Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zachód… świetlisty, promieniujący,

Szum wody, cichy oddech wszechświata,

Pył kamienny spod fal chwytający,

Na horyzoncie drewniana chata.

 

Tuż ona… igła w stogu siana,

Obok mnie, z uśmiechem wrażliwym,

Siedzi ta, ciemnooka oddana,

Cząstka Boska, w eterze żywym.

 

Blond, kaskadowo opadający,

Na zgrabne, niczym anielskie plecy,

Wzrok drżący i uspokajający,

Przeszywający głębię, kobiecy.

 

Spinelowe, rozchylone usta,

Delikatne, jak chmurka na niebie,

Trafiają w kapryszące gusta,

Ucałują czule w potrzebie.

 

Wtulony czuję zapach lotosu,

Ciepło jej włosów, okala szyję,

Wymieszany z nutą kokosu,

Doznaję uniesienia, że żyję.

 

Patrzy na mnie, przeszywa mi duszę,

Wchodzi w ocean niespokojny,

Zagłębia się w nim, widzi, że fruszę,

Fale wirują, wolne od wojny.

 

Cichy szept, „O czym myślisz kochany?”

„O świecie, planecie bólu i łez.

Dobra, miłości, szczęścia zabrany.”

„Ciii…” Kładzie mi palec na usta, „Leż…”

 

Siada okrakiem, patrzy z góry,

Dłonią otula serce wrażliwe,

„Rozumiem cię, zburzymy te mury,

Zerwiemy razem węzy kłamliwe.”

 

Malachitowe drzewa hulają,

Obejmuję rękoma jej talię,

Wargi ust się do siebie zbliżają,

Ptaki nam ćwierkają, chwalili je.

 

Widzę łzę z innego wymiaru,

W ciemnym zwierciadle do otchłani,

„Jesteś znakiem prawdziwego daru,

Nieprawdopodobnymi siłami.

 

Prawdziwą ostoją w chaosie,

Wzorcem bytu z Krainy Światła,

Cóż bym uczynił sam w mym losie?”

Grymas radości, uśmiech mój skradła.

 

Otula dłońmi twarz pieszczotliwie,

Gest miłości na policzku składa,

„A więc jestem dla ciebie prawdziwie.”

Ramiona me powoli rozkłada.

 

„Aby cię wspierać, kochać, pomagać,

Gdyż ty mój drogi masz tu zadanie,

Nie można go zupełnie odkładać,

Masz wzniecić to duchowe powstanie.”

 

Rzeka szlocha lekko, słońce zaszło,

Świadomość, że to fikcja dobija,

Wszystko z hukiem iluzji zbladło,

To niczym sen, myśl o tym zabija.

 

Gdzie znaleść taką kobiecą duszę?

Nim znajdę prędzej się sam uduszę,

Która mnie pięknie, w pełni zrozumie,

Dostrzeże, do swego życia przyjmie.

 

Pokocha czule, zaakceptuje,

To jak myślę i się zachowuje,

Czy będzie mi taka dama dana?

Szukanie igły w stogu siana…

 

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

Zastanawiam się, dlaczego tylu autorów, początkujących, jak podejrzewam, upiera się na pisanie wierszy rymowanych. To tak, jakby zaczynać naukę pieczenia ciast od weselnego tortu.

Opublikowano

@Naram-sin

Dziękuję za komentarz. Wiem, że wielu autorów zaczyna od wierszy rymowanych – ale u mnie to nie była kwestia początku, tylko świadomy wybór.

Dla mnie forma nigdy nie jest celem samym w sobie. Najważniejszy jest przekaz – to, co płynie z serca i z głębi duszy.

Piszę tak, jak czuję. Nie po to, by się popisywać techniką, ale by wyrazić to, co naprawdę we mnie siedzi.

Rymy traktuję jako narzędzie – jeśli służą emocji, pozwalają lepiej wybrzmieć treści, to właśnie po nie sięgam.

Nie uważam się za poetę doświadczonego – raczej średniozaawansowanego, ale z jasno określoną intencją: dotknąć drugiego człowieka czymś prawdziwym.

Jeśli udało się to w choćby niewielkim stopniu – to jestem zadowolony.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Zazwyczaj jest dokładnie odwrotnie. Myśli i emocja tracą swoją ostrość, bo słabe rymy, kiepska forma, nienaturalny język odwracają od nich uwagę, zniekształcają je, dając efekt krzywego lustra, w którym wszystko wydaje się dziwne i śmieszne.

Poza tym pisanie rymami to od razu pokusa, żeby polecieć jakimiś wieszczami, wbić się w styl, który przecież nie jest Twój. Nikt nie dostrzeże prawdziwych uczuć, głębszych refleksji pod tą charakteryzacją, jak prawdziwej twarzy kobiety pod przesadnym makijażem, choć jej się wydaje, że w ten sposób podkreśla swoją urodę.

Żeby emocje wybiły się na powierzchnię, nie powinno się ich zagłuszać.

Do tego jeszcze objętość utworu... Taki maraton jest męczący i pod koniec trudno się już skoncentrować, tym bardziej, że co chwila trzeba łapać równowagę. Napisanie każdego wiersza powinno zacząć się od dokonania wyboru i jakiejś wstępnej selekcji. Nie utrzymasz napięcia odbiorcy na stałym wysokim poziomie przez 16 strof.

 

Opublikowano

@Naram-sin

Rozumiem Twój punkt widzenia, ale patrzę na to zupełnie inaczej.

Nie uważam, że forma rymowana z definicji deformuje emocje – wszystko zależy od tego, jak się jej użyje. Można napisać rymowany tekst, który jest sztuczny i przerysowany, ale można też napisać taki, w którym rym służy uczuciu, nie je zagłusza.

Dla mnie rymy to nie przebranie ani maska – to po prostu rytm, który pozwala słowom płynąć w sposób naturalny, przemyślany, ale nadal szczery.

Piszę z głębi duszy i tak, robię to rymem, jeśli ten rym współgra z tym, co chcę powiedzieć. Nie dlatego, żeby „wbić się w styl wieszcza”, tylko dlatego, że to właśnie ten styl był najbardziej zgodny z tym konkretnym przeżyciem.

 

Co do długości – jasne, rozumiem, że nie każdemu odpowiada forma bardziej rozbudowana. Ale nie zawsze chodzi o to, by cały czas trzymać napięcie. Czasem chodzi o to, żeby dać odbiorcy przestrzeń do bycia w tym utworze. Jeśli ktoś wchodzi w taki świat – nie zmęczy się, tylko zatopi.

 

Szanuję Twój punkt widzenia. Ale nie zamierzam rezygnować z formy tylko dlatego, że nie jest „współczesna” czy „łatwa do przełknięcia”. Bo dla mnie ważniejsze od trendów jest to, żeby być autentycznym.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Odezwij się zwyczajnym, nie wystrojonym na bal, nie kalkulatorskim i nie wizjonerskim słowem. (...) zacznij od rzeczy pospolitych, od tych rzeczy, które masz pod ręką, od siebie. To co powiedziałeś z żarłocznym patosem Gargantui, powiedz żargonem zwykłego głodomora. - Z. Bieńkowski, Ego (dla mnie ten utwór powinien być lekturą obowiązkową dla każdego poety).

 

I to nieprawda, że rymowanie kłóci się z współczesnością. Ponieważ jednak poezja rymowana ma długą tradycję w historii literatury i przeszła już przez wiele etapów rozwoju, istnieje spore ryzyko, że posługując się nią, będziemy szli po cudzych śladach i posługiwali gotowcami. A przecież Ty, jak każdy zresztą autor, chcesz (zakładam) wydeptywać własne ścieżki.

 

 

Zgadzam się z Tobą, ale pod warunkiem, że jest to dobrze zrobione, ze znajomością arkanów sztuki. Bo tak naprawdę nie ma konfliktu między formą a treścią, pod warunkiem, że ta pierwsza posłusznie służy tej drugiej.

Opublikowano

@Naram-sin

Cieszę się, że doszliśmy do punktu, w którym się w gruncie rzeczy zgadzamy.

Bo dokładnie tak – forma ma służyć treści, a nie odwrotnie.

Jeśli rym, rytm i język wspierają emocję i przekaz – to znaczy, że są na miejscu. Jeśli deformują – to znaczy, że trzeba coś przemyśleć.

 

Piszę tak, jak czuję, i robię to z pełnym szacunkiem do warsztatu. Ale zawsze na pierwszym miejscu będzie dla mnie autentyczność – i właśnie to staram się przekazać w swojej poezji.

 

Dzięki za konstruktywną wymianę zdań – była wartościowa.

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano (edytowane)

@Naram-sin

 

A pan od czego zaczął? Mój pierwszy wiersz:

 

Gwiazdy

 

Gwiazdy przepiękne i żarem świecące!

Układacie własnym - bezsennym ciałem

 

znaki przyszłości, obrazy błyszczące,

lecz coś ważnego powiedzieć chciałem...

 

Gwiazdy przepiękne i żarem błyszczące!

Wy nigdy słowami nic nie powiecie,

 

lecz zawsze dajecie słowa milczące,

o mym istnieniu w ogóle nie wiecie...

 

Łukasz Jasiński (lipiec 1996)

 

A ostatni:

 

Jaga

 

I wtedy zszedł anioł:

zagubiona dusza na ten padół ziemski,

straciła

 

raz na zawsze: niebiańskie -

o zapachu różanych fiołków pióropusze,

czasami: przychodzą -

 

głębokie sny jak otwarte serce -

to: krwawo krwawiące kolce - ludzi

nie rozumiem już...

 

Łukasz Jasiński (marzec 2025)

 

Oczywiście, jestem samoukiem jak Mikołaj Rej, natomiast: pan - pisze bardzo podobnie jak pani Alicja Wysocka - nic oryginalnego i jest to typ komunikacji: uczeń-mistrz, dobrze mówię?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

To teraz to robią: przeliczają - głosy, inaczej: szukają igły w stogu siana i potem z igły zrobią widły! Dodam: blisko siedemdziesiąt procent w komisjach wyborczych to kobiety, a one mają taką mentalność - wrodzoną - dzielenie włosa na czworo!

 

Łukasz Jasiński 

 

@Lumen Astralis

 

Tak i dlatego nie otrzymuję komentarzy - zastosowano wobec mnie zmowę milczenia, natomiast: ludzie, którzy należą do kółeczek wzajemnej adoracji - nic ciekawego nie mają do zaoferowania - to wtórni analfabeci.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

A i tak robię swoje, bo: ten portal działa tak, iż moje teksty i komentarze są czytane przez towarzystwo wzajemnej adoracji - nieoficjalnych cenzorów, otóż to: im większa aktywność - tym bardziej jestem widoczny, na przykład: w dziale (okienku) - ostatnio - komentowane...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Sam wykluczasz czytelników. Nie każdy, zanim ośmieli się coś Ci napisać, jest gotów Ci wpierw zaprezentować szczegółowe CV, biogram, dorobek, publikacje, dyplomy, żeby uwiarygodnić, że jest godny w te progi zawitać.

Edytowane przez Naram-sin (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...