Oddaliłem się do
mroczniejszego zaułka swej księgarnii.
Klient, młodzieniec
o rysach zdradzających
od razu jego
wyspiarskie, irlandzkie korzenie,
poprosił mnie o przyniesienie
tomiku wierszy autora,
wręcz współczesnego bożyszcza
dla młodych serc.
Nie zasnutych mgłą wątpliwości,
nie zapracowanych
i zaklętych we wskazówkach
wiecznie spóźnionych zegarów.
Wreszcie
nie zatrutych jeszcze do końca,
trucizną prawdy o egzystencji.
O tym, że to
nie wybór pomiędzy dobrem a złem
a przymus
jednego i tego samego schematu.
Bytu przykutego do skały codzienności.
Przystawiłem lekką, jesionową drabinę
do osnutego zatęchłym kurzem regału.
Sprawdziłem jej stabilność
lekkim wstrząśnięciem.
Była jak skała.
Była jedynym pewnym
punktem podparcia w całej okolicy.
Okolicy mającej
zmienne humory i klimat.
Czasem słońce a czasem deszcz.
Lub tajfun
nie pozostawiający na swej drodze
żadnej świętości.
Zrobiłem dwa kroki
i stanąłem na pierwszym
lekko poluzowanym szczeblu.
Wtedy to nad moją głową
rozpętał się żywy huragan furii.
Były to odgłosy z mieszkania
zlokalizowanego piętro
nad moją księgarnią.
Zaczęło się od krótkiego krzyku
a zaraz za nim
nadeszło prawdziwe piekło.
Brzmiało to jak
stada słoni, bizonów i niedźwiedzi,
przemierzających w
dudniącej w uszach migracji
podłogę salonu.
Od ściany do progu.
Od szafy do okna.
Harmider rósł i pęczniał
w bębenkach uszu.
W mieszkaniu wybuchła bitwa.
Męża i żony.
Dźwięk jej głosu zdawało się,
że ma moc
przesuwania mebli, otwierania okien
czy niszczenia pomniejszych elementów wnętrza i bibelotów.
Ich podłoga a mój sufit
drżał jak w febrze.
Wibracje o mało co
nie poluzowały zaczepu drabiny.
Zszedłem z niej z uczuciem ulgi
ale i wściekłości.
Obrzuciłem sufit
nieprzychylnie wrogim spojrzeniem
tak jak gdyby on wywołał tą hekatombę
i w ogóle powinien się wstydzić.
Ale przecież on nie był
w gorącej wodzie kąpany.
Był Bogu ducha winien.
Próbował tłumić emocje sąsiadów.
Niestety był skazany na pożarcie.
Młodzieniec zawołał za mną.
Stał tam gdzie wcześniej, przy ladzie.
To zerkał w mrok zaplecza,
szukając zarysu mojej osoby
to znów wbijał
lekko przerażony wzrok w sufit.
Zawołał mnie po nazwisku.
Rad nie rad ruszyłem z powrotem
ku światłu głównego pomieszczenia.
Irlandczyk wszedł za biurko
i ponaglał moje ruchy skinieniem dłoni.
Na górze
najwidoczniej poszły w ruch
puste butelki.
Coś ciężkiego upadło
to znów tłukło w ściany
niczym
rozsierdzony egzorcyzmem demon.
Słyszałem nie tylko każde słowo pary.
Wyłapywałem każde
szarpnięcie, otarcie
czy zmęczone furią westchnienie.
Objąłem młodzieńca ramieniem
ze słowami.
Pan wybaczy.
Duchy nędzników życiowych
gardzą widać poezją
i nie dadzą mi
podjąć jej wydania z regału.
To straszne a zarazem komiczne
ale tu oznacza to
po prostu normalność.
Pan zjawi się u mnie
za godzinkę jeśli łaska.
Powinno do tej pory przycichnąć.
A duchy nędzników?
Rzucił próbując
przekrzyczeć głosy na górze.
Już ja się z nimi rozmówię,
proszę się nie obawiać.
Za godzinkę.
Wyprosiłem go za próg
grzecznie acz stanowczo.
Szkło pękło.
Lustro, okno czy może wazon.
Roztrzaskało się o podłogę.
Wtedy też wyjrzałem przez witrynę
na bruk ulicy.
Zamiast normalnego
o tej porze roku śniegu,
na kocich łbach lądowały
oprawione w skóry książki.
Jedne szczelnie zamknięte
inne otwarte
z pogiętymi lub wyrwanymi stronami.
Spadały jak okaleczone anioły.
I konały u stóp mego azylu.
Za nimi podążyły
koszule, spodnie, marynarki,
buty i bielizna.
Jakieś dokumenty i przybory toaletowe.
Nie ukrywam, że gotów byłem ku temu by ujrzeć
lecącego w przestrzeni człowieka.
Lecz widać było jeszcze za wcześnie.
Uchyliłem delikatnie drzwi
i wyszedłem przed księgarnie.
Okna nad nią były otwarte na oścież.
Siarczysty mróz
wchodził do mieszkania ochoczo.
Nie studził jednak zapału małżonków.
Pijaństwo, zdrada, przegrana w karty.
Jaki był dziś powód?
A może już wystarczy obecność.
Bezczynność.
Zbyt długie spojrzenie.
Zbyt krótki sen.
Niepotrzebne słowo lub dotyk.
Wystarczy codzienność.
Stanąłem obok ławeczki kloszardów
i wiernych kompanów
maltretowanego męża.
Zbita ich grupka
miała oczy wlepione w okno salonu.
Postaci migały w jego konturze,
raz dłużej raz jedynie w mgnieniu.
Kloszardzi odstawili swoje piwa
i głośno wyrażali wsparcie
i litość dla swego herszta.
Wreszcie postaci stanęły w oknie.
Kobieta trzymała zaciśnięte ramię
na szyi obezwładnionego pijaka.
Był pobity.
Miał rozciętą wargę, spuchnięte oko
i rozdartą koszulę.
Próbował wierzgać i bełkotał coś
nie zdając sobie sprawy
ze swego fatalnego położenia.
Kobieta obrzuciła jego kompanów
pogardliwie zabójczym wzrokiem.
Co mam z nim zrobić!?
Ryknęła aż przechodzący
po drugiej stronie ulicy policjant,
przestał iść w naszym kierunku
i udając że oślepł nagle,
ruszył z powrotem
ginąc po chwili
za zakrętem skrzyżowania.
Kompani pijaka
wybuchli ognistym entuzjazmem.
Wypuść go! Wypuść!
Uwolnij wiedźmo Barabasza!
Okaż ten raz jeszcze łaskę.
Kobieta stała się żywą furią.
A idźcie wszyscy do diabła
i zabierzcie też jego.
Po czym wypchnęła ciało męża z okna
wprost w brudne, śmierdzące
acz kojące i kochające
ramiona kompanów.
Podrzucali go radośnie,
wreszcie postawili na nogi
i wręczyli butelkę z trunkiem.
Wzniósł dłoń zaciśniętą w pięść
w symbol glorii
i pociągnął ożywczy łyk.
Następnego ranka
otwierałem właśnie księgarnię
gdy z zza pleców dobiegło mnie
przywitanie i życzenie miłego dnia.
To byli moi sąsiedzi z góry.
On nienagannie ubrany
w szarą marynarkę,
tożsame spodnie i jasnobrązowe derby.
Jego twarz
nosiła ślady wczorajszej walki
i późniejszej libacji.
Ona w sukience o barwie seledynowej,
kapeluszu z woalem
i czarnych trzewikach.
Trzymali się za ręce
jak nowo zakochani.
Zauroczeni sobą jedynie nie światem.
Bo on minął z pogardą niedostrzeżenia
swych kompanów przy ławce.
I zapatrzony w jej cudną twarz,
złożył na jej ustach gorący pocałunek.
Kloszard przy ławce
odstawił od ust butelkę.
Czknął solidnie i pijanym szeptem przemówił ni to do siebie ni do mnie.
Widzi Pan
największe burze
nie rozdzielają zakochanych.
Pokazują jedynie,
jak mocno trzymają się za ręce.
A przecież to nonsens i granda zwykła.
Jutro będzie czołgał się pijany
jak wąż pod naszymi nogami.
Będzie błagał zmiłowania.
I ratunku z naszych rąk.
Pan jest tu krótko.
Pan jest ślepy bo zaczytany w poezję
czyli dziecinne brednie.
A nad sobą ma Pan codzienność
zwykłych nędznych ludzi.