nieistotne czy to mieszkanie w bloku
willa z egzotycznym ogrodem
jurta
igloo
wiejska chatka otoczona malwami
może być z cegieł
desek
lodu
skór rozpiętych na drewnianych palach
tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę
solidnie wymurowany od fundamentów po dach
albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami
wykopany w ziemi
nieruchomy na śnieżnych polach
przeniesiony na niebo między gwiazdy
nie ma znaczenia rzeczywistość
i budulec
czasem jest jedynie napisany w wierszu
zapamiętany z baśni
noszony na dnie serca
codziennie wymyślany od nowa
a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną
rozmawiamy w nim
przytulamy się
modlimy
pieczemy chleb
głaszczemy kota lub psa
usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych
wszechświatów
lecz najważniejsze
że to nie tylko przestrzeń
na spokojny głęboki oddech
który nie męczy się bliskością
ale także miejsce gdzie zawsze wolno
płakać
bez obaw przed ucieczką
i wszystkimi rodzajami samotności
wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny
Prostokątna twarz parapetu.
Bęc. Prosto w nos.
Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.
Bęc.
Druga prosto w rdzawe oko.
Trzecia. Bęc.
W zaschniętą kupę po gołębiu.
Nagle tysiące w powtórzeniach.
Każda gdzie indziej siada.
Kap.
Kap.
Coraz szybciej i więcej.
Mini fontanny, spływają poza krawędź.
Werble bębniące kawałkami chmur.
Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.
Na szybie strumienie chaosu.
Wiją się na zamazanym prześwicie,
niczym wnętrze żywego stworzenia.
Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.
Tylko krew przezroczysta,
i prochy z kości rozmyte.
Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki.
Bez drogowskazów.
W rytm stukania o metalową połać.
Puk.
Puk.
Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej.
Pociesznie rozbryzguje.
Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.
Za taflą rozmazane kształty światłowodów,
zamglone całunem wykręcanej chmury.
Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy.
Spływają krawędzie parodią przezroczystości.
Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.
Kap.
Kap.
Stuk puk.
W plumplane kółka okrągłych fal zabawa.
O kształtach niewyraźnych.
A tam strumyczki, niczym foliowe węże,
z powtarzalną falą grzbietową.
W kałużach zatopione światy,
rozjeżdżane kołami samochodów.
Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu,
na przemoczonych pieszych.
Przylepione zebry, nie mogą się schować.
Nie dosyć że mokną,
to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.
Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem,
A każdy w innym, zamgleniu widoczny.
Szara płynność,
nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych,
przytula światłem niechciane odbicia.
I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
@GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem.
Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów.
;)
Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.