🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA
PUK
(A teraz najlepszy kawałek):
Moja pani, ta od "ą" i "ę"
W monstrum monstrualnie zadurzyła się:
Gdy se drzemała w alkowie swej intymności, itp.
W godzinę trudną godzinę nudną tą,
Z wolna przeżuwając swe "ę" i "ą",
Banda prymitywnych roboli z polis
Najniższych sfer
Co na straganach Aten zarabiają na chleb
Zebrała się, na jedną z prób sztuk
Na uczczenie momentu, gdy Wielki Tezeusz" brać ma ślub.
(Czekaj, dopiero ledwo w atramencie zamoczyłem dziób..)
Najbardziej 'ruboskórny z tego na nic niezdatnego gorszego sortu,
Co miał grać Pyrama w tej krotochwili dla mas,
Przerwał monolog i w ordynarną bójkę się wdał!
(A teraz jeszcze lepsze...):
Znajdując go w pozycji niewymownej - akurat zrobił siad -
Skradłem się i założyłem mu na łeb ośli... zad.
(Czekaj, jest dalszy ciąg...)
A jego Thisbe na ripostę czeka wciąż!
A tu nadchodzi mój dubel. Gdy dostrzegli go,
Jak głupie gęsi (kapitolińskie), co
W ptasznika wślepiają wzrok,
Albo czarno kraczący kruk
wyrwany z ciepełka gniazd,
Miast drobić i kroczyć w żałobie, na nogi obie
Na huk dział podrywa się
I czarną smugą niebo znaczy, jakby srał
Tak rozlecieli się na widok ów
Gościa kamraci szemrani w kant!
A na nasz marszowy krok
Jeden się całkiem spruł;
I drze swój krzywy ryj,
I na ratunek wzywa polis pół.
Klepki tak obluzowało wszem,
A strach miał taką moc,
Że nawet własny węch
Im zaczął szwankować, a
Ten ośli strach
Pątał im nogi i nosy, więc
(Uważaj, teraz najlepsze...)
Słodkiego Pyramosa losów skrypt
Sprytnie wcieliłem w czyn:
Akuratnie w tej chwili, los zarządził tak,
Tytania przebudziła się
I sonety miłosne osłu jęła piać
Osłu prosto w zad!
A on jej...
(No, i jak?)
───
🌀 10⁰ W SKALI BEAUFORT'A
ALONSO
Mój dobry bosmanie, miej się na baczności!
Gdzie kapitan?
Zbierz załogę.
BOSMAN
Grzecznie cię proszę, Panie: zostań pod pokładem.
ANTONIO
Gdzie kapitan?
BOSMAN
Czy go nie słyszysz? Plączesz nam szyki.
Wracaj do kajuty! Burzę wzmagasz.
GONZALO
Nie, drogi bosmanie, trochę cierpliwości...
BOSMAN
Morze wzburzone. Patrz! Co te ryczące
Tonie obchodzi, że gadają z królem?
Do kajuty! Cisza!
Już nas nie nękaj.
GONZALO
Dobrze, lecz nie zapominaj,
Kogo wieziesz.
BOSMAN
Miłością ślepą kocham tylko siebie.
Jesteś posłem; jeśli nie potrafisz tym żywiołom,
Nakazać, by zamilkły i ład przyprowadziły
Tu właśnie i teraz, przestań wideł
Włos dzielić na czworo. Użyj swego autorytetu. Jeśli nie możesz, podziękuj,
Że żyłeś tak długo, wróć do kajuty i się przygotuj
Na chwile ostatnie, jeśli się stanie —
To, co ma się stać. Śmiało, chłopcy! —
Zejdźcie nam z drogi, mówię!
Wychodzi.
GONZALO
Ten człowiek dodaje mi wiele
Otuchy. Widać, że nie nosi
Żadnych śladów utonięcia. Ma cerę
W sam raz na szubienicę. Losie dobry,
Trwaj wytrwale przy boku kata. Niech jego
Linia przeznaczenia będzie naszą liną,
Bo nasza własna nam da tyle,
Co.... nic. Jeśli mu nie pisane
Na stryczku skończyć... Niech Bóg ma
Nas w swej opiece!
Wychodzi z Alonso, Sebastian i inni dworzanie.
Wchodzi bosman.
───
🌹 NAD CAPULETTY I MONTECCHI'A GRÓBEM
ROMEO
On ma dar mowy!
Mów, aniele! Bo jesteś
Godny tej nocy nad głową gwieździstej,
Jako ów niebios posłaniec skrzydlaty:
Oczom śmiertelników objawiony nagle –
W zdumieniu głowy zwrają, by dojrzeć,
Jak wolno chmury płynące przemierza
I po przestworzach żegluje powietrza.
JULIA
O Romeo, Romeo! Czemuś ty Romeo?
Wyrzecz się ojca i odrzuć swe imię;
Albo, jeśli zechcesz, miłość mi przysięgnij,
A ja nie będę już Capulettą.
ROMEO (na stronie)
Czy mam słuchać dalej, czy odpowiedź dać jej?
JULIA
Mym wrogiem tylko twe imię, Romeo;
Sobą będziesz, nawet nim nie będąc.
Bo cóż tu Romeo? Nie ręka, ni stopa,
Ni ramię, ni twarz, ani żadna inna
Część ciała człowieka. O, weź inne imię!
Bo cóż imię znaczy? To, co zwiemy różą,
Pod każdą inną nazwą pachnie równie słodko;
Tak samo Romeo, w każdym innym dźwięku
Zachowa całą tę doskonałość,
Którą posiada bez tego tytułu.
O, zrzuć swe imię - Miast to, co nie jest
Żadną częścią ciebie, otrzymasz mnie całą.
ROMEO
Twemu słowu wierzę: więc zwij mnie miłością!
Na nowo chrzest przyjmę,
I nigdy odtąd nie będę Romeo.
JULIA
Kimże jesteś, że tak osłonięty nocą,
Tak niespodziewanie mnie tu odnalazłeś?
ROMEO
Żadnym imieniem nie umiem wyrazić,
Kim jestem: me imię jest mi nienawistne,
Bowiem ono jest dla ciebie wrogiem;
Gdybym je spisał, zniszczyłbym ten zapis.
JULIA
Me uszy nie wypiły jeszcze słów stu
Z twej mowy, a przecież na pamięć ją znam już!
Czyżbyś ty nie był: Romeo, Montagiusz?
ROMEO
Ni jednym, ni drugim, o, piękny aniele,
Jeśli którekolwiek z nich jest ci niemiłe.
───
💀 POSZUKIWANY: ZABÓJCA MALCOLMA, DUNCANA, BANCQU'A..
Mogłaby umrzeć później,
Czasowi zostawić słowo
Ostatnie: jutro, jutro, jutro...
Krokiem chwiejnym, z dniem każdym podążam
Ku zgłosce ostatniej mej doczesnej mowy;
Wszystkie me dni przeszłe – głupcom
Drogę wskazały, gdzie w proch się obrócą.
Giń, świeco wątła!
Życie to tylko bytu cień, nędzny komediant,
Co przez godzinę po scenie się błąka,
By potem rychło w niepamięć odejść,
Pełna wrzasku obłąkańca opowieść –
Nic nieznacząca.
───
👑 PIĘŚĆ. JEDNA TRAGEDIA
Być albo nie być – kwestia najważniejsza:
Czy szlachetniejszym jest cierpliwie znosić
Strzały i pociski straszliwego losu,
Czy też za broń chwycić przeciw smutków morzu
I, stając w szranki, im kres położyć?
Umrzeć – śnić; Nic więcej:
Snem światu ogłosić, że kładziemy koniec
Serca rozterkom albo życia ciosom,
Które ciało nosi: oto jest spełnienie,
Którego pragnie każdy:
Umrzeć, spać; śnić nawet może... –
Lecz niepewność ciąży:
W tym śnie ostatecznym, jakie sny nadejdą,
Gdy zrzucimy z siebie powłokę śmiertelną?
Czasu na namysł nam trzeba – oto ów szacunek,
Co czyni z bytu długiego – niedolę:
Bo czemu cierpieć nam czasu bicze i obelgi,
Ciemiężcy razy, ludzi dumnych wzgardę,
Ból miłości odrzuconej, z praw kpinę,
Urzędów bezwstyd, zuchwałe szyderstwa,
Które cierpliwi od niegodnych znoszą,
Jeśli możemy wreszcie spokój znaleźć
W ostrzu sztyletu?
Kto znosiłby trudy,
Znoił się i jęczał pod życia ciężarem,
Gdyby nie lęk przed tym, które śmierć przyniesie –
Niezbadanym krajem, z którego porządków
Żaden człek nie wraca?
On nam mrozi zamysł,
Sprawia, że dorzeczniej nam znieść takie ciosy,
Niż zbiec ku tym, których wciąż nie znamy.
To ta niepewność ręce nasze pęta;
Tak nasz wrodzony intencji rumieniec
Pokrywa zgasły, blady myśli nalot,
A przedsięwzięcia wiekopomnej miary
Nurtu bieg zmieniają pod tym naporem
I gubią prawo do miana – czynów.
───
👑 W WERONIE II: OFERMA
O, co za szlachetny umysł w proch tu się !
Oko bystre, język gięty, miecz nieubłagany
Dworzanina, żołnierza i mędrca, które nadzieją
I chlubą były naszego królestwa,
Pomnik elegancji, istny wzór obyczajów,
Podziwiany przez postronnych, z kretesem się zwalił!
A ja się stałam - najbardziej opuszczoną
I smutną z kobiet:
Niegdyś z rozkoszą wypijałam słodycz
Jego lotnych ślubów, by teraz patrzeć,
Jak ten kiedyś szlachetny, lotny rozum,
Stał się jak dźwięk dzwonków słodkich, które
Nagle się rozstroiły i stały się dla ucha szorstkie ;
Ten kształt niemający równych, i te rysy -
Model rozkwitłej młodości! Pod ciężarem
Szaleństwa się rozpadły.
O, jam nieszczęściem jest chodzącym: Widziałam to, co onegdaj,
I to, co widzę teraz!
───
#🎭 ... I JEGO WSPÓLNICZKA, PSEUDONIM: "LADY"
Zamek Makbeta położony na wzgórzu Dunsinane. Wchodzą Doktor i Dwórka, którzy usługują królowej.
DOKTOR
Przez dwie noce czuwałem z tobą, ale nie potrafię
Dostrzec ani ziarna prawdy w twych zapiskach, Pani:
Kiedy to raz ostatni chodziła we śnie?
DWÓRKA
Odkąd Jego Wysokość na wojnę wyruszył, Widziałam, jak wstaje z łóżka, narzuca nocną koszulę,
Otwiera szafę, papier wyjmuje, na pół go składa,
Pisze, czyta, a potem zakleja i wraca do łóżka —
Wszystko to pogrążona w śnie jak najgłębszym.
DOKTOR
Wielkie to zaburzenie w naturze — zarazem
Cieszyć się snem i odczuwać czuwania skutki...
Czy w tym rozgorączkowaniu sennym,
Poza chodzeniem i innymi tego typu
Czynnościami, byłaś kiedykolwiek świadkiem,
Jak mówiła?
DWÓRKA
Tego, panie, po niej nie powtórzę.
DOKTOR
Możesz mówić, a nawet powinnaś.
DWÓRKA
Ani tobie, panie, ani nikomu innemu, nie mając
Świadka, który by potwierdził to, co słyszałam.
(Wchodzi Lady Makbet ze świecą)
Oto nadchodzi. To jej najprawdziwsza postać,
I jako żyję, pogrążona we śnie. Przyjrzyj się jej, panie,
Zbliż się.
DOKTOR
Skąd światło wzięła?
DWÓRKA
No, stało przy niej. Ma ciągle przy sobie
Świecę; Tak rozkazała.
DOKTOR
Widzisz, oczy ma na wskroś otwarte.
DWÓRKA
Tak, ale zmysły na klucz zamknięte.
DOKTOR
Co robi? Spójrz, pociera ręce.
DWÓRKA
Taki ma nawyk;
Wygląda na to, że myje ręce.
Raz widziałam, jak robiła to przez cały kwadrans.
LADY MAKBET
Jeszcze ciągle plama.
DOKTOR
Uwaga, mówi! Zapiszę
To, co z jej ust wychodzi, aby tym mocniej
Wesprzeć pamięć.
LADY MAKBET
Precz, plamo przeklęta, precz, powiadam! —
Raz, dwa — dlaczego to czas na to? —
Piekło jest mroczne. — Precz, mój panie, precz! Żołnierzu, i ty się lękasz? Czego mamy się lękać, skoro
Nikt naszej władzy w wątpliwość poddać nie śmie?
A jednak: któż by pomyślał, że starzec może
Mieć w sobie krwi tyle
DOKTOR
Widzisz?
LADY MAKBET
Tan klanu z Fife miał żonę; gdzie ona dzisiaj?
Czy te ręce nigdy już nie będą czyste? —
Dość tego, mój panie, dosyć; psujesz wszystko
Tym wstępem.
DOKTOR
Idź już. Widziałaś to, czego nie powinnaś.
DWÓRKA
Powiedziała, czego nie powinna
Mówić, jestem pewna. Niebo jedno wie,
Co ona widziała.
LADY MAKBET
Wciąż zapach krwi czuję. Wszystkie perfumy Arabii tej drobnej dłoni słodyczy nie zwrócą.
Ach, ach, ach...
DOKTOR
Cóż za westchnienie. Serce ból przepełnia.
DWÓRKA
Bym mieć nie chciała takiego serca w mych piersiach!
Za żadne skarby, nawet na wagę
Całego mego ciała.
DOKTOR
Hm, hm, hm
DWÓRKA
Niech Pan Bóg tak sprawi.
DOKTOR
Ta choroba przekracza moje zrozumienie;
A przecież znałem takich, co chodzili we śnie,
I umarli nabożnie we własnym łożu.
LADY MAKBET
Umyj ręce, włóż koszulę nocną; zmyj tę bladość. — Mówię ci raz jeszcze, że Banko w ziemi;
Wyjść z grobu nie może.
DOKTOR
A jednak...?
LADY MAKBET
Kładź się spać; słychać pukanie do bramy. Chodź, chodź, chodź, chodź, daj mi rękę.
Co się stało, to się nie odstanie. —
Marsz do łóżka, do łóżka, i to już!
(Wychodzi)
DOKTOR
Czy teraz spać pójdzie?
DWÓRKA
Prosto.
DOKTOR
Wszędzie słychać szepty podejrzane:
Czyny wbrew naturze rodzą konsekwencje
Ponadnaturalne, a skażony umysł
Wyjawia sekrety swej niemej poduszce. Bardziej
Jej potrzebny ksiądz niż doktor. Boże, Boże, przebacz nam wszystkim. Miej ją w swej opiece;
Oddal od niej troski wszelkie i miej ją na oku. Więc dobranoc. Mój umysł wszedł z nią w koniunkcję,
A mój wzrok się zdumiał. Myślę, lecz wymówić t
Tego się nie odważę.
DWÓRKA
Dobranoc, doktorze.
(Wychodzą)
───
💔 NUMER TELEFONU: 997
DESDEMONA
Ach, powiedz, Jagonie,
Cóż mam uczynić, by odzyskać męża?
Przyjacielu, idź z nim porozmawiaj.
Bo na to Światło niebios klnę się, że nie wiem, jak go Straciłam.
Tu przed tobą klęczę.
Czyżby moje Zamiary kiedykolwiek zdradziły jego miłość?
Czy to w zakamarkach myśli, czy w czynie prawdziwym?
Czyż moje oczy, uszy czy jakikolwiek inny
Zmysł im dał przystęp w jakiś inny sposób?
Albo coś, czego nie robię jeszcze, nie robiłam,
I nigdy robić nie będę?– choćby mnie odrzucił, Aby żebrać o rozwód?
Kocham go swym całym jestestwem!
Opuściła mnie wszelka Dobra rada.
Słowo nieżyczliwe może czynić cuda.
A jego nieżyczliwość - mnie pozbawić życia. Lecz nigdy - splamić miłość mą.
Nie mogę Nawet wypowiedzieć słowa „dziwka”! –
Dziwy ze mną wyczynia nawet teraz, gdy je Wypowiadam.
Popełnić czyn, którym bym Mogła zasłużyć na ten łaski naddatek?
Cała Zebrana próżność tego świata nie zdoła Mnie do tego skłonić!
───
🧚 NOC KUPAŁY
PUK
Jeśli my, cienie, komuś-śmy weszły w szkodę,
Pomyślcie tylko tak: a wszystko się sklei niby mimochodem -
Że w teatrze Urbis et Orbis każdy z Was jak raz się zdrzemnął,
A wszystko, co tu widzieliście było - wizją senną!
I ten oklepany i banalny temat -
W nim nic innego prócz snu bajdurzeń nie ma
Drogie dusze, nie gańcie więc nas za tę obrazę:
Wybaczcie, a wszystko znów się składnie sklei razem!
I klnę, jak mi miły honor rodu Puka,
Na szczęście me niezasłużone, że w tym tkwi cała nauka -
Umknąć z pułapki śliskiej węża mowy;
Wszystko posklejamy, nim nów znów wzejdzie nowy
Lub, na mój honor, możecie Puka nazywać kłamcą!
Więc dobranoc wszystkim: przyjezdnym, i lokalnym mieszkańcom.
I bądźcie tacy uprzejmi: złóżcie do oklasków ręce,
A Robin to wszystko zaraz poskleja naprędce!
───
🤫 ZAKŁÓCENIA CISZY NOCNEJ
BEATRYCE
Dziwię się, że jeszcze mówisz, Signore Benedicto: nikt cię nie zauważa.
BENEDYK
Cóż, moja droga Pani Pogarda! Czy jeszcze żyjesz?
BEATRYCE
Czy to możliwe, by pogarda umarła, skoro ma tak smaczną strawę, jak Signor Benedyk? Czysta uprzejmość musi się przemienić w pogardę, jeśli ty ją zaszczycisz swoją obecnością.
BENEDYK
Czy zatem uprzejmość jest zdradą? Ale pewne jest, że wszystkie damy mnie kochają, znaczy z wyjątkiem ciebie. I chciałbym, abym w głębi serca nie znalazł zatwardziałego, bo, prawdę mówiąc, nie kocham z nich żadnej.
BEATRYCE
Cóż za szczęście dla tych kobiet! Inaczej byłyby w kłopocie, mając tak wiarołomnego adoratora. Dziękuję Bogu, że jestem na twe zaloty odporna. Władam tym lodowatym poczuciem humoru równie sprawnie, co ty. Wolałabym usłyszeć psa szczekającego na wronę niż mężczyznę przysięgającego, że mnie kocha.
BENEDYK
Niech dobry Bóg zachowa Waszą Wysokość w tym stanie! Dzięki temu jakiś szlachetnie urodzony uniknie mu przeznaczonych twoich kocich pazurków.
BEATRYCE
Żadne szpony nie mogłyby dać gorszego rezultatu niż ten, który jest widoczny, wypisz, wymaluj, na twej twarzy.
BENEDYK
Cóż, jesteś rzadkim ptakiem. To znaczy, chciałem powiedzieć: papug nauczycielką.
BEATRYCE
Ptak władający mym językiem jest lepszy niż bestia z twoim.
BENEDYK
Chciałbym, żeby mój koń był równie szybki, jak twój język i równie wytrwały w pościgu. Ale trzymaj się swojego kanału, na Boga, tak jak ja!
───
🤬 REDUCTIO AD HITLERUM
[Wchodzi CATESBY, zdyszany, krzycząc do księcia Norfolk]
CATESBY
Ratunku, panie Norfolk, ratunku, ratunku! Król dokonuje czynów nadludzkich, mężnie stając naprzeciw każdego niebezpieczeństwa. Pada koń jego, on walczy pieszo, bieżąc za Richmondem, by go wyszarpać z zimnych objęć śmierci. Ratunku, szlachetny panie, bo inaczej czeka nas zguba!
[Alarmy. Wchodzi KRÓL RYSZARD III, zakrwawiony i zdesperowany]
KRÓL RYSZARD III
Konia! Konia! Królestwo oddam za konia walecznego!
CATESBY
Wycofaj się, mój panie; pomogę ci zdobyć konia.
KRÓL RYSZARD III
Idź precz z moich oczu, niewolniku! Rzuciłem swe życie na szalę, poddam się woli niebios. Zda mi się, że na polu jest dzisiaj sześciu Richmondów; pięciu sam zabiłem zamiast tego jednego. Konia! Konia! Królestwo oddam za konia walecznego!
[Wyjście z walki]
───
🐝 ZAMKNIJ MORDĘ, HETERO!!
PETRUCHIO
O, ty kurko wodna nielotna! Niech cię myszołów durny porwie!
KATERINA Tak jak kurak, tak i myszołów.
PETRUCHIO
Sio, oso natrętna! Na Boga, nazbyt'ś rozeźlona!
KATERINA
Jeśli jestem jak osa, lepiej strzeż się mego żądła!
PETRUCHIO
Sposób na to jest: po prostu wyrwę ci je.
KATERINA
Czcze gadanie! Gdybyś, głupcze,
Potrafił je znaleźć tam, gdzie jest osadzone.
PETRUCHIO
Któż by nie wiedział, gdzie osa żądło nosi? W rzeczy samej: pod ogonem!
KATERINA
A w języku!
PETRUCHIO
Na Boga, w czyim?
KATERINA
Twoim. A jeśli mowa
O ogonkach: żegnam cię. Ozięble.
PETRUCHIO
Co, mój język pod twym ogonkiem? W tył zwrot, szeregowa Kasiu!
Masz do czynienia z prawdziwym dżentelmenem!
KATERINA
Mówisz i masz! [Uderza go w twarz]
PETRUCHIO
Przysięgam, że cię skuć każę,
Jeśli jeszcze raz mnie uderzysz!
🎭 Benedykt: „Pomyślałbym, że to frajda, ale…”
BENEDYK
(wychodząc z ukrycia)
To nie może być fortel: narada przyniosła
Rezultaty opłakane: prawdę usłyszeli od Hero:
Zdają się litować nad damą: wydaje się, że jej afekty
Szczytują w spazmach... Kochaj mnie! Przecież to uczucie
Wymaga odwzajemnienia. Słyszę ich napominania:
Mówią, że dumną przyjmę postawę, przyjmując,
Że miłość od niej pochodzi; mówią też, że prędzej umrze,
Niż choćby słowem zdradzi swe uczucia. Nigdy
Nie myślałem o ślubie: nie wolno mi zdać się pysznym:
Szczęśliwi ci, którzy słyszą na swój temat przycinki
I potrafią je skorygować. Mówią, że ta dama jest piękna;
To prawda, mogę o tym zaświadczyć; i cnotliwa;
Tak jest, w niczym nie mogę jej zganić; i mądra,
Choćby dlatego, że mnie kocha; na moją wierność,
To niewielki dodatek do jej giętkiego rozumu,
Ani żaden wielki argument na rzecz jej szaleństwa,
Bo straszliwie się w niej zakocham!
Mogę czasem mieć jakieś drobne dziwactwa
I resztki rozumu, które na mnie złamią jak na różgę,
Bo tak długo przed małżeństwem się wzdragałem.
Ale czyż gusta się nie zmieniają? Mężczyzna uwielbia w młodości
Skłakołyki, których nie znosi na starość!!
Czy drwiny, wzniosłe zdania, i te papierowe kule
I pociski umysłu mają mnie odwieść od kariery,
Jaką sobie wymarzyemł? Nie, świat musi być wypełniony
Ludźmi! Kiedy mówiłem, że do śmierci się nie ożenię, nie myślałem, że własnego ślubu dożyję. O, nadchodzi Beatrycze! Jak dzień jasny! To dama nadobna.
Dostrzegam w niej pewne oznaki kochania.
───