nie było momentu
było nagłe rozhermetyzowanie sensu
w połowie słowa
zostałem
jak organ
którego ciało już nie potrzebuje
twoja nieobecność
ma temperaturę ciała
siada naprzeciwko
i powoli przepisuje mnie na siebie
a ja wypluwam składnię
która smakuje obcym metalem
jakby moje usta były tylko
głośnikiem dla cudzego nagrania
spokój nie zniknął
został wycofany z obiegu
został tylko jego brak
gęsty
pracujący pod skórą
jak cisza
która przeżyła własny powód
dzień mnie nie budzi
dzień mnie znajduje
w martwym punkcie mechanizmu
między sprzężeniem ''po co''
a atrapą jutra
która przestała mrugać
miejsca po tobie
nie są ranami
rany mają kierunek
to jest otwarcie
które nie prowadzi nigdzie
nic się nie goi
bo nie ma już
co wracać do całości
jest tylko trwanie
wysokie napięcie bez źródła
materac ma pamięć kształtu
ale brakuje mu danych
co noc próbuje nas ulepić z kurzu i potu
wypluwając błąd za błędem
jak drukarka 3D
karmiąca się własnym odpadem
świat działa dalej
to jest jego najgorsza właściwość
ludzie mówią
język jeszcze im wierzy
rzeczy trwają w rygorze
nieludzkiej geometrii
tylko ja
zostałem przesunięty poza siebie
wypatroszono mnie z treści
zostawiono oprzyrządowanie
serce to tylko awaryjne zasilanie
pustego hangaru
myśli to pętla w martwym kodzie
nadpisują próżnię
która nie zostawiła nawet cienia
oddech
plądruje mi klatkę piersiową
jak szabrownik
w domu
w którym wyniesiono już nawet ściany
czas nie płynie
czas naciska
rozciąga mnie wzdłuż sekund
aż zaczynam się rozszczepiać
i w tym stanie
jeszcze jestem tylko szumem
w miejscu, gdzie kiedyś stał człowiek
zakłóceniem, którego nikt
nie zamierza naprawić