Każdego ranka,
wsypuje karmę do glinianej miseczki
i rozmawia z kotem,
jak z przyjacielem,
który nie przerywa i rozumie.
Oboje wiedzą,
czym jest porzucenie.
Nazwała go Leon -
po tamtym filmie,
w którym dziecko
i milczący "drapieżnik"
leczyli swoje rany,
splatając dwie samotności.
Kot Leon je spokojnie,
jakby wiedział,
że są wyznania, którym lepiej pozwolić
wybrzmieć do końca.
- Myślisz, że można tęsknić
za kimś, kto już dawno
nie tęskni za tobą? -
pyta Leona, parząc kawę.
- Wiesz - wzdycha - może nie brak mi jego,
tylko tamtej kobiety,
która przy nim wierzyła,
że wszystko jeszcze przed nią,
a teraz rozmawia z ciszą
o kocich oczach.
Leon odprowadza ją do drzwi,
niosąc ogon wysoko.
Kiedy zamyka mieszkanie,
przez chwilę ma wrażenie,
że zostawia za nimi
jedyne stworzenie,
któremu jeszcze jest potrzebna.
Na klatce schodowej
słowa zwykle
mijają się z ludźmi.
Ale jak zawsze rzuca ciche:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry -usłyszała.
Schodzi jeszcze
kilka stopni.
Zatrzymuje się.
Przez krótką chwilę myśli,
że samotność
nauczyła się mówić.