Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Witam, nadal "Edycja" złośliwie zamienia mi Kratka na kratki. Tak stało sie z cz. 2. Ale myślę, że wszyscy, ktorzy chcieli, przeczytali.
Pozdrawiam swych stałych czytelników i dziekuję za miłe słowa.
EW



Dylematy wyboru


Sobota. Wolne. Idzie sobie Pan Kratek. Idzie ulicą. Idzie i pogwizduje radośnie. Wczesnym rankiem idzie po świeże bułeczki na śniadanie. Myśli. Myśli, ale nie o interesach, jak w dni powszednie, lecz o świeżych bułeczkach z masełkiem, o kawie aromatycznej, świeżo palonej, zmielonej ręcznym młynkiem tuż przed sparzeniem. Kawie mocnej, bardzo słodkiej, ze śmietanką. Idzie i myśli. Myśli i idzie. Aż tu patrzy: coś nowego miedzy drzewami wisi. Płachta. Granatowa, elegancka, plastykowa. Na niej zdjęcie kolorowe, jak żywe, miłej pani. A obok litery białe i wielkie w napis się układają "Prawa i sprawiedliwa". Zadumał się Pan Kratek. Zadumał a potem zasępił.
– Niedobrze – myśli. – Niedobrze... – i zasępił się jeszcze bardziej. – Jak by nie patrzeć, niedobrze – powtórzył. – Bo jeśli ta pani to jedyna w mieście prawa i sprawiedliwa, to niechybnie miasto czeka los Sodomy i Gomory. A jeśli nie jedyna, jeśli takich osób są setki, może tysiące, albo, nie daj Boże, dziesiątki tysięcy? I jeśli wszystkie te osoby prawe i sprawiedliwe nagle zechcą swą prawość i sprawiedliwość do publicznej wiadomości podać, przy pomocy płacht do tej tu wiszącej podobnych, to drzew i latarń w mieście, ani chybi, zabraknie. I co wtedy? Jedni będą mogli zawiesić, a drudzy nie? Jedni powieszą swoja płachtę na głównej ulicy, a drudzy, z konieczności, w zaułku? Jak w takiej sytuacji zachować prawo i sprawiedliwość? A bez pra¬wa i sprawiedliwości Sodoma i Go¬mora. Lepiej nie myśleć.
I myśleć przestał. Poszedł dalej nie myśląc. Ale humoru już nie miał.
Nie uszedł daleko, a tu ulicą sunie platforma. A na niej transparent wielki. Też granatowy. Też ze zdjęciem. Tym razem mężczyzny. Mężczyzna diablo przystojny. Wiek średni. Wygląd dostatni. Lekka łysina. Wzrok pewny, przenikliwy, co to jądro prawdy, najgłębiej nawet ukryte przez niecnych kłamców i manipulatorów, dojrzy. Mina dziarska. Prawdziwy Polak, który już z niejednego pieca chleb jadł i nadal żyje. I napis adekwatny: "Najlepszy z najlepszych". Materia, identyczna, jak i poprzednio, plastyk, marszczy się nieco. Pewnie fantazyjnie zawieszona, bo przecież najlepszego z najlepszych niedbale by nie powieszono. Wraz z materią, marszczy się na fotce twarz najlepszego. Z najlepszych, oczywiście. Nic przypad¬kowego w tym marszczeniu być nie może, bo jakże najlepszy z naj¬lepszych ma się nie marszczyć na widok człapiącego wokół pospólstwa. On, z którym równać się nie mogą nawet rzymscy cesarze, skoro ich zaledwie pierwszymi wśród równych zwano.
Schylił pokornie głowę Pan Kratek, ugiął swój pospolity kark pod dobrotliwie, spod zmarszczonego czoła, słanym spojrzeniem. On, Kratek, nie najlepszy, przeciętny rączej, powiedzmy sobie nawet całą gorzką prawdę - kiepski.
A gdy już się oddaliła platforma z portretem najlepszego z najlepszych, gdy Pan Kratek znów uniósł głowę, jego oczom ukazała się inna granatowa płachta. Tym razem bez fotografii. Tylko same białe litery układające się w napis: WYBIERZ NAJLEPSZYCH.
Stanął pan Kratek. I znów zaczął myśleć. Czy napis dotyczy najlepszego z najlepszych, czy innych najlepszych też? Czy do grona najlepszych należy również ta sympatyczna pani prawa i sprawiedliwa? A jeśli ci najlepsi, z tego tutaj napisu, to jeszcze zupełnie inni najlepsi, jemu, Kratkowi, całkowicie nieznani? I zachęta na płachcie dotyczy wyboru zupełnie innych najlepszych?
– Diabli wiedzą - pomyślał Pan Kratek. – Chyba już lepiej być wybieranym.
– Tak? – włączył się autor. – Zobaczymy!



Rodzina


– I na tym kończymy naszą uliczną sondę na gorąco „Gdybym został prezydentem to...”. Udział w niej biorą zwykli obywatele miasta, którzy na co dzień nie interesują się polityką, mogą jednak politykom niejedno doradzić. Dziś naszym gościem był pan.... – reporterka zawiesiła głos.
– Kratek. – dokończył Pan Kratek do podsuniętego mikrofonu.
– A jutro może być pan – prezenterka spojrzała wprost w oko kamery – albo pani. Do zobaczenia na ulicach miasta.

* * *
– Dzień dobry Panie Kratku.
– Dzień dobry
Przed Panem Kratkiem stało dwóch młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Nawet bardzo dobrze zbudowanych. Tak dobrze, że stwierdzenie „świata poza tobą nie widzę” wobec któregokolwiek z nich, traciło walor metafory. Stały więc przed Panem Kratkiem te dwie żywe, gdańskie szafy i uśmiechały się serdecznie.
– Jesteśmy z Rodziny
– Nie mam rodziny.
– Z Komitetu Wyborczego Wyborców Rodzina.
– Aaaa... rozumiem.
– Ojciec zaprasza pana na grilla.
– Nie znam waszego ojca.
– Nic nie szkodzi. On pana zna. Zanieść, czy pan woli sam?
Pan Kratek wolał sam.
Towarzystwo na grillu stanowili w większości gentelmani o podobnej do posłańców posturze i jednorodnych fryzurach zacierających skutecznie granicę pomiędzy czołem a resztą czaszki. Wraz z przewijającymi się obok nich damami o zdecydowanie pierwszorzędnie rozwiniętych drugorzędnych cechach płciowych, robili wrażenie uczestników castingu do reality show pod nazwą „Piękne i Bestie”. Konwersacja miała charakter wyraźnie ekologiczny. Rozmawiano głównie o ziołach, działkach, furach, koniach w ilości od 150 w górę, skórach i wypasach. Panie prężyły biodra, panowie muskuły. Dowcipy latały nisko, jak jaskółki przed burzą.
Sam Ojciec przypominał Marlona Brando w jego słynnej roli. Zauważalnie dzieliła ich tylko różnica języka.
– Świetnie, Panie Kratku, świetnie - zagaił Ojciec chrzęszczącym, jak kroki po żwirze, głosem.
– Co świetnie, jeśli można spytać?
– Widziałem pana w telewizji. Takich ludzi nam trzeba.
– Nie rozumiem.
– Nie szkodzi. Ważne, że ja pana zrozumiałem. Jest pan właściwym człowiekiem. W pełni pana popieramy. Będzie pan prezydentem.
– Ale ja nie startuję w wyborach.
– To pan wystartuje.
– Nie znam się na polityce.
– Nie szkodzi. Angażujemy pana, jako apolitycznego fachowca.
– Ależ ja nie...
– Proszę nie odmawiać, zanim się Pan nie zastanowi. Nie chcemy Pana zmuszać. Widzi Pan ten najnowszy model BMW?
– Piękny wóz.
– Właśnie. Jak to mówią: „Raz na wozie, raz pod wozem”. Jak pan woli?
– Zdecydowanie na wozie. – szybko zadecydował Pan Kratek.
– Tak też myślałem. A więc zostanie pan prezydentem miasta. Z naszej rekomendacji.
– Ja?
– Tak, pan. Jest pan człowiekiem mądrym, uczciwym, lubianym.
– Nie wiem, czy ktoś mnie lubi.
– Ja pana lubię. To wystarczy. Na początek. Inni tez polubią. Mam dar przekonywania.
– Ale państwo, co państwo z tego będą mieli?
– Będę pana doradcą, inni będą urzędnikami. Przyzna pan, że działamy sprawnie, skutecznie i kompetentnie. Potrafimy egzekwować należności. Umiemy zadbać o bezpieczeństwo. Mamy doświadczenie w kontroli handlu i usług. Kiedy weźmiemy odpowiedzialność za miasto, zapanuje wzorowy spokój i porządek. Nasza rodzina znana jest z poszanowania wartości. Od dawna nikt się nam nie sprzeniewierzył.
– Ale co z tymi, którzy już są?
– Sam pan powiedział, że należy redukować. I miał pan rację. Zredukujemy. Po wyborach zorganizujemy imprezę integracyjno – relaksacyjną. Moi ludzie znają takie sympatyczne, ustronne zakątki. Zrobimy ognisko, kiełbaski, zabawy, z tych, co to urzędnicy lubią najbardziej. Takie na przykład kopanie dołków. Uwielbiają! Ciągle mówią, że każdy pod każdym ryje. Nie jest tak? – mrugnął do Pana Kratka porozumiewawczo, z łobuzerską miną trącił go w bok i kontynuował, co raz bardziej rozbawiony. - Potem wyliczanka: „Na kogo wypadnie, temu bęc.” i sprawdzanie w praktyce przysłowia o dołkach i wpadaniu. Zadbamy, by się sprawdziło. Kochamy przysłowia. Wszak są mądrością narodu. Prawda? Na koniec imprezy, zgodnie z apelami ekologów, sprzątanie i zacieranie śladów pobytu – zaśmiewał się z własnego dowcipu.
– To potworne! – Pan Kratek wyraźnie nie był zwolennikiem aż tak czarnego humoru.
– Ma pan coś przeciw ekologii?
– Nie. Ale...
– Żadnych ale... Zresztą, sami to załatwimy. Pan w tym czasie będzie na jakieś publicznej uroczystości. Na przykład, osobiście będzie udzielał pan cywilnego ślubu jakiemuś znaczącemu obywatelowi, lub zostanie ojcem chrzestnym jakiegoś dzieciaka.
– Ojcem chrzestnym?
– Racja, z tym chrzestnym, to nie najlepszy pomysł. - Ojciec sam zauważył, że trochę się zagalopował. Szybko więc zmienił temat. - Niech pan popatrzy na tych chłopców. W mundurach miejskiej straży będą wyglądali lepiej niż kompania honorowa. A działać będą jak grom.
– Nie mieści mi się w głowie... władza dla... Rodziny?
– A czemu nie? Jak można szybciej zlikwidować przestępczość zorganizowaną? Jak zapanować nad korupcją, przemytem, nielegalnym handlem, prostytucją? A poza tym, czy ma pan lepsze wyjście? – Ojciec spojrzał Panu Kratkowi głęboko w oczy wzrokiem, który jak dentystyczne wiertło przebijał się przez miazgę moralnych oporów wprost do korzeni strachu. - Szczerze, ma pan?
– Nie – zdecydowanie, choć całkowicie nieszczerze odparł Pan Kratek.
To pierwsze, tak oczywiste, jednoznaczne, powiedziane wprost w oczy kłamstwo sprawiło, że poczuł się politykiem.
– A więc zgoda? – Ojciec wyciągnął rękę.
– Zgoda – Kratek wyciągną swoją, pochylił się i ucałował rękę Ojca.

* * *

Banner był imponujący. Wisiał w samym środku miasta. Po lewej orzeł - biały, po prawej Pan Kratek – full kolor, a w środku hasło:

NASZĄ PLATFORMĄ RODZINA
PRAWA I SPRAWIEDLIWA

Mimo to Pan Kratek przegrał wybory z kretesem. Kto bowiem rozsądny oddałby władzę w ręce apolitycznego fachowca?
Wygrała Partia Profesjonalnych Polityków, z których żadnego nawet największy wróg nie mógł posądzić o to, że jest fachowcem, apolitycznym w dodatku.
Na festynie zwycięzców królowała melodia „Nas nie dogoniat”.



Szczęście


Jesień.
Niedziela.
Park.
Klonowa aleja.
Cisza.
Krok.
Krok.
Krok.
Krok za krokiem.
I znów krok.
Niebo.
Słońce.
Chmura.
Znowu słońce.
Znowu chmura.
Jest super.
Słońce.
Drzewa.
Chmury.
Liście.
Pełen wypas.
Krok.
Krok.
Krok.
Krok za krokiem.
Nogi w liściach.
Głowa w chmurach.
Ups...
Poślizg.
Jazda.
Upadek.
Karetka.
Gips.
I tak szlag trafia szczęście przez byle (psie) gówno.


Akwizytor

Miał nieco ponad 30 lat. Wysoki, szczupły. Ciepły uśmiech rozjaśniał okoloną brodą twarz o semickich rysach. W ofercie miał kamienne tablice, po ojcu, mało przydatne w epoce laptopów, dzieje narodu wybranego od prapoczątków, bez historii najnowszej, niestety, cztery wersje własnej biografii oraz dobrą nowinę, której nie chciała dotąd żadna, nawet najbardziej prowincjonalna gazeta.
W zamian nie chciał nic.
Pan Kratek od razu wyczuł, że ma do czynienia z człowiekiem z gruntu dobrym, lecz zdecydowanie niepraktycznym. Chciał mu pomóc. Tłumaczył, że dziś nawet rzeczy bezwartościowe mają swoja cenę, a z handlowego punktu widzenia, darmowa oferta jest wysoce nieatrakcyjna, ponieważ nie można w jej przypadku zastosować, bardzo skutecznej przy wszelkich transakcjach, zasady promocyjnej obniżki cen, nawet i o 80%. Powoływał się przy tym na własne doświadczenia, sukcesy Amway’a, Avonu, czy Zeptera (by pozostać tylko przy firmach zajmujących się sprzedażą bezpośrednią), odwoływał się do najnowszych teorii marketingu oraz powszechnie szanowanych autorytetów.
On słuchał z uwagą i zrozumieniem. Pozostał jednak przy swoim. Spakował swój towar i ruszył do drzwi. Tuż przed zakrętem schodów odwrócił się jeszcze, uśmiechnął.
– Zostań w pokoju – powiedział.
– Idź i nie przychodź więcej – pomyślał Pan Kratek.

Opublikowano

No, toś mi sprawił radość, Koniowilku.
Pierwszy fragment- świetne, pełne ironi spojrzenie na sprawę kampanii wyborczej.
Drugi, znane mi już spotkanie z rodziną- swoją drogą dziwię się, że rodzina nie przedstawiła wyborcom ofert "nie do odrzucenia- pewnie jeszcze nie okrzepła.
Trzeci- genialna sielanka zakończona katastrofą- i to jaką!?
W ostatnim fragmencie zachwyciły mne słowa "zostań w pokoju", choc równie dobrze mógł powiedzieć "zostań w przedpokoju".
Głosuję cztery razy "TAK"

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dzięki za współczucie klimatów.
Jeśli chodzi o Rodzinę, to, jak wskazuje wczorajsza historia ROMKA, ma ona dar przekonywania. Chyba coś komisji przedstawili, bo po pierwszych informacjach, że nie wszedł do sejmu, jednak się w nim znalazł:-).
Żubry, które najpierw umierały ze śmiechu, potem dostawały zawału z lęku przed zemstą chłopców z ferajny.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Fakt. Komisja zapodała,
że pan Romek się załapał,
nie ma prochu (choć ma działa)
więc na pewno straci zapał.

Swoją drogą, demokracja powinna ulec ograniczeniu. Każdy potencjalny wyborca winien zostać poddany testowi na inteligencję i tylko odpowiednio wysoki wynik dawałby prawo do udziału wyborach.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Swoją drogą, demokracja powinna ulec ograniczeniu. Każdy potencjalny wyborca winien zostać poddany testowi na inteligencję i tylko odpowiednio wysoki wynik dawałby prawo do udziału wyborach.

Tylko kogo by wtedy wybrali?
Wsród Amerykanów panuje pogląd, że jak dzieciak jest inteligentny i obrotny to trafia do biznesu, jak jest mądry - do nauki, a jeśli jest tępym egoistycznym psychopatą to do polityki.
I nawet im się to sprawdza.
Opublikowano
A bez pra¬wa i sprawiedliwości Sodoma i Go¬mora. Lepiej nie myśleć. ---> zlikwidować chińskie znaczki

Nic przypad¬kowego w tym marszczeniu być nie może, bo jakże najlepszy z naj¬lepszych ma się nie marszczyć na widok człapiącego wokół pospólstwa. ---> zlikwidować chińskie znaczki 2 ;]

mrugnął do Pana Kratka porozumiewawczo, z łobuzerską miną trącił go w bok i kontynuował, co raz bardziej rozbawiony. --->"coraz" się pisze razem

a tak poza tymi technicznymi drobiazgami: rewelacja, czekam na kolejne części. mam nadzieję, że będą równie błyskotliwe :]

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Na podjeździe do domu,  zazwyczaj zarezerwowanym dla mojego auta, zastukotał dźwięk podkutych końskich kopyt, dało się słyszeć ostrą pracę,  zmęczonych długim galopem chrap. Zapadła krótka, niespokojna cisza… rżenie osmańskiej,  przysadzistej i gniadej klaczy, poniosło się w wieczorny mrok. Dawniej na wsi takiej jak ta, odezwałoby się ku niemu, panie koguta, ryk bydła czy kwik prosiąt. Teraz jedynie usidlone  w metalowe kraty kojców  lub przycupłe w  zamarzniętych zaspach ogrodzeń psy, szczekały przeraźliwie, ujadały i wyły. Drżały już nie z zimna a trwogi. Podwinęły ogony między tylne łapy i przekrwionym wzrokiem, łypały lękliwie ku postaci ostatniego ducha dawnych dni.     Klacz zatrzymała się,  dumnie prężąc mocarną pierś. Wyciągnęła łeb naprzód,  eksponując pięknie ułożoną  i zaczesaną grzywę. Uprząż na jej głowie,  zdobiła ją jak końską księżniczkę. Wysadzana była  szafirowymi i rubinowymi guzami. Wędzidło i uzdy z najwyższej klasy skóry, przeszywane złotą i srebrną nicią. Turecka, krótka i wysoko osadzona kulbaka niczym tron monomacha. Uginała się wręcz od złota i kamieni. Perski czaprak pod jej ciężarem, szczelnie osadził się na bokach klaczy, zdobiąc grzbiet jak koronacyjny płaszcz. Jeździec musiał być doskonały w swym fachu lub ufać klaczy bardziej  niż komukolwiek innemu. A to dlatego,  że jechał bez wsparcia strzemion  a popręk założony był luźno  tak by nie zadawać  zbędnego bólu zwierzęciu  i pozostawić mu jak największą swobodę.     Jeździec gładko przełożył nogę i opadł na  niedawno odśnieżoną kostkę podjazdu. Poklepał wierną towarzyszkę  i ruszył ku drzwiom domostwa. A był to nie zamek, nie pałac czy dwór szlachecki a zwykły nowoczesny dom. Piętrowy, z żółtą elewacją, dużymi oknami, dachówką na dachu  i założoną nie tak dawno fotowoltaiką. W salonie i kuchni na parterze panował mrok, ale w mniejszym pokoju na piętrze paliło się światło nocnej lampki, ledwie rozjaśniające,  grube, białe, okienne rolety. Jeździec stanął na progu, bacząc jeszcze widać na kolejny ruch. Odetchnął ciężko,  pogardził przyciskiem dzwonka i zapukał donośnie.     Światło momentalnie zgasło. Dało się słyszeć odgłos zamykanych drzwi i lekkie acz prędkie kroki na schodach. Szczęk zamków, naciśnięcie klamki i już mógł ją ujrzeć na powrót. A nie było ku temu sposobności przez lata. Stanęli naprzeciw siebie.     Szczęść Ci Boże Mario Antonino  w ten wieczór wigilijny. Jeślim nie gość w dom Twój, to i z pewnością nie Bóg a prędzej diabeł, lecz może w oczach Twych ciemnych,  jeszcze ojciec marnotrawny a jeśli już nawet i nie on  to może chociaż wędrowiec  co prosi o gościnę i miskę strawy. A pamiętaj  wędrowca przegnać z progu swego, to grzech śmiertelny, szczególnie w ten jeden wieczór.     Widział łzy w jej oczach, nie spodziewała się go  jeszcze kiedykolwiek ujrzeć. Choć prawdę powiedziawszy nie widziała go przez większość swego życia. Jej ojciec nigdy dla niej nie umarł. Nie wyrzekła się go,  choć matka błagała ją o to, tworząc jej w myślach od maleńkości  obraz człowieka porywczego, tyrana i pijaka co bardziej ukochał wojnę  i złotą wolność nad rodzinę.     Był kim był. Mówiono, że Stadnicki Diabeł  to przy nim święty z ikony. Walczył całe życie. W obronie swych praw, dóbr, honoru. W obronie Rzeczypospolitej  i świętego ukraińskiego, rodzinnego stepu. Ostatnie lata walczył i ze swymi demonami. A jak wiadomo Fortuna to stara murwa.  Raz groszem sypnie  a innym razem rzyć gołą ukaże  i kijem jak mołojca, do krwi ostatniej obije.     Więc teraz na starość przybył się żegnać. Ze światem jaki chciał od zatracenia uchować, ale i z jedyną córką. Jedyną osobą, która mu pozostała. Wejdź ojcze.  Zaprosiła go gestem do środka, po czym gorąco uściskała. Nie była już dziewczynką, panną na wydaniu  ani niewiastą w kwiecie wieku. Dobijała już do lat czterdziestu a on nie widział jej od przeszło ośmiu. Cudowne i grube, jasnorude włosy uplotła w warkocz sięgający końca pleców. Oczy jej prawie czarne w świetle, tak bliźniacze jego oczom, rzucały wesołe iskierki  i były niczym przepełnione  optymizmem i miłością lustro w cudownej urody ramie, jej bladej, piegowatej cery.     Była od niego niższa o głowę. Szczupła i wiotka wręcz. Doskonała byłaby z niej  stepowa wilczyca. Pamiętał jak uczył ją jazdy konno, walki karabelą czy ubierał nie w suknie  a zdobne sukmany i żupany. Zawsze prawił jej, że musi mieć umysł lotny i wolny  a prawicę silną i niezależną. Bo jest ostatnia z rodu ludzi wolnych. Ujął jej dłoń i ku swemu zadowoleniu  ujrzał na serdecznym palcu rodowy sygnet  z jasieńczykowym kluczem i parą pawich piór.     Nigdy go nie zdejmuję i noszę jako obrączkę której się nigdy nie doczekałam  i już nie doczekam. Widać taki mój los ojcze  żem zaślubiona samotnej śmierci  ale wiernie trwam jako ostatnia z rodu. Masz jeszcze czas dziecko, by Twe łono wydało  błogosławionego dla mnie wnuka i jemu przekażesz kiedyś ten pierścień, jako wszyscy poprzedni Tobie od czterystu lat.     Ty mieszkasz tu jak w bajkowej bańce. Znoju ani śmierci tu nie ma. Krwi i cierpienia nie zaznałaś nigdy. Do wojny i pokoju starań nie musiałaś toczyć. Toć teraz polska wieś bezpieczna i spokojna. Bogactwo dawnych dworów  zgrabione pod liche strzechy. Myśmy już wszystko zapomnieli, często to słyszę od zdrajców herbowych. A ja pamiętam i trwać będę. Bo nie sądy i trybunały będą o mnie stanowić ani plebejskie konstytucję na pohybel panom braciom spisane. Ja jestem prawem. I prawem i lewem  mogę ciąć prostaczków przygłupich łby tą oto miłą kochanką. Wyjął z czarnej pochwy,  długą, kozacką szablę. Pokrytą ornamentami na głowni i rękojeści. Ja jestem duchem przeszłych lat, co żyją póki i ja dycham jeszcze.     Nie widziała ojca te osiem lat. Zmienił się, zestarzał, opadł z sił. Jego łysa czaszka nosiła ogrom blizn i cięć. Stracił prawe oko  a lewe przecięte było na wskroś  blizną zapadłą lekko i czernawą. Wąs siwy i długi opadał na  gęstą i jeszcze okazalszą brodę. Był w zdobnym żupanie  o czerwonej jak krew barwie, przepasanym jedwabnym pasem z klejnotami  Kontusz ze złotogłowia narzucił niedbale  a na nim jeszcze szal z sobola. Buty o noskach wysokich, widać nosił od dawna  bo poznały na własnej skórze  ciężar jego żywota.     Ugość mnie dziecko przez te noc. Porozmawiamy i powspominamy. Byle nie Twą matkę nieboszczkę, niech ją diabły ochoczo chędorzą w piekle  za to kim była i czym się stała. Rachuję, że wina czy marmazji  u Ciebie niestatek? Lipcowego dwójniaka w beczkach  też raczej nie trzymasz? Więc choć kawy zaparz  może mi od niej trzewia nie pogniją. Nalej też wody czystej do wiadra i napoj  moją kochaną Strzygę, co by mogła skosztować  czego innego niż krwi wrogów.     Ale najpierw słuchaj tego co rzeknę Ci teraz. Następnym razem przybędę tu martwy już. Lub dojdzie Cię wieść o mym zgonie. Tylko jedną mam prośbę najdroższa Mario. Zdobądź me prochy  i jedź czym prędzej wtedy za granicę  która teraz wszystkich dzieli  lecz której ja nie uznaję. I rozpuść mnie na wiatr  nad ukochanym stepem. Przysięgasz mi Mario? Przysięgam ojcze.        
    • @Berenika97 No i po moim makijażu... :) Świetny!!
    • Pierwsza część opisowa maluje wewnętrzny krajobraz. Druga jest refleksją zakończoną uśmiechem. Uśmiech jest dobrą odpowiedzią na wewnętrzne rozterki. 
    • Razi mat: tam Iza R.      
    • @Simon Tracy Dziękuję, cieszę się, że się spodobał

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...