Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nastaje poranek.

 

Wstajesz.

Obojętnym wzrokiem oglądasz pokój.

 

Nie ma go.

 

Wątpisz, czy odszedł.

 

Myśl Kartezjusza znów wiedzie prym.
Niestety jesteś.

 

Jak co dzień omijasz szkło
z rozbitych luster i butelek.

 

Musisz iść do pracy.

 

Zmuszasz ciało do tych samych
męczących czynności.

 

W końcu wychodzisz.

 

Słońce świeci przepięknie,
lecz Ty myślisz tylko o jednym.

 

Z zamkniętymi oczami
ruszasz do samochodu.

 

On już tam jest.


Kątem oka widzisz jego mrok
w odbiciu lusterka.

 

Ignorujesz go.


Jedziesz dalej,
słuchając głośno muzyki.

 

Nie masz sił,
a jednak idziesz do biurowca.

 

Zwyczajny dzień.

 

Klikanie.
Stukanie.
Dźwięki wysyłanych wiadomości.
Głośne rozmowy telefoniczne.

 

Wizja kolejnych ośmiu godzin
Cię przeraża.

 

Co jakiś czas pytasz sam siebie:
,,Czy on wciąż tu jest?"

 

Znasz odpowiedź.

 

Jego cisza
dudni w Twoim umyśle.

 

Ucisk w gardle
staje się nie do wytrzymania.

Wymykasz się z pracy.

 

Miałeś spotkać się z dziewczyną.
Boisz się, że nie dasz rady.

 

Mimo zmęczenia prosisz
o wcześniejszą godzinę.

 

Jedziesz.

 

Spędzasz najlepszy czas od miesiąca.
A jednak
nie potrafisz być szczęśliwy.

 

Z każdą godziną
On skraca dystans.

 

Bezszelestnie

zbliża się do Ciebie.

 

Próbujesz skupić się na chwili.
Zapominasz o najważniejszej zasadzie.

 

Wracasz do samochodu.

 

Nagle przeszywa Cię
nieopisany niepokój.

 

Stoisz na środku placu
i patrzysz w górę.

 

Słońce jest idealnie nad Tobą.

 

Panikujesz.
Szukasz go wzrokiem.

Ale już go nie ma.

 

Nastało południe.

 

Zapomniałeś o czasie.

 

Wiesz, że to koniec.

 

On nie zniknął.

 

On tylko zmienił miejsce.

 

On jest w Tobie

 

I zrobi to,
do czego został stworzony.

 

Nie władasz już swoim ciałem.
Możesz tylko patrzeć.

 

Twoja ręka
powoli sięga do aktówki.

 

Dobrze wiesz,
co to oznacza.

 

Czujesz chłód metalu.

 

Wyciąga broń.

 

I...

Opublikowano

@piąteprzezdziesiąte Dziękuję bardzo za opinie

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Jest to moje pierwsze podejście do poezji, więc za wszelką radę jestem szczególnie wdzięczny.

Podział wersów miał budować napięcie i dynamikę, lecz faktycznie może być męczący.

Koncept rozbudowy i zmiany w opowiadanie brzmi ciekawie i na pewno się nad tym zastanowię. 

Serdecznie pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @iwonaroma No i tak to czasem bywa z czasem. A niech tam sobie zostanie w wierszach.  Iwono, bardzo gustownie spięłaś słowem jak broszką, winszuję :) A huśtawka wytrzyma?
    • @Arsis    piękno, smutek, symbol,   forma graficzna - która mi się podoba    i tak zwane lśnienie (promyk - idąc za L.M.Montgomery)  
    • @Gra-Budzi-ka Oj,

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      jakie fajne! 
    • @Poezja to życie   oby perfekcyjnie zabijał ! I bezboleśnie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pozdrawiam !
    • Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju. W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści, pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni.   I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje.   Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją. Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie. Albo szepczą jak wiatr na przekór milczenia. Albo stwarzają się od początku. I znowu. I wiecznie…   Dręczy mnie ta struna. Zaciska się coraz ciaśniej.   W bolesnym skowycie powolnego rozpadu.   W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka. Szkielet obsypany piórami. I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka, lecz z białą podłużną czaszką i z otwartym w jakimś zastygłym grymasie dziobem.   I z czarnymi oczodołami niewidzącej śmierci. Tej samej, która naznaczyła spojrzenia mojej matki i ojca, kiedy ich oczy wyrastały z czarnej, błotnistej, mokrej od deszczu ziemi. Wyrastały jak kiełkujące pąki jakiejś melancholii spomiędzy kwiatów białych chryzantem.   A więc rozbił się przed wiekami ten ptak, nie-ptak.   Roztrzaskał w koszącym locie. W gazetach pisano wtedy: to było samobójstwo.   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-05)      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...