Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Czeœć dzwoniłeœ do mnie ? - pytam dla zmyły bo przecież, przed chwilkš dostałam od niego sms-a.
Ja oczywiœcie nie wiem czy wykazuje tym swojš niecierpliwoœć, czy po prostu pomylił się...
- tak dzwoniłem, a Ty dzwoniłaœ przed chwilkš ? - odpowiedz i pytanie.
- nie, nie dzwoniłam...
- no i jak ? - szybko padło kolejne pytanie.
- no dobra za 20 minut w Pubie "XXX"...wiesz gdzie? - pytam bo nie wiem czy zapodać mu drogę czy nie...
- nie wiem...jestem przy McDaku, daleko stšd ?
- nie, przejdŸ na drugš stronę ulicy. Pub jest w bloku na dole, pod filarem...
- to nerka...- usłyszałam i cisza...
- to paa...

Winda.

Myœli. Nie wiem czy mam "motylki" w żołšdku czy nie. To nie tak miało być, nie tak mieliœmy się spotkać. NIE TAK. Zaczynam czuć się mentalnie wyruchana, a może to zmyła, może złe wrażenie. Może liczyłam na zbyt wiele...a może... qva wcišż może, tak jakby œwiat miał zatonšć.
Idę powoli, nie œpieszę się, ale cała drżę - myœlę i analizuję. Włšczył mi się kobiecy analizator i nawet już nie przejmuję się tym czy wyglšdam dobrze czy Ÿle,po prostu idę.
Z całš pewnoœciš wiem, że nie chcę stracić tej jedynej szansy na popatrzenie stygmatom w oczy. Może to ten jeden jedyny raz i już nigdy już więcej?

Nogi mnie niosš, ale nie na skrzydłach. Czuję jak na ramieniu usadowił mi się strach, czuję ciężar jego opasłej dupy.
Widzę blok, widzę wejœcie do pubu. Wchodzę, robię minę "jest loooz". Rozglšdam się po niewielkiej sali i drętwieję bo...O jesoo, ale kanał,nie ma GO! - myœlę, gdzie On mógłby być ? wiem, góra!.
Podchodzę do baru i pytam Paniš stojšcš za kontuarem:
- na górze jest czynne ?
- nie, góra od 17.00, teraz tylko tutaj na dole - pada miłe wyjaœnienie, pada jak trup na ziemię, pada jak klusek z łyżki, pada i leży.

Puste stoliki, sala nie jest duża więc nie ma możliwoœci abyœmy mogli się nie zauważyć... nie, nie możliwe, musi przyjœć - przekonuję sama siebie, ale tak naprawdę nie wiem czy w to wierzę.

Wyszukuję najprzytulniejszy stoliczek przy oknie, siadam...
Po chwili drzwi od pubu otwierajš się, przez drewnianš kratę widzę - wysokiego onirycznego blondyna.
Jest.
Odnajduje mnie wzrokiem. Właœnie tego się bałam, tego wzroku, tego spojrzenia, tej taksy.
Uœmiecham się i czerwienieję. Oczywiœcie już uruchamiam analizę spojrzenia i wymyœlam sobie nie wypowiedziane słowa.
- no czeeœć, fajnie że jesteœ - słyszę...
- czeœć, chyba jestem cała czerwona na twarzy - niby na luzie usprawiedliwiam się.
- wstydzisz się ? - z jego ust padło pytanie, a może raczej stwierdzenie.
- nie, po prostu goršco mi - qva, czy aż tak bardzo widać, że zawstydziłam się tego, że nie jestem taka jakš pewnie chciałbyœ abym była, że czuję żal za winy nie popełnione.
Niby wyluzowana chłodne dłonie przykładam do policzków, troszkę lepiej...ale i tak jestem rozpalona...

Rozmawiamy, a raczej wymieniamy zdania, oceniamy się...Zdrętwiałam, totalnie zrobiłam się sztywna, zimna, niedostępna... i pozornie uœmiechnięta. Wypadłam z orbity.
Widzę rozczarowanie w jego oczach, chyba czytam myœli "Nie taka miałaœ być". Mam ochotę wyjœć, mam ochotę pożegnać się z NIM i wyjœć. Tylko zdrowy rozsšdek mówi zostań.
Znów wybuchłam feeriš czerwieni na twarzy, nie rozumiem dlaczego. Chyba z emocji, z emocji widzenia, z emocji bliskoœci…
Jestem na siebie zła. Nie daję się. Swoje zmieszanie zamieniam w żart, a moje wyimaginowane rozczarowanie pakuję pod zestaw "kumpelskie spotkanie". On chyba też, chyba nawet unika mojego wzroku, patrzy przed siebie.

Rozmawiamy o bzdurach, o Juwenaliach, o tym dlaczego WTEDY nie zadzwonił, dlaczego nie wysłał sms-a, jednym słowem nawijamy o niczym... pieprzymy głupoty.
Booshe…krzyczę do siebie w myœlach : Co robisz TY IDIOTKO!, przecież chciałabyœ się tak mocno do Niego przytulić, poczuć ciepło jego ramion, wsunšć dłonie w jego włosy. Zrób TO !!!!. A z głębi siebie słyszę odpowiedŸ : Nie, Ja mogę tylko patrzeć. Nie mam odwagi.

Czas jest naszym sprzymierzeńcem, rozmowa powoli staje się coraz cieplejsza...
- tam byłaœ większym bohaterem - popatrzył się na mnie z lekkim uœmieszkiem
- nie, jestem taka sama....a może Ty jesteœ inny - odpaliłam, dziwnie popatrzył się na mnie. Booshe te oczy urzekajš, można zatopić się w ich niebieskoœci, jasnoœci, barwie...odpłynšć na obłokach.
- fajnie laska, że jesteœ - uœmiecha się. Nie wiem o co mu chodzi, a jeœli nawet wiem to nie chcę tego słyszeć… dopuszczać do głosu, wierzyć. Klepnšł moje ramię. Poczułam się jak stara szkapa. Zrozumiałam ten gest, i już wiem, że dla mnie skończyło się rumakowanie.
Teraz od czasu do czasu znów mnie poklepuje, nie wiem czy sprawdza poziom tłuszczu w moim organizmie, czy okazuje swojš koleżeńskoœć, utwierdza mnie w moich imaginacjach.

- gdyby nie Ci ludzie, zrobiłbym Ci coœ - usłyszałam, ale oczywiœcie płoszę się, bo nie wiem czy to kolejny żart. Zachowuję się jak pieprzona małolata i za nic nie wiem jak z tego gówna wybrnšć… jest coraz gorzej. Spinam się, moje chore myœli jak czarne rumaki galopuja po łškach głupoty...
- to co byœ mi zrobił - zaczepiam go - złamał rękę albo nogę ? skręcił kark ? - niby żartuję , bo wiem, że chciałabym usłyszeć jego prawdę, by przegonić te cholerne, rozbrykane, zapasione chore konie .
Nie odpowiedział, znów tak dziwnie popatrzył się na mnie. Dotyknšł mnie, ale inaczej. Czuję jego bliskoœć.
Zegar tyka - tyk tyk tyk - jest nieugięty.
- muszę już iœć - z nadziejš na romantyczny zryw z jego strony patrzę się w jego oczy, czekam...
Usłyszałam...

CDN

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...