Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Niedługo skończę dwadzieściasiedem lat, od siedmiu, i niech mi nikt nie mówi, iż siódemka jest szczęśliwa. Od 7 lat pracuje . Muszę pracować, bo niby jak inaczej miał bym się utrzymać. Nie ma nikogo kto by mógł za mnie to robić. Nie ma nikogo, bo ja nie znam nikogo. W ogolę się z nikim nie spotykam, nie mam przyjaciół, a co z rodziną? Spytasz się .Właśnie -jej też nie mam. Dlaczego jej nie mam?. Dlatego, że zostawili mnie samego jak palec, właśnie te 7 lat temu i znowu podkreślam, że jak ktoś powie o” 7”, że jest szczęśliwa to mu zęby wybije, szczerze to mówię.
Na samym początku pracowałem w Mcszit, to był straszny okres w moim życiu, zapieprzałem jak wół, a z wypłaty ledwo mogłem się utrzymać. Najgorsze jak przychodził kierownik i krzyczał na mnie, że jestem zbyt wolny, że nie wyrabiam normy i że jestem nieuprzejmy dla klientów, nakazywał się uśmiechać i słodko gadać np.:
.- Dzień dobry dzień dobry, czym mogę służyć, co podać, czego pan- państwo sobie życzy- życzą, może jeszcze to, jeszcze tamto, siamto, rureczkę zabaweczkę balonik, zapraszam jutro pojutrze po po po.... po dziurki w nosie tego miałem[podkreślam, że cały czas promienisty uśmiech na twarzy, radość i przyjaźń bijąca z oczu zadowolenie rozpromienienie i w ogóle] A w rzeczywistości po głowie chodziły mi myśli z serii
- Dzień dobry ty wieprzu, znów przyszedłeś się obżerać. Spójrz w lustro jak ty wyglądasz, łatwiej cię przeskoczyć niż obejść, o proszę bardzo to trup dla ciebie, mam nadzieję, że ci stanie w gardle. Okres pracy w Mcszit nie trwał długo, ponieważ wydarzyło się jedno nieszczęście, powiedzmy szczerze, szczęście w nieszczęściu. Zdarzyło się to mianowicie w taki sposób. Byłem strasznym fajtłapą, wszystko mi leciało z rąk cały czas coś rozwalałem. Więc ja- człowiek porażka, szedłem z tacą pełną jakiegoś badziewia, jakieś szejki frytki, Mckupa, Mcrzyg, itp. Potknąłem się, już nawet nie pamiętam o co, ale znając życie pewnie poplątałem własne nogi. Wywróciłem się i całą tace rozmazałem na dekolcie pewnej blondyny. Dziewczyna, typ nowa huta, lateks, buty na koturnie, tapeta na twarzy i dekolt aż po pępek, choć przyznam, że z tym dekoltem to jej było całkiem do twarzy, niesamowicie duże oczy… wiście stało się to co teraz uważam za drobną przesadę, za delikatny przejaw braku manier , ponieważ zaproponowałem jej-
czy nie mógł bym Pani tego pysznego szejka zlizać z szyi i dekoltu hmm.... Kobieta się strasznie zbulwersowała, a gdy podleciał jej facet, napompowany jakimś koksem i zaczął mnie gonić, to wziąłem nogi za pas i więcej się już tam nie pokazałem.
Później pracowałem w HiperSuperDuper Miałem swoje stanowisko, kasa nr 7 { podkreślam kolejny raz, że siódemki nie nienawidzę] 10 godzin pik pik kasowane produkty pik pik gotówka pik karta płatnicza pik. Przez tą pracę nabawiłem się koszmarów. O tym jak przykładowo tylko stanowisko nr 7 jest czynne. Sklep prawie zamykają a przed moją kasą ustawia się kolejka długa w nieskończoność i im szybciej pik pik kasuje produkty, tym w koszykach zawartość wzrasta, Tym klienci się coraz bardziej niecierpliwią Tupią nogami przeklinając pod nosem moje stanowisko nr 7. Aż w końcu nie wytrzymują i taranem koszyków przepychają się jak rozszalali rycerze w kulminacyjnych momentach bitwy. Pużniej się z reguły budzę i czeka mnie kolejne 10 godzin pik pik pikania
Pewnego dnia do mojego stanowiska podjechała babuleńka, schorowana ,wychudzona. Miała trupio blado twarz. Wpatrując się w nią bardzo szczegółowo rozpoznałem, że to ona kiedyś pracowała w tym sklepiku na rogu mojej kamienicy. Ale pewnego strasznego dnia i pewnie był to 7 lipiec, otworzyli ten piękny hipersuperduper i ona niestety musiała zamknąć interes. A Pamiętam jeszcze jak w młodości przychodziło się do jej tajemniczego sklepiku, gdzie zawsze pachniało świeżutkim chlebkiem, marcepanem, wanilią, gdzie można było kupić ogórki kiszone prosto ze słoika, gdzie pyszny sok marchwi owy piło się na szklanki, albo jadło się watę cukrową. A teraz co się stało? Kobieta straciła swój sklep, swój mały tajemniczy świat, który był jej życiem. Patrząc teraz na nią miało się wrażenie, jakby ona była „upiorem który nawiedza” pracowników takich sklepów.
I co ja na to? Wskoczyłem na ladę i zacząłem krzyczeć- do nich, do kupujących-spójrzcie na nią, to przez was ona straciła życie, to przez to wasze maniakalne oszczędzanie. I co było później? Tak naprawdę to nic, bo to się nie wydarzyło –pik pik skasowałem babuleńkę, która po chwili znikneła w tłumie ludzi. Czy zabrakło mi odwagi, a może świadomość zbliżającego się awansu i podwyżki wygrała? Pewnie tak.........
Awans- sklep hipersuperduper zatrudnił mnie na promocji, jakaś firma postanowiła sprzedawać pałki bejzbolowe a ja jako zasłużony kasjer miałem w tym pomagać. Oczywiście dostałem nowe stanowisko już nie za kasą, lecz w środku sklepu pomiędzy stanowiskiem perfumeryjnym a damską bielizną, cóż mogę powiedzieć miejsce jak w raju. A pośrodku tego wszystkiego ja, w pięknej czerwonej firmowej koszuli przedstawiającej flagę USA. I ta niezliczona ilość kijów, lśniących, wypolerowanych. Czułem się jak ...... Ciężko to określić słowami jak się czułem. Z polecenia firmy dostałem do przeczytania książkę Ulatowskiego na temat sportu. Poczytałem to wykwintne dzieło napisane wspaniałą prozą i ba..... Mogłem w nieskończoność głosić wywody filozoficzne na temat teorii sortu. Fascynujący był fragment o Sportsmenach, a mianowicie o angielskiej szlachcice, arystokracji, uprawiającej sport dla przyjemności. I odnosząc tą sytuację do naszych realiów to przecież Kraków, aż roi się od burżuazyjnej śmietanki intelektualnej od niezliczonej ilości pieczołowicie wygolonych do zera sportowców, łatwo odróżnić takiego arystokratę od przeciętnego szaraka, taki to zawsze w dresie, bo przecież sport to zdrowie. Więc w dresie na trening, na dyskotekę ,do szkoły, do kościoła, na randkę to oczywiście w specjalnym dresie. Nie jakimś tam zwykłym, ale w wersji z paskami, albo z haczykiem. O!! takie dresy toszto przejaw godny niejednego hrabiego. No i teraz w połączeniu amerykańskiego marketingu[ United state of shit ] i angielskiej górnolotnej tradycją i dodając do tego moją wspaniałą wiedzę na temat sportu to kije raz dwa i sprzedane. A tu masz ci los ,stoję, zagaduję, dywaguję, zaczepiam, pokazuje, macham kijem raz za czas i nic, żaden arystokrata nawet nie śmie spojrzeć, nawet nie żuci kontem oka. Czyżby już żaden z nich nie chodził na mecze pokibicować, przecież taki kij schowany w nogawce, toszto argument do wybicia komuś z głowy jakiś niepoprawnych poglądów. Przecież taki kij to nie jedną burzliwą konwersację złagodzi. Może krakowska arystokracja używa jakichś przestarzałych metod[rozmów na pięści i noże] Czy co. Więc jakoś takoś po dwóch tygodniach ani jednego sprzedanego kija, plajta, za dzień może dwa mieli mnie zwolnić. Więc musiałem się bardziej postarać. I dałem nawet rady, było to ostatniego dnia mojej pracy. Wytężyłem wszystkie siły, cały swój potencjał włożyłem w zaczepianie, w zagadywanie klientów, filozoficzną prozę Ulatowskiego zmieniłem na poezję, górnolotną poezję. I co, nic, jedno wielkie nic. Aż tu w końcu pojawia się „ON” moje zbawienie, pewniak, Hrabia jakich mało, po ilości blizn na głowie można domniemać, iż był pewnie jeszcze generałem, w końcu nie każdy ma tyle orderów na swej łysej główce. Szedł w moim kierunku krokiem „Kozackim” bujając się z lewa na prawo, „szarmancko” ręce włożone do kieszeni swego dresu, oj... ale jaki to był dres, wspaniały..... z paseczkami z guziczkami, hit mody, prosto z wystawy, sylwetka jego zgarbiona, mina z której można było odczytać –„Zabije” lub„Dziadek zejdź mi z drogi”- I gdy był już przy mnie, ja zrobiłem prezentacje jakich mało. Skoczyłem, machnąłem mu kijem kilka razy koło głowy, a on, niewiadomo dlaczego wyciąga nóż z kieszeni i ciach prach nożem po moim brzuchu, za co? Pytam się. Ja ci tu w dobrej intencji kij reklamuje a ty mi nożem. Tego było za wiele. Ciach prach mu po głowie kijem ,doprawiając na czole kolejny order czerwonego orła. Przyjechała policja zabrała nas na 48h . Jak się później okazało on był ścigany listem gończym a mnie jako poprawnego obywatela wypuścili. A jeszcze w dodatku[ mi- kombatantowi prawie że wojennemu, który odniósł ciężkie rany w boju], to w geście pomocy załatwili pracę którą mam do dziś.
Moja praca. Już nie w żadnym zachodnim przedsiębiorstwie które rozkrada naród , a w państwowej poczcie „ Najważniejsze jest przestrzegać przepisów bhp a zwłaszcza na ....” Poczcie. Stempelki piecząteczki cudo och cudo. Praca lepiej płatna. Lecz......Jedynym malutkim minusem jest Monotonia- 8 godzin walenia pieczątką w koperty łup łup, 8 godzin walenia stemplem w różnego rodzaju paczki łup łup. Pracuje już tam 7 nieszczęsnych lat. I całe te 7 lat wale stemplem łup łup łup. Po kilku godzinach pracy każde walnięcie jest odczuwalne jakbym dostawał młotkiem po głowie łup łup łup. Można zwariować łup łup łup. Czuję czasem , że zamiast stempla czy pieczątki to zanurzam całą głowę w atramencie i łup łup głową w stuł w koperty łup łup czachą po ścianie. Może te 7 lat pracy jest jakimś znakiem, może teraz należało by poprosić śmierć do ostatniego walca to ostatniego niezapomnianego tańca, bo po cóż dalej męczyć się w świecie wszechogarniającej monotonnej pustki.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wolność

       

      Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...