Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Sylwester_Lasota

Sylwester_Lasota

Miałem kiedyś przyjaciela. 

 

Miałem kiedyś przyjaciela,

który znaczył dla mnie wiele,

wielki na mnie wpływ wywierał, 

bo tak mają przyjaciele.

 

Byliśmy małymi dziećmi. 

 

Świat dziecięcych spraw nas łączył,

czas zabawy i radości,

który się niestety skończył

na przedprożu dorosłości.

 

Tak byliśmy sobie bliscy

 

jak dwa liście w jednym krzaku,

co się dobrze nie poznały.

Mój przyjaciel z biegiem czasu

jakby nieco się oddalił.

 

Przyszło w końcu to rozstanie 

 

co wstrząsnęło małym światem.

Choć go za nie nie winiłem,

nie był więcej moim bratem,

z którym tak się przyjaźniłem.

 

Wszystko potem się zmieniało.

 

Coraz bardziej się oddalał, 

aż się stał zupełnie obcy.

Każdy tonął w swoich sprawach, 

Już dorośli, już nie chłopcy.

 

Jednak wczoraj informacja,

 

że na zawsze nagle odszedł

jak zapewne innych wielu,

ten odległy teraz człowiek.

Żegnaj pierwszy Przyjacielu!

 

 

 

 

 

Sylwester_Lasota

Sylwester_Lasota

Miałem kiedyś przyjaciela. 

 

Miałem kiedyś przyjaciela,

który znaczył dla mnie wiele,

wielki na mnie wpływ wywierał, 

bo tak mają przyjaciele.

 

Byliśmy małymi dziećmi. 

 

Świat dziecięcych spraw nas łączył,

czas zabawy i radości,

który się niestety skończył

na przedprożu dorosłości.

 

Tak byliśmy sobie bliscy

 

jak dwa liście w jednym krzaku,

co się dobrze nie poznały.

Mój przyjaciel z biegiem czasu

jakby nieco się oddalił.

 

Przyszło w końcu to rozstanie 

 

co wstrząsnęło małym światem.

Choć go za nie nie winiłem,

nie był więcej moim bratem,

z którym tak się przyjaźniłem.

 

Wszystko potem się zmieniało.

 

Coraz bardziej się oddalał, 

aż się stał zupełnie obcy.

Każdy tonął w swoich sprawach, 

Już dorośli, już nie chłopcy.

 

Jednak wczoraj informacja,

 

że na zawsze nagle odszedł

jak zapewne innych wielu,

ten odległy teraz człowiek.

Żegnaj pierwszy Przyjacielu!

 

 

 

 

 

  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...