Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Simon Tracy

Simon Tracy

Cieszyli się wszyscy.

Tylko nie Ty.

I ja też z perspektywy osi czasu i dni,

jakie bezpowrotnie minęły 

i tych nielicznych jakie mi pozostały,

miałem nadzieję trafić gdzie indziej.

Mnie nie poczęto.

Nie narodziłem się.

Ja powstałem.

Wbrew bogom i naturze.

Ewoluowałem we wnętrzu 

dorosłego, kobiecego grzechu,

który mógł wydać

jedynie martwy lub skalany owoc.

Nie zyskałem świadomości.

Miałem ją od najdawniejszych eonów.

Od kiedy mogłem pojąć błąd.

Wierzgałem we wnętrzu

przeklętego łona.

Biłem wnętrzności i zatruwałem krew.

I szargały moje myśli,

zachwyty, gratulacje i oklaski 

tych których miłość i dobroć zaślepiła.

Nie dostrzegli wężowych oczu 

i nie poczuli tej nienawiści,

którą mną pogardzała.

 

 

Lepiej byłoby mi gdzie indziej.

Pomyślałem i wyszedłem

w środku dnia,

przez stare, drewniane drzwi 

pozbawione nawet wizjera.

Byłaś zbyt pijana 

od zabarwionej cytryną wódki

a może ze szczęścia,

że skończył się limit klątw.

Lepiej byłoby

gdybyś urodził się martwy.

Tyle zdołałaś wybełkotać 

zanim zmorzył Cię pijacki sen 

i spadłaś na odrapaną wykładzinę 

rozbijając sobie głowę.

 

 

Zawsze krążyłem po ścieżkach śmierci.

Nie żyłem nigdy, choć dnia jednego.

Jak często śnią mi się Ci, 

którzy czekali na mnie kiedyś.

Teraz też czekają.

Błagają bym się nie wahał.

Obiecali że będą dziś obok mnie.

Las wydaje się nieprzebytym borem.

Ale i tak każda ścieżka 

prowadzi do krainy śmierci.

Nie pytam,

za co?

Dlaczego?

 

 

Pytałbym gdybym choć jeden dzień żył.

Martwi nie mówią.

Mają usta zaszyte, zakrzepniętą krwią.

Nie płaczą.

Bo niczego nie porzucają.

Te wszystkie dusze stoją

w zupełnej, posągowej ciszy

przy moim ostatnim trakcie.

Jest i rodzina ze snu.

W martwym śnie pogrążona.

Koszmarze, 

którego nie dane im było doczekać.

Tak będzie lepiej.

Sprawiedliwie dla wszystkich.

Są tylko duchy i wspomnienia.

Nie żegnam się z ludźmi.

Nie znali mnie.

Dusze po kolei

podchodzą do mojego ciała.

Jedni poklepują mnie 

inni krótko tulą.

Wreszcie odchodzą przez bramę 

najdalej na wschód położoną 

do krainy wiecznego cienia.

A ja dyndam sobie,

pogrążony w funeralnej ciszy.

 

 

 

 

 

 

Simon Tracy

Simon Tracy

Cieszyli się wszyscy.

Tylko nie Ty.

I ja też z perspektywy osi czasu i dni,

jakie bezpowrotnie minęły 

i tych nielicznych jakie mi pozostały,

miałem nadzieję trafić gdzie indziej.

Mnie nie poczęto.

Nie narodziłem się.

Ja powstałem.

Wbrew bogom i naturze.

Ewoluowałem we wnętrzu 

dorosłego, kobiecego grzechu,

który mógł wydać

jedynie martwy lub skalany owoc.

Nie zyskałem świadomości.

Miałem ją od najdawniejszych eonów.

Od kiedy mogłem pojąć błąd.

Wierzgałem we wnętrzu

przeklętego łona.

Biłem wnętrzności i zatruwałem krew.

I szargały moje myśli,

zachwyty, gratulacje i oklaski 

tych których miłość i dobroć zaślepiła.

Nie dostrzegli wężowych oczu 

i nie poczuli tej nienawiści,

którą mną pogardzała.

 

 

Lepiej byłoby mi gdzie indziej.

Pomyślałem i wyszedłem

w środku dnia,

przez stare, drewniane drzwi 

pozbawione nawet wizjera.

Byłaś zbyt pijana 

od zabarwionej cytryną wódki

a może ze szczęścia,

że skończył się limit klątw.

Lepiej byłoby

gdybyś urodził się martwy.

Tyle zdołałaś wybełkotać 

zanim zmorzył Cię pijacki sen 

i spadłaś na odrapaną wykładzinę 

rozbijając sobie głowę.

 

 

Zawsze krążyłem po ścieżkach śmierci.

Nie żyłem nigdy, choć dnia jednego.

Jak często śnią mi się Ci, 

którzy czekali na mnie kiedyś.

Teraz też czekają.

Błagają bym się nie wahał.

Obiecali że będą dziś obok mnie.

Las wydaje się nieprzebytym borem.

Ale i tak każda ścieżka 

prowadzi do krainy śmierci.

Nie pytam,

za co?

Dlaczego?

 

 

Pytałbym gdybym choć jeden dzień żył.

Martwi nie mówią.

Mają usta zaszyte, zakrzepniętą krwią.

Nie płaczą.

Bo niczego nie porzucają.

Te wszystkie dusze stoją

w zupełnej, posągowej ciszy

przy moim ostatnim trakcie.

Jest i rodzina ze snu.

W martwym śnie pogrążona.

Koszmarze, 

którego nie dane im było doczekać.

Tak będzie lepiej.

Sprawiedliwie dla wszystkich.

Są tylko duchy i wspomnienia.

Nie żegnam się z ludźmi.

Nie znali mnie.

Dusze po kolei

podchodzą do mojego ciała.

Jedni poklepują mnie 

inni krótko tulą.

Wreszcie odchodzą przez bramę 

najdalej na wschód położoną 

do krainy wiecznego cienia.

A ja dyndam sobie,

pogrążony w funeralnej ciszy.

 

 

 

 

 



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @tetu fajny wiersz i grafika.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Marek.zak1    Niezłe! Właśnie skończyłam "Rok zmian" M. Gorzka  i tam był taki Albert, co miał 15 dmuchanych lalek, ale nie pompował ich helem , tylko  robił z nimi inne rzeczy. :))  Albert był psychopatą, mam nadzieję, że Krzysztof to tylko taki niegroźny dziwak. :)
    • Wszystko zaczęło się od progu łazienki, Gdy w mojej wannie, pośród ciepłej piany, Ujrzałem Ciebie — nagą i senną, Zjawę radosną, choć bezimienną. Zbladłem, lecz serce wyrwało się z klatki, Bo sny me dotąd bywały tak rzadkie. Wyszłaś z tej wody, lśniąc kroplami, Z anielskimi na plecach skrzydłami.   Ja, łajdak wierny męskiej naturze, Zrzuciłem ciuchy w miłosnej wichurze. Chciałem Cię porwać, dotknąć Twej magii, Lecz nagle w Tobie zdarzyło się więcej.   Druga para skrzydeł wzbiła się w górę — Anioł Śmierci? Czy sny mam ponure? Lecz Ty podeszłaś, skrzydła mi dałaś, Wspólnym lotem oknem zawładnęłaś.   Skok w nieznane, w błękitu przestrzenie, Pod nami zniknęło twarde podziemie. To był lot w niebie, miłość uskrzydlona, Ty oszołomiona, ja w Twoich ramionach. Muskając obłoki, wilgotne jak szept snu, Skrzydła cięły powietrzne potoki. W amoku rozkoszy, w tej boskiej zabawie, Rwąc pióra, tonęliśmy w ekstazie. Pióro po piórze — aż nastała pustka, Zamilkły jęki, zadrżały ustka. Gdy ostatni puch uniósł się w górę, Runęliśmy z hukiem przez czarną chmurę. Lecz zamiast na trawę, wpadliśmy z mozołem Wprost w czarną smołę, pod piekła kościołem. W tym kretowisku, brudni i lepcy, Wypełźliśmy z kadzi, choć strach nas krzepił. Na twardym kamieniu, ze smakiem goryczy, Gdy mrok nas ogarnął i diabeł zaryczał, Ty szepnęłaś czule: „Mój miły, mój złoty, Mam jeszcze na małe harce ochotę”.   I gdy tak staliśmy w piekielnym pyle, Ciesząc się każdą tą grzeszną chwilą, Nagle głos żony przeciął te mroki: „Wstawaj, pij wodę z ogórków, na kaca!”.   Otwieram oczy — świat wiruje wściekle, A było tak bosko, choć skończyło w piekle. Zamiast anielic — żona z miednicą, Zamiast skrzydeł — kołdra pod potylicą. Próżno na plecach szukać mi puchu, Został tylko kwas i burczenie w brzuchu. Wczoraj skrzydła, lot i niebo w pakiecie, Dziś — negocjacje z podłogą w toalecie.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...