Jestem w dziwnej przestrzeni, zawieszony między łzawym okiem, które widziało śmierć wróżki, a niezdecydowaniem, czy to zdarzyło się naprawdę. Skurczony żołądek oblicza prawdopodobieństwo – jeżeli wróżka padła naprawdę, jest źle, bo wróżki są ważne dla świata; jeżeli przeżyła i wzleci przed oknem – jeszcze gorzej, będę musiał wrócić do specjalisty.
Tymczasem palce dotykają szyby. Wilgotny ślad wyznacza krzywą w czasie, drżącą wizualizację mojego stanu. Gdzieś narasta głuchy dźwięk – rytmiczne uderzenia przenoszą się na kostne opakowanie tego, co jeszcze ze mnie zostało. Nie wiem, czy to dźwięk z zewnątrz, czy to czerwone mięso pulsujące nie wiedzieć jakim cudem i w jakim celu.
Szyba zaczyna oddychać, ślad rozmywa się, zaraz zniknie. Te parę sekund zawieszenia jest dobre, nieoznaczony punkt wyjścia z niepewności, wejście w inne wymiary…
Zima jak zima – biała plaża, recepcja i nasza nagła intymność. W sterylnym pokoju wyleniały dywan drażni stopy. Pergaminowa pościel wyznacza obszar bliskości. Nie zeszliśmy na kolację.
Młoda dziewczyna stoi pośrodku pokoju. Spod bladych powiek unoszą się bańki, rozdęte w wirujące, kolorowe kwadraty. Odbijają jakieś obrazy – to nasze przyszłe dni, długa linia czasu, której nie rozumiem, chwile bez początku i końca, przeskakują, zamieniają się bezładnie, tworzą nowe konstelacje, a te kolejne, i kolejne, i kolejne… w końcu wydłużają się, tworząc pnącza, grube i pokręcone, wchodzą we mnie i wypełzają wprost na wzorzystą ścianę.
Nie krzyczę. Jestem częścią łóżka, metalową ramą wbitą w podłogę. Zdjęcie opery na ścianie walczy z promieniami słońca, przekrzywione kusi zmysł równowagi, podważa realność. Wstrzymuję oddech – to nie może być Sydney, nie jest na pewno…
Coś stuka w szybę. Ćma bije prosto w szkło. To nie wróżka. Chyba. Jest ciemno.