Dawno temu,
gdy schowane pola łąk lśniły swym blaskiem
niebo dawało znaki, wylewając błękit z siebie,
a leśne drogi, chrustem były wyłożone,
schowany za drzewem
widniał jeden cień więcej
Gonitwa! Na gonitwę czas!
Ujmę rękę przyjaźni i chwycę nas ponad miar
Tam wysoko, gdzie wiatr łaskocze twarz
Oj, ile tego było; opowieści o uwielbionych monumentach;
Rozpostarły skrzydła swoje,
rykiem obudziły okolice
podpaliły obłok za obłokiem
Tyle tego było; wieści o stworzeniach;
rysunków
obrazów
wierszy
wszelkich podań babć i bajań
Kiedy byłem małym dzieckiem, mama opowiadała mi o Nich;
Wspólnie czytaliśmy i patrzyliśmy w górę,
ona tuląc mnie do swej nogi,
liczyliśmy wspólnie sobie, że ukażą się nam
Bo komu, jak nie nam?
Dziś, gdy piszę słowa niniejsze, mara pozostała
coraz bardziej wyblaknięte wspomnienie
Ile pozostanie z pieśni, czy w marzeniach czy też w tańcu, o dziecięcych pragnieniach?
Co z zapiskami i powodem, dlaczego ekscytował nas las?
Nie wymaga wiele słowo z dnia minionego
O wyrośniętych ptakach z przestworzy
Kiedy byłem małym dzieckiem,
w górach, nad jeziorem, na polanach i co najważniejsze, nad nami,
przestworza przecinały smoki