Jedna z wielu
Mała Wysoka, prawie 2430 m.n.p.m.
powracała wspomnieniem jak bumerang...
dziś po latach, ponownie przewijam ten film.
O brzasku już upał - zmora - duża wilgotność kleiła
ubrania do skóry. Gdy nogi dzielnie niosły ciało i plecak,
w głowie żonglerka myśli - jasny gwint, co ja tu robię -
chciałam deszczu, żeby obmył chwile. Wyżej,
nad szczytem kłębił się granat nieba i...
ze zdumieniem odkryłam, że w ciągu minuty można
przemoknąć do kostki guzicznej, z zawiązanych
solidnie butów tryskały źródełka...rozbawiło mnie to.
Hałas opadów unicestwiał rozmowy, grzmiało,
raz po raz huk wyładowań i... ten specyficzny swąd.
Szybka decyzja - spadamy w dół - na zakolach
sprawdzian, czy podeszwa trzyma szlak - trzymała.
Mijaliśmy niewielki nawis skalny, pod nim...
chyba rodzice i skulone z przerażenia dzieciaki.
Nawałnica kradła widoczność, a telefon ani jęknął,
gdy podtapiał się w kieszeni kurtki.
Po czasie niebo zjaśniało - ulga, ale to nie koniec...
Zieleń drzew koiła oczy po burzy, słońce suszyło
co mokre, a odgłosy ptaków poluzowały szyki i nagle
krzyk - ałaaaa ! powaliło mnie - co się dzieje -
ostrożna próba wstania - no tak, znowu kolano.
Dalej w tempie ślimaka na przystanek, szczęśliwie
podjechał zbłąkany bus zgarniając spóźnialskich.
Nazajutrz badanie oraz lista zaleceń... a góra...
nie aż taka wysoka, a emocji nie poskąpiła. Udało się.
We mnie głosik jeszcze długo szeptał - warto było,
chociażby po to, żeby spojrzeć na panoramę Tatr.
kwiecień, 2026

