plaża była pusta
rozciągnięta jak język
sucha od słońca i wiatru
ona miała sól na ustach
i oczy zbyt jasne
jakby widziały więcej niż trzeba
on niósł w sobie noc
ciężką
jeszcze nie do końca przeżytą
piasek parzył stopy
wchodził między zęby
zgrzytał w środku
szli za daleko
tam gdzie nie było już śladów
tylko wiatr
i własny oddech
dotknął jej nagle
jakby coś w nim pękło
bez ostrzeżenia
odpowiedziała od razu
jak ogień
który nie ma już powrotu
ich ciała nie były delikatne
ścierały się
jak kamienie mielone w gardle rzeki
sól wchodziła w skórę
w oczy
w usta
wszystko szczypało
wszystko było za bardzo
on wbijał dłonie w jej plecy
jakby chciał się utrzymać
przy czymś żywym
jakby pod skórą było coś
co mogło go ocalić
ona ciągnęła go niżej
w piasek
w siebie
w ciemniejsze miejsce
nie było rytmu
tylko uderzenia
nierówne
głodne
krew przyspieszała
szarpała się
jak zwierzę zamknięte w za małym ciele
morze obok
uderzało i cofało się
jakby coś pamiętało
ale nie chciało powiedzieć
krzyknęła raz
krótko
jak przecięcie
potem już tylko oddechy
ciężkie
rozbite
leżeli długo
lepcy od soli i piasku
jak po walce
słońce wypalało z nich resztki myśli
nie patrzyli na siebie
bo było za blisko
fala doszła wyżej
dotknęła ich stóp
zimna
obca
jakby coś sprawdzało
czy jeszcze żyją
i kiedy wstali
nie byli już tacy sami
jakby morze coś z nich zabrało
i zostawiło miejsce
które nie chciało się zamknąć