Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Patrzę w lustro, w jego odbicia. Nachylam się coraz bardziej. Nachylam. Upadam twarzą w szklaną powłokę. I tak oto poprzez brzęk rozbijanego szkła wpadam do środka. Do wnętrza swojego jestestwa. I tak oto…

 

Jestem po drugiej stronie niczego…

 

I co dalej? Żeby chociaż nikły ruch ramienia... Ale po chwili wyrywa się łopot wielkiego baneru na ścianie starej kamienicy. I wiatr spadający na takielunki bomów osacza mnie i tłamsi. Rozwiewa włosy i poły płóciennej koszuli. Żagli. Gdzie ja znowu jestem? Od oceanu odbija się jaskrawy poblask słońca, który uderza w siatkówkę oka. W neurony. Szarpie nimi ostro niczym strunami. Napręża… A ja wiję się i wypluwam na podłodze resztki czerstwego chleba, słysząc coraz głośniejsze dudnienia idące od spodu. Od ziemi...

 

W nerwowym migocie czerwonego stroboskopu wpadają do mnie kontrolerzy, żądając biletu do piekła! Stąpają po wywalonych drzwiach w chmurze cementowego pyłu, poszukując martwymi oczami cuchnącego ścierwa. Obłapiają mnie, zdzierają koszulę, chcąc dostać się do pieniędzy i rewolweru. Trzymają w dłoniach siekiery, udarowe młoty… Szczerzą groźnie żółte, ociekające pianą zęby. Tracę oddech w odorze zgnilizny. Tracę powoli słuch i wzrok. Ale nie ma zmiłowania. Podsuwają mi pod nos stosy dokumentów do podpisu w języku Braille'a. Zdumiewa mnie ich natarczywość. Ich nieludzkość, kiedy przetrząsają każdą szczelinę i dziurę. Grzebią w kanalizacyjnych odpływach w smrodzie fekaliów. Czuję łokcie w wątrobie i kolana w podbrzuszu. Zmuszają mnie do powtórnego wyrzygania tego, co już dawno wyrzygałem.. A kiedy już zbieram się do trzeciego razu, rozsiadają się na zgliszczach i szepczą mi do ucha: „zawsze wybieramy dobrze”. W półprzymkniętych oczach widzę jak dyndają na wietrze, jak szepczą: „Nie ma współczucia, nie ma współczucia dla pieprzonego dewianta”, słyszę w oddali, to znowu bliżej. Albo tuż przy mnie...

 

Coś mnie widzi. Coś mnie dostrzega moimi własnymi oczami. Wiem, że mnie obserwują ze zdwojoną mocą te rozpalone gorączką źrenice. Widzę czerwone słońce, które przesuwa się w migocie pod sufitem. Próbuję je dosięgnąć rozedrganą ręką. Lecz za każdym razem ucieka, umyka jak mucha zygzakująca w swojej perfidii bzyczącego latania. I wali bezmyślnie łbem o szybę, wywołując wstrząsy, trzęsienia ziemi na drugim końcu świata.

 

Zapadam się na dobre w schizofrenicznej malignie z powodu efektu stroboskopu…

 

*

 

Gdzieś daleko w tajdze. Błądzę w syberyjskiej głuszy. Wokół mojej głowy aureola brzęczących owadów. Napastliwe rojowisko… Cisza i wiatr. I brzęczenie. I znowu wiatr. I cisza… I mój oddech niespieszny. Mój oddech i bicie serca. I liście szumiące. Trzeszczenie pni. Zapach żywicy. I znowu wiatr. Na niebie błękitnym białe obłoki. Nicość i pustka. I tylko szum. Tylko szum płynącej w moich żyłach wezbranej krwi. Jestem tutaj, jakby pierwszy raz. Jakbym nigdy wcześniej nie postawił w tym miejscu stopy. A jednak jakbym odwiedził je już milion razy. Dziwne to uczucie, kiedy widzę ciebie w niełasce majaczeń. Jak oddycha twoja skóra, jak paruje. I te twoje oczy z długimi rzęsami. Twarz twoja wychylona zza drzewa. To tu. To tam… Próbuję cię dotknąć. Złapać. Przytrzymać, ale uciekasz, jakby to była jakaś zabawa w chowanego, w pół-chowanego. W jakąś idiotyczną gonitwę. Aż do przesytu i trwogi zwątpienia w tym nieustającym dryfie niepewności A drzewa szumią i szumią nad nami. Zamiatają drogę swoimi długimi gałęziami… Skąd tu nagle coś na podobieństwo Leśmianowskiej frazy? Jakieś to wszystko poplątane. Brnę pośród igrających cieni i blasków. Na ziemi wydeptanej niczyimi stopami. Na ziemi ze śladami glinianego fauna. Na ziemi. Na wyboistościach, korzeniach… Na wszystkim tym w co się można było i można nadal zaplątać, o co się można potknąć i upaść. Upaść na miękki dywan z mchu i wilgoci, pociągając za sobą deszcz maleńkich kropel rosy...

 

*

 

Czy ty tu jeszcze jesteś? Nie widzę cię, choć przed chwilą przysiągłbym, że widziałem twoją twarz pergaminową, wyblakłą jak na starej fotografii. Poplamioną i z pękniętym na przedzie szkłem. I w ramce drewnianej, zakurzonej, z pajęczyną wokół… Rozglądam się. Patrzę. Wyciągam ręce jak lunatyk. Dotknąłem ciebie (prawie!) albowiem zniknęłaś w paszczy leśnego morza. W szumiących zagajach. W kniei trzeszczących konarów. Zniknęłaś jak ziarno rzucone wprost pod młyńskie kamienie. Spoglądam w górę. Zaciskam mocno powieki. Od blasku majaczą czerwone plamy, geometryczne wzory. Otwieram. Patrzę jak chmury płyną donikąd w powolnym prologu pędu. W tej ciszy. W jakimś oczekiwaniu na nie wiadomo co. W powietrzu pełnym migotów i cieni pył podnosi się powoli z piaszczystej drogi…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2024-09-25)

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • -Opowiadanie-   Promienie słońca poczęły zalewać świat wokół swoim bursztynowym blaskiem. Godzinowa wskazówka zegara chyżo zbliżała się do ósemki, a niebo pokryte już było licznymi, szarawymi obłokami.    Do parku wybierała się pewna dziewczynka. Mocno trzymając w dłoni małą, miedzianą monetę, radośnie wędrowała brzegiem ulicy. Jej ubrania były niechlujne i ubłocone a włosy splecione w zaskakująco staranne warkocze, przewiązane czerwoną wstążeczką. Jej twarz promieniała szczęściem.    Idąc krętymi uliczkami, jej uwagę przykuł chłopiec siedzący na dębowej ławce pod drzewem, którego cień był ratunkiem przed letnimi upałami. Mimo szelestu liści, śpiewu ptaków i szmeru pobliskiego strumyka, można było usłyszeć ciche szlochanie.    Zaniepokojona dziewczynka podeszła bliżej. - Odejdź - rzekł, pociągając nosem, gdy usłyszał zbliżające się kroki. - Nie odejdę, póki nie upewnię się, czy wszystko dobrze - odpowiedziała z troską w głosie. - A więc co cię trapi? - wbiła w niego przenikliwy wzrok.    Chłopiec delikatnie otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął i obrócił głowę ku górze. - Jesteś nieszczęśliwy? - spytała ostrożnie wcale nie oczekując odpowiedzi, bo było to oczywiste. - A ty nie? - Dlaczego tak sądzisz? - skrzywiła się. - Przecież jesteś biedna, pewnie ledwo stać cię na kromkę chleba. Nie masz pieniędzy, za które mogłabyś kupić sobie chociaż zabawkę. Jak tu być szczęśliwym?    Spojrzeli na siebie bez zrozumienia. - A ty jesteś bogaty, wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Mógłbyś za kawałek majątku wykupić najdroższą chatkę w mieście oraz kupić całe stosy zabawek. Dlaczego więc jesteś nieszczęśliwy? Czyż pieniądze nie dały ci szczęścia? Czego ci brakuje, chłopcze? - Ja… - umilkł. Myśli w jego głowie krzyczały i plątały się - jednak nawet w nich nie znalazł odpowiedzi.    Pokazując monetę, znów zabrała głos: - Może i to jest jedyna rzecz, którą mam, ale i ona nie daje mi szczęścia. Pieniądze są jak woda - nie utrzymasz ich w miejscu. Za to będąc dobrym człowiekiem, utrzymasz przy sobie rodzinę, przyjaciół i rzeczy niematerialne, które dadzą ci szczęście, o którym nawet nie śniłeś - powiedziała, po czym poklepała go po ramieniu.    Chłopiec objął ją mocno, szlochając jeszcze głośniej.    Toteż i oni, po całym dniu rozmów, wrócili do swoich domów, ciesząc się i radując każdą chwilą. Jak się okazuje, szczęścia nie należy szukać w pieniądzach; nawet mając ich w nadmiarze, możemy go nie znaleźć.
    • Uśmiechasz się.   Ile razy oberwiesz tyle razy wstaniesz.   Czemu się uśmiechasz? Przecież przegrałeś.   Padłeś na deski.   Nie odklepałeś.   Znowu wstajesz.   Znowu chcesz oberwać?   Czemu się uśmiechasz…   Przecież przegrałeś.   Uśmiechasz się...
    • Byłem    Zobaczyłem    Straciłem    Szansę Na twój uśmiech    Byłaś    Zobaczyłaś    Straciłaś    Szansę  Na mój powrót    I znów wszystko  Kończy się tak samo!     
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Berenika *** Racine'a Poego czy też Aragona Liryka, epika bierze ją w ramiona Poświatowska pisze ach ta Berenika Ten jej długi warkocz poezję przenika. *** Queer *** Aragon zabierze w ramiona Poego Uparty Racine pobabrze w epice Liryka rozplecie włosy Poświatowskiej  A Berenika szukać będzie warkocza. ***
    • @Poet Ka Sentymentalnie, aż chciałoby się tam przenieść w czasie. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...