Raz Ambroży, jeż ze Zgierza
polną dróżką żwawo zmierzał,
maszerował na piechotę,
bo na spacer miał ochotę.
Szedł Ambroży w odwiedziny
do Jeżowa, do rodziny.
Bo Jeżowie, kuzyn Jerzy,
mały domek miał wśród jeżyn.
Krótkie nóżki ma Ambroży,
w marszu nie jest bardzo hoży.
Tupcze, drepcze już dzień drugi,
aż się w końcu marszem strudził.
Przysiadł w cieniu jarzębiny
i wyrzuty zaczął czynić,
że ta ścieżka taka długa,
że w podróży ciągle nuda,
że w Jeżowie kuzyn czeka,
i że droga jest daleka,
że nikt mu tu nie pomoże,
że być może tylko gorzej.
Ponarzekał sam do siebie,
po czym czuł się nieco lepiej.
Więcej niczym się nie smucił
i do Zgierza w dwa dni wrócił.
Zaraz wsiadł do autobusu
i ponownie w podróż ruszył.
Za niecałe dwie godziny
Jerzy witał się z kuzynem.