Dachy
Na dachy, na dachy, gdzie noc się zaczyna
i usty czarnymi snu żagle nadyma.
W górę, ku niebu, ku mgławic wirowi –
dym nas uniesie, mgły całun uzdrowi.
To głuche tętno, to serca bicie,
pod anten masztami, w niemym zachwycie.
Wtuleni w cegły, drżący z rozkoszy,
ciepło kradnący, nim słońce nas spłoszy.
Kominy objąwszy łapy kosmatymi,
blade nocy dziecię żalu łzą uśpimy.
Kołysząc, kołysząc pod nieba sklepieniem,
księżyca oblicze witamy westchnieniem.
Płyniemy razem w astralnym bezkresie,
nim świt zmęczony powiekę uniesie.
Armadą kamienic, dachówek pokładem,
ku krańcom świata – nad ulic bezwładem.