Strach wiódł przez las.
Mimo to wszedłem doń.
Smutny był, bo sam.
Podałem mu dłoń.
Lęk objął mnie wpół.
Nie mogłem oddychać.
Zabrakło mi tchu.
W szczerym polu
duch opuścił mnie.
Szedłem koło bzu.
Za mną został
tylko śpiew.
— W polach śpiewał wiatr.
Jestem jak twój duch.
Jestem jak twój duch.
Mogę z drogi cię zwieść.
Do domu nie wrócisz.
Ze mną zaprzyjaźnij się.
Szedłem dalej prosto,
a przede mną widnokrąg.
Tam, gdzie pagór
z niebem styka się.
— Dalej przejść nie możesz.
Noc już bliska.
Rankiem drogę ci otworzę.
Wejdziesz w ścieżki dwie.
Jedna z nich właściwa.
W dobrą musisz wejść.
Szedłem tak ze strachem,
pewnie ze dwie wiorsty hen,
drogą pełną pereł bzu.
A za mną skradała się cicho.
Jak cień — śmierć.
— W polach śpiewał wiatr.
Jestem jak twój strach.
Jestem jak twój strach.