Karmisz mnie chwilą tak ulotną
jak mgnienie,
aż dziwne, że zostaje wspomnieniem.
Karmisz mnie słowem szeleszczącym
jak świerszcze,
że otulam nim swoje wiersze.
Karmisz mnie sobą na trochę,
na chwilę,
a mi się wtedy wydaje, że żyję.
Karmisz mnie każdej wiosny marcowym migdałem,
a potem szepczesz cicho: „Nie chciałem.”