Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W borze gęsto uplecionym, mgłą spojoną przemilczeniem
Między szczytem wypiętrzonym, między skrajem, zapomnieniem
Srebrnym światłem osłonięty, w noc gwieździstych adwersarzy
Co słoneczny promień chwyta, jeśli za dnia tylko marzy
W łonie leśnej pierwotności, obok regla, w mateczniku
Przy dziewiczym wiecznym źródle, tętniącego z monolitu
Rósł jedyny, nieskalany, okazały, eminentny
Jawor- niezwykle leciwy, przy tym bardzo korpulentny
Klon zuchwałej był natury, rządny przygód, doznań blasku
Godzinami uwertury tworzył z swych gałęzi trzasku
Za zrządzeniem opatrzności, w zbiegu zdarzeń wyższej siły
Ludzkie ucho dosłyszało, ten rezonans co jak żywy
Zdawał się nicować ciało, nieść powietrza kęsy krzepkie
Słyszącemu stale mało, słuchać pragnął ich namiętnie
Myśl zrodziła pomysł śmiały, rozum spoił wyobraźnią
Serce wrażliwości pełne, wsparło proces swoją jaźnią
Ręka z należytą siłą, lecz z szacunkiem i oddaniem
Ścięła konar jaworowy, we wdzięczności i z uznaniem
Dłoń zmarszczona czasu pląsem, biegła w lutniczym rzemiośle
Wydrążyła drewno z gracją pracy rąk na tkackim krośnie
Wszystko po to, by w efekcie schyłku prac mozolnych wielu
Palce opuszkami swymi, pochwyciwszy klona postać
Mogły struny naciągnąwszy, doprowadzić końca celu
Jakim jawor od lat wielu, pragnął z głębi wnętrza zostać
Skrzypce – taka ich historia cała, grają dziś dla Ciebie bracie
Ta muzyka wznosi duszę, lepszej w życiu nie doznacie
Ile nut na pięciolinii, ile dźwięków świat obieca
Tyle podzięki za drzewo, które nie syciło pieca

 

Wiersz pochodzi z mojego debiutanckiego tomiku "Wnętrze cz. I":

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...