Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

Tyrs

Tyrs

 

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

 

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

 

Tyrs

Tyrs

 

Dzwonek do drzwi, potem raz jeszcze, radio drze się z sąsiedniego okna i

dzieciak wrzeszczy po drugiej stronie ulicy - znikąd spokoju jak pisał poeta.

Nikt –

poza jedną stroną faceta (our ordinary countryman - Mr. Moon z bełkotliwym

angielskim), żałosnym perygeum, krok od domu - nie zwraca uwagi na szare

płyty. Jak na okularnicę w szkole, szarą mysz. A potem radio znów – jak

poprzednio – pewnie drze się, bez refleksji. Wiatr, zamiast liści, niesie zwiędły

kalendarz, resztki pokosu. I ścieli łoże kędzierzawemu. Wrzeszczący dzieciak –

po drugiej stronie ulicy, radio – z sąsiedniego okna, dwoje – innych. Splecione

dłonie wytykają ich palcami (i stają się bliżsi) z kpiącym okrzykiem – zakochani,

zakochani. Jak wtedy, gdy całowałem się po raz pierwszy za bibliotecznym

regałem, odbierając nagrodę za czytelnictwo. Dwóch - innych zupełnie,

pokrytych mgłą. Z tej odległości nikt nie trafia do kaczek, nikt nie ma twarzy,

jedynie po wzroście można poznać postaci. Dzieciak nie musi być dzieciakiem,

może być karłem - trudno o karła na ulicy. Włosi - per esempio e per contrasto -  

zamiast dzieci mają marmurowe chodniki, carbonarę wymyśloną przez

Amerykanów i espresso. Dwoje – innych całuje się - delikatne muśnięcie w

policzek, z klasą. I jednak dzieciak, a nie karzeł - kolejne matki z kolejnymi,

wielkimi brzuchami pchają swój wózek; setki, tysiące rozdartych karłów –

w radiu. Z nasienia spracowanych, chodnikowych ojców. I znów dzwonek –

w dół i do góry, i to samo - po drugiej stronie ulicy. Tylko wolniej. Dostojniej,

staro. Gdzie komiwojażer z peremptoryjną ofertą nie przeszkadza nikomu.

 

@violetta Dziekuję :). 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...