednej zaledwie chwili mogło stać się czymś nieosiągalnym.
Jak znalezienie swojej walizki na przykład.
Walizka leżała przy śmietniku, niedaleko piątego wejścia do metra. Była skórzana i chyba nawet niedawno kupiona, bo lśniła, odbijając padające na nią światło latarni. Przy rączce znajdowała się duża kartka z przywiązaną doń wstążką. Chciałam do niej podejść – obejrzeć, a może i oddać w bezpieczne ręce jakiegoś strażnika czy policjanta. Ale nim zrobiłam pierwszy krok, przy walizce pojawił się mężczyzna w szarym garniturze, a po chwili miejsce obok śmietnika było puste.
Trzy godziny później ośmieliłam się na tyle, żeby zgrabnie przemykać między drugim a trzecim i czwartym wejściem do metra. Niezwykłe wydało mi się to, że wejściem drugim wchodziły tylko kobiety o dużej nadwadze, podróżujące z pieskiem bądź kotkiem na smyczy, przepychające się ciężko i bardzo wolno. Wejście trzecie zajęli biznesmeni – ci rozglądali się podejrzliwie na boki, zasłaniali dłonią swoje telefony komórkowe i czarne aktówki. Czwartym zaś, do metra wsiadali emeryci, głośno przy tym sapiąc i marudząc: Proszę się rozejść… rozsunąć się… idę przecież…
Co piętnaście minut w pobliżu wejścia trzeciego pojawiała się dama w czerwonym płaszczu – stała, lekko stukając butem o posadzkę, następnie ziewała przeciągle i znikała w tłumie.
W białych satynowych rękawiczkach biegałam po peronie, wpychając ludzi do pojazdu zatrzymującego się na przystanku. Gdy ktoś zajmował za dużo miejsca, bezpardonowo naciskałam na jego plecy lub tyłek, ciężar ciała przenosząc na dłonie. Delikwent sykał z bólu, czasem klął, ale robił te kilka kroków więcej, a tym samym – dawał możliwość wejścia innym oczekującym na transport.
Praca z pozoru łatwa okazała się mordercza.
- Dwunasta na osi! – krzyknęła czarnowłosa dziewczyna w białym kapeluszu, przebiegając koło mnie. – Masz przerwę!
W rzeczy samej – ogromny drewniany zegar z kukułką zaczął wybijać godziny. Kukułka bardziej przypominała koguta, niż kukułkę, całość jednak sprawiała wrażenie czegoś dostojnego, przenikniętego tradycją na wskroś.
Zdjęłam rękawiczki, otarłam pot z czoła i usiadłam na ławce. Musiałam przesunąć wiklinowy koszyk, który ktoś tu widocznie przez zapomnienie zostawił. Do koszyka przyczepiona była kartka; z wstążką. Przypomniałam sobie o walizce i już nachylałam się, by odczytać drobne pismo…
- Pozwoli pani – szczupły mężczyzna w szarym garniturze nachylał się nad koszykiem. – To należy do mnie, tak się spieszyłem, że o nim zapomniałem. Zabawne, prawda? – dodał, ale jego twarz wcale nie wyrażała rozbawienia.
Mężczyzna chwycił koszyk i oglądając się na mnie, ruszył w stronę, gdzie znajdowały się restauracje i bary.
Pomyślałam, że to dobry pomysł, aby zjeść co nieco w czasie wolnym, więc niewiele myśląc poszłam za mężczyzną.
Szłam szybko, rzucając ciche „przepraszam” na prawo i lewo, w stronę młodzieniaszków obarczonych turystycznymi plecakami, kobiet dźwigających torby z zakupami, dziewcząt przyciskających do piersi torebki. Mężczyzna to znikał, to pojawiał się na linii mego wzroku, niesiony falą tłumu. Wszedł do niewielkiej restauracji o nazwie „Zielona weranda”. Tu zawahałam się. Mężczyzna wyraźnie widział moją twarz, jeśli wejdę tam za nim, na pewno mnie zauważy. Sytuacja będzie niezręczna, a może i ciut niebezpieczna. Weszłam.
Pomieszczenie zanurzone w półmroku wydało się małe. Drewniane stoliki przystrojone świecą i kiścią winogron zajmowały trzy pary: dwie rozgadane przyjaciółki, obie ubrane w stylowe garsonki i szpilki; małżeństwo – skłócone wyraźnie; ona zaciskająca usta, on nerwowo wystukujący rytm palcem wskazującym; matka z dzieckiem – małym chłopcem wysmarowanym od stóp do głów jakimś lepkim sosem. Mężczyzny w szarym garniturze brak.
Chciałam zapytać o niego kelnerkę, ale zabrakło mi tupetu. Zamówiłam herbatę i omlet. Jedząc, bezmyślnie patrzyłam w okno. Tłum falował – gęstniał gdy na peron, z sykiem i chrzęstem wjeżdżało metro, przerzedzał się, gdy widać już było tylko czerwone tylne światła pojazdu.
Nawet nie zdziwiło mnie, gdy po dopiciu ostatniego łyka herbaty zobaczyłam ogromną walizkę na kółkach, z doczepioną – a jakże – kartką i wstążką, stojącą tuż pod oknem przy którym siedziałam.
Niewiele myśląc wybiegłam z lokalu. Moja dłoń wylądowała na walizce równocześnie z czyjąś wypielęgnowaną, lecz bardzo bladą ręką.
- Śmiem wyrazić swe zdziwienie… - zaczął on. Ubrany rzecz jasna w szary garnitur, o twarzy przeciętnej, twarzy będącej twarzą każdego z pasażerów metra. – Pani dotyka mojej walizki, a to uważam za naruszenie prywatności… Zechce pani się odsunąć. – Mówił wolno i z pozoru spokojnie, ale w jego głosie czuć było nuty złości i zniecierpliwienia. Nie czekałam na dalsze takty – uciekłam.
Kolejne trzy godziny później, po wepchnięciu do metra siedemdziesięciu odzianych w spodnie tyłków, trzydziestu czterech pleców w koszulach bądź bluzach, stu dwudziestu ciał grubych i dziewięćdziesięciu ciał chudych, podszedł do mnie kierownik.
- Oddaj rękawiczki – powiedział stanowczo, marszcząc brwi.
Czy mogłam oponować? Czy miałam prawo powiedzieć cokolwiek?
- Już tu nie pracujesz – rzucił werdykt i odwróciwszy się na pięcie zagłębił się w tłum.

Jeszcze długo potem stałam nieruchomo w pobliżu stoiska z ciepłymi bułkami, wypatrując w tłumie pań, panów i stanowczo zbyt ruchliwych dzieci, mężczyzn w szarych garniturach, wynoszących ze stacji metra walizki, koszyki i nesesery opatrzone dużymi kartkami ze wstążką.

Opublikowano

któreś "tu zawsze" można spokojnie pominąć. trzy blisko siebie nie brzmią zbyt przyjemnie.

pod drzwiami mego mieszkania- mojego?(może...)

przez zapomnienie zostawił- przez nieuwagę, chyba lepiej będzie

zauważyłem parę potknięć, ale nie wpłynęło to znacząco na całość. jeżeli chodzi o styl to nie mam wiele do zarzucenia- ładnie. historia może być, choć muszę ją jeszcze przetrawić. ogólnie: dobrze.

pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...