Cieszyli się wszyscy.
Tylko nie Ty.
I ja też z perspektywy osi czasu i dni,
jakie bezpowrotnie minęły
i tych nielicznych jakie mi pozostały,
miałem nadzieję trafić gdzie indziej.
Mnie nie poczęto.
Nie narodziłem się.
Ja powstałem.
Wbrew bogom i naturze.
Ewoluowałem we wnętrzu
dorosłego, kobiecego grzechu,
który mógł wydać
jedynie martwy lub skalany owoc.
Nie zyskałem świadomości.
Miałem ją od najdawniejszych eonów.
Od kiedy mogłem pojąć błąd.
Wierzgałem we wnętrzu
przeklętego łona.
Biłem wnętrzności i zatruwałem krew.
I szargały moje myśli,
zachwyty, gratulacje i oklaski
tych których miłość i dobroć zaślepiła.
Nie dostrzegli wężowych oczu
i nie poczuli tej nienawiści,
którą mną pogardzała.
Lepiej byłoby mi gdzie indziej.
Pomyślałem i wyszedłem
w środku dnia,
przez stare, drewniane drzwi
pozbawione nawet wizjera.
Byłaś zbyt pijana
od zabarwionej cytryną wódki
a może ze szczęścia,
że skończył się limit klątw.
Lepiej byłoby
gdybyś urodził się martwy.
Tyle zdołałaś wybełkotać
zanim zmorzył Cię pijacki sen
i spadłaś na odrapaną wykładzinę
rozbijając sobie głowę.
Zawsze krążyłem po ścieżkach śmierci.
Nie żyłem nigdy, choć dnia jednego.
Jak często śnią mi się Ci,
którzy czekali na mnie kiedyś.
Teraz też czekają.
Błagają bym się nie wahał.
Obiecali że będą dziś obok mnie.
Las wydaje się nieprzebytym borem.
Ale i tak każda ścieżka
prowadzi do krainy śmierci.
Nie pytam,
za co?
Dlaczego?
Pytałbym gdybym choć jeden dzień żył.
Martwi nie mówią.
Mają usta zaszyte, zakrzepniętą krwią.
Nie płaczą.
Bo niczego nie porzucają.
Te wszystkie dusze stoją
w zupełnej, posągowej ciszy
przy moim ostatnim trakcie.
Jest i rodzina ze snu.
W martwym śnie pogrążona.
Koszmarze,
którego nie dane im było doczekać.
Tak będzie lepiej.
Sprawiedliwie dla wszystkich.
Są tylko duchy i wspomnienia.
Nie żegnam się z ludźmi.
Nie znali mnie.
Dusze po kolei
podchodzą do mojego ciała.
Jedni poklepują mnie
inni krótko tulą.
Wreszcie odchodzą przez bramę
najdalej na wschód położoną
do krainy wiecznego cienia.
A ja dyndam sobie,
pogrążony w funeralnej ciszy.