Te rury. Te rury ciągnące się daleko. Żeliwne. Skorodowane. Milczące. Bądź milczące…
Stąd. Dotąd. Do tamtąd. Albo stamtąd…
Muskam je palcami, kiedy idę korytarzem. Niekończącą się arterią
smutku i opuszczenia…
Dotykam chropowatej membrany martwej powłoki.
Tynku.
Ranią mnie, ścierają skórę te mikrony.
Te miliardy mikroskopijnych wzniesień. Łatwo wyczuwalnych atomów. Ściany…
Tej tutaj.
Tam.
I nigdzie.
Bądź nigdzie...
Szelesty i szmery. Niczyje szepty. Niczyje kroki.
Chrzęsty zgniatanego
nagimi stopami szkła.
Poprzez mury idą. Wszystkie razem.
Te dźwięki. Przez ściany idą. Podłogi. Przeciskają się przez krwiobieg pęknięć.
Mijam tak jakby malowidła z dziecięcych dekad. Naskalne ryciny.
Ślady. Pozostałości…. Wybrakowane. Wykruszone w kamieniu twarze...
Kogo tu nie ma?
Nas. I chyba
nigdy nie było.
Albowiem nigdy…
Słyszysz to trzeszczenie gramofonowej płyty?
Słyszysz jak gra?
To czas upływający. To mijanie życia.
To wieczność będąca tylko ciszą i milczeniem kamiennych ust. Popiersia.
Nie słyszysz. Nie dosłyszysz.
Wiem, albowiem zagłusza to słyszenie
szum krwi płynącej w żyłach
(mojej? twojej?)
Bolesne pulsowanie w skroniach...
… i rozgwar przechodniów...
Rytmiczne pierzchanie kroków na trotuarze, na asfalcie alei.
Na ulicy olśnionej księżycem.
Jak bicie serca. Skąd tu się nagle tyle tego namnożyło?
Tych konturów kształtów pierzchających między drzewami.
W widzialnej korekturze zdarzeń. Między krzewami melancholii pachnącej jaśminem.
Ludzie to?
Zjawy niepodobne do nikogo. Jakieś widma urojone
w przypływie gorączki…
Dużo tu tego. Kocham cię. Wiesz?
Tak.
Tak nagle mnie to
naszło.
Choć to „nagle”
trwa cały wiek.
Całe życie moje. Którym jesteś.
Czekaj!
Nie odchodź, mimo że ciebie nie ma.
Mimo że jesteś jedynie westchnieniem chłodnej nocy.
(Muszę przerwać na chwilę pisanie)
Wychylam się z okna.
Kładę na parapecie.
Nic. Ciemność. Półmrok.
I cienie gałęzi na chodnikowych płytach.
Ruchome zwidy nieokreślenia.
Wiem, że nie słyszysz. Ale ja wiem. Ja słyszę.
To ten czas zagubiony. Ten właśnie, co dopełnia tajemnicą nasze nieistnienie.
Wiesz, wiele tu półprzezroczystych skrzydeł skurczonych w sobie.
Zasuszonych much, motyli, których żywot sczezł po kątach w brudnych kołyskach z pajęczyn.
W kurzu idącym w powiewie...
Słyszę wiele. Za wiele. Świdrujące wołania.
Jakieś gwizdy.
Sprzężenia.
Szumy piskliwe.
Lecz, tylko udawane. Urojone. Bo tak naprawdę nieistniejące.
Istniejące jedynie dla mnie. I tylko dla mnie.
Gorączkowa
nawała.
Apopleksja.
Doskwierająca senność.
Widzę czasami obumarłe komórki mózgu
rozrzucone jak koraliki.
Na podłodze.
Na dębowych klepkach ułożonych w jodłę.
Wysypały się okruchy pamięci.
Skamieniałe artefakty spojone ciszą. Doskonałą martwotą.
Skondensowane
w formie.
Okryte kurzem.
Miękką powłoką pleśni…
I wszystko się kołysze
w tych pajęczynach.
Tym zgodnym ruchem zapomnienia.
I znowu mnożą się wokół mnie jakieś wyrafinowane kreacje nie wiadomo czego. Jak te gałęzie
za oknem. Te cienie...
Są. To znowu ich nie ma.
Bądź zapadają się w sobie z bezmiernym westchnieniem
obojętnej śmierci. Roztaczają subtelną poświatę nikłej sublimacji.
Te zwidy.
Te zmory.
Widma nijakie.
Wątpiące w swoje istnienie…
(Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-30)