Bywa tak, że każde słowo kłuje... że każde słowo boli. Bywa i tak, że po prostu się nie da. Nic się nie chce. Wszystko kończy się na „chyba”, zanim jeszcze na dobre się zacznie. Kończy się też ten życiowy walczyk, choć tak naprawdę nikt go jeszcze nie zatańczył. Stoję i podpieram ścianę, podczas gdy wszyscy ruszyli już w tany.
Poczekam na swój kawałek. Pomyślałem, że nie będę marnował sił na coś, co i tak może się nie udać. Poczekam. Może zacznę dopiero wtedy, gdy inni już skończą? Może wtedy będzie mi łatwiej? Po co łokciami się rozpychać. Ale czy będzie jeszcze z kim tańczyć?
Chciałbym poprosić Jolkę, ale czy zechce? Może odmówić. Może lepiej zatańczyć z Małgośką, ją znam od lat. Wydaje mi się, że nawet jej się podobam. Ale cóż to… nawet ona już tańczy. Jest zajęta. Postoję więc jeszcze chwilę. A może wyjdę na środek i zatańczę sam? Tylko czy wypada? Czy nie będą się ze mnie śmiali?
Poczekam jeszcze. Ale nie za długo. Odczekałem chwilę i w końcu podszedłem do Jolki. Poprosiłem, a ona się zgodziła. Uśmiechnęła się nawet i szepnęła:
— Myślałam, że już do mnie nie podejdziesz. Zdążyłeś w samą porę, na ostatni kawałek. Świetnie tańczysz.
Świat zawirował. Poczułem jak trzymam swój świat w dłoniach. Poczułem się jak król ostatniego kawałka.