W głębokim cieniu skryty pokój,
dwie ulice stąd,
gdzie dojrzewają na drzewach emocje.
Ponad plątaniną blokowisk unosi się mój głos.
W bólach narodzin dokonuje wyboru.
Moja matka leży w splątanej mokrej pościeli,
pogrążona w półśnie,
na wpół świadoma,
z nieobecnym spojrzeniem.
Na wpół otwarta w swoim zmaganiu,
krwawiąc, wydaje mnie na świat.
Moja matka, w tym świętym miejscu -
zapada cisza.
Nie ma już śladu mnie,
tej, która kiedyś płakała,
zagubiona pośród krain zamieszkanych przez obce,
rozmyte twarze.
Mój ojciec czeka po drugiej stronie Styksu,
jest ślepy, ma opaskę na oczach,
a jednak prowadzi go miłość.
Nie zna drogi, którą podążam,
lecz jego uczucie jest latarnią oświetlającą krętą ścieżkę.
W głębokim cieniu, gdzie milkną szepty,
dwie ulice dzielące mnie od radości i bólu,
pośród bloków i wąskich przejść już nie płaczę,
bo właśnie w tej ciemności uczę się latać.